http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2596.pdf

Media

Part of Ćwiczenia z pamięci / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.3

extracted text
Ćwiczenia z pamięci
Rok 1949. Powstanie Państwowego Instytutu Sztuki
Aleksander Jackowski

Dokładnie przed półwiekiem powstał Państwowy Instytut
Sztuki, a także - to już materiał na inną opowieść - Państwo­
wy Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze". Troche, później, w po­
czątku przyszłego roku, minie 50 lat od zamknięcia redakcji
tygodnika „Odrodzenie". W każdej z tych instytucji pełniłem
jakąś' funkcję, co mnie upoważnia do tego, by występować
dziś w kostiumie kombatanta, świadka wydarzeń. Jak wiado­
mo, największą, jeśli nie jedyną zasługą kombatanta jest to,
że jeszcze żyje. No, i że pamięta czasy, które - prawdę
mówiąc - nikogo dziś nie obchodzą, poza innymi kombatan­
tami. A ci żyją przeszłością, można powiedzieć: żyją, by
wspominać, opowiadać, co kiedyś widzieli, w czym uczestni­
czyli. Ale nawet wnuki nie chcą ich słuchać, co ich obchodzi
jakiś Starzyński czy Sokorski. Jednak wspomnienia należą do
rytuału jubileuszowych obchodów, więc trudno się dziwić, że
i mnie poproszono o to, bym napisał o tym, jak powstał Insty­
tut Sztuki. Dobrze, napiszę, ale mam wątpliwości, czy się do
tej roli nadaję. Znam siebie, palnę coś niepotrzebnego, jak
gość na weselu, który nie umie się powstrzymać od komenta­
rza na temat prowadzenia panny młodej.
Poza tym, czy moja relacja, w którą święcie wierzę, bę­
dzie prawdziwa, dokładna? Czy wywołując obraz przeszło­
ści, zdołam zachować sensowne proporcje, nie skrzywdzę ko­
goś, nie pomówię, wybiorę fakty rzeczywiście ważne. Jest to
przecież niezależne od woli, pamięć ma własne życie, to cho­
wa, to wyrzuca trupa z szafy. Czy więc wspominając, nie
konstruuję swojego życiorysu „od tyłu"?
Umówmy się więc, że będzie to niesprawiedliwe, nie krę­
powane troską o to, by wyważyć proporcje poruszanych
spraw.
Wszystko się działo w określonym czasie. Schizofrenicz­
nym. To podkreślam. Bez wprowadzenia tego pojęcia trudno
pojąć zachowania ludzi. Moi ówcześni koledzy w Minister­
stwie Spraw Zagranicznych dystansowali się wobec reżimu,
ale zarazem działali z pełnym przekonaniem na rzecz uznania
przez Zachód granicy na Odrze i Nysie. Powieka nam nie
drgnęła, gdy się dowiadywaliśmy o wyrzucaniu Niemców
z Ziem Zachodnich (wówczas nazywano je Odzyskanymi).
Dziś dziwimy się Serbom, wtedy sami nie chcieliśmy sobie
uświadomić, co to znaczą czystki etniczne. Zawsze istnieją
wytłumaczenia: zasłużyli sobie; skoro nam zabrano Lwów
i Wilno, to...; gdzie drwa rąbią...; nie czas żałować róż... Cie­
szyła odbudowa, a włączając się w nią „wysługiwało się wła­
dzy". Aby zrobić coś sensownego, i to nie tylko dla siebie,
przyjmowano stanowiska, wstępowano do PPR. Prowadziło
to do sytuacji dwuznacznych, konfliktowych. Miłosz napisał
później o syndromie Ketmana: nie ujawniam swych prawdzi­
wych poglądów, udaję, by zrobić coś dobrego. Dla siebie, ro­
dziny, ale i dla kraju. Co jednak zrobić, kiedy ta postawa

przynosi wymierne, całkiem prywatne, korzyści? Angażuję
się w dobrej sprawie, ale przy tym zaspokajam swoje ambi­
cje, buduję karierę. Najpierw mówię, tak jak wiem, że powi­
nienem mówić, później już te słowa przyjmuję za swoje. Sło­
wa wypowiedziane zmieniają świadomość, wszak psychika
dąży do zachowania równowagi. Nie każdy potrafi żyć jak
szpieg Kukliński.
Uczyliśmy się przystosowywać do rzeczywistości. Do te­
go nie były konieczne moralne uzasadnienia. Życie stawało
się grą, kłamali „oni", więc i ja miałem prawo kłamać, uda­
wać. Ale nie czyni się tego bezkarnie. Wstępowano do partii
nie tylko dlatego, że się wierzyło w jej program. Jednak bę­
dąc w partii „na niby" w jakiś sposób się naginało, ulegało
presji propagandy, wchodziło w sytuacje moralnie dwuznacz­
ne, konfliktowe.
W sierpniu 1949 r. Watykan wydał oświadczenie, grożąc
ekskomuniką za przynależność do partii komunistycznych
i robotniczych. A przecież wstępowano, wychowując dzieci
w duchu katolickim, chrzcząc je, posyłając do komunii. Kraj
się odbudowywał, każdy nowy dom cieszył. W tymże roku 22
lipca otwarto Trasę W-Z i most Śląsko-Dąbrowski. To była
wielka radość. W dwa dni później uruchomiono radiostację
w Raszynie. Ludzie bawili się na placach i ulicach miasta. Na
Mariensztacie.
A niepokorni, odważni, bezkompromisowi? Tych życie
spychało na bok. Zarówno niechętnych wszystkiemu, jak i ta­
kich, którzy walczyli w konkretnych sprawach o swoje racje.
Logika czasu powodowała, że ośrodkiem krystalizacyjnym
postaw stawał się Kościół. Dlatego władze zwalczały go róż­
nymi sposobami, aresztami i próbami rozbicia (PAX). Po­
trzebna była odwaga i... wiara, by w najgorszym okresie
oświadczyć, jak to uczynili Stanisław Stomma i Jerzy Turowicz: „Marksistami ani socjalistami nie jesteśmy. Widzimy
w socjalizmie wiele stron dodatnich. Niemniej ideał socjali­
styczny nie jest naszym ideałem. Dlatego też nie możemy
i nie powinniśmy przyjmować na siebie odpowiedzialności za
realizację tego ideału w Polsce i na świecie".
Za takie postawy się płaciło. Ale ludzie są tylko ludźmi,
odczuwają strach - wiemy, że nie bezzasadnie! - troszczą się
0 najbliższych, nie chcą być odrzucani. Ci sami po latach nie
umieją zrozumieć, jak mogli ulec „zaczadzeniu". A ulegali,
1 to kto? Znakomici pisarze, plastycy, w tym późniejsi boha­
terowie opozycji. Specjalistą od wytykania im tego stał się
badacz twórczości Leśmiana - Zdzisław Najder.
Nieraz trzeba było wybierać, i były to trudne decyzje.
Człowiek, któremu kultura polska zawdzięcza więcej niż ko­
mukolwiek innemu, prof. Stanisław Lorentz w trosce o dobro
narodowe nie zawahał się zawiadomić MSZ o tym, że wyjeż­
dżający z Polski ambasador pewnego kraju wywozi cenne za1

2

71

bytki, dokumenty, regalia. W rezultacie „przypadkiem" ładu­
jąc skrzynie na statek opuszczono tę, o którą chodziło tak, że
się rozbiła. Skandal zatuszowano, ambasador już nie wrócił,
Muzeum Narodowe zyskało eksponaty. Tenże prof. Lorentz
dla MSZ napisał, wydaną pod pseudonimem, książeczkę o ra­
towaniu zabytków. A ilu wybitnych, dalekich od akceptacji
ustroju ludzi działało na rzecz powrotu do kraju dzieł zagra­
bionych przez Niemców w czasie wojny?
Zadawano sobie nieraz pytanie, co robić? Co i w imię cze­
go poświęcić. Przypomina mi się pewien wieczór, to było
w 1949 г., kiedy to niespodziewanie zjawiło się u mnie w do­
mu dwóch panów, szukając porady, a może nie tyle porady,
co potwierdzenia swoich decyzji. Dodam, że należałem do
PPR, panowie uważali zapewne, że jestem przyzwoity (tak
np. informował w swym liście do Kenarów Czesław Miłosz)
i więcej wiem o zamierzeniach władz (akurat!). Obaj byli dy­
rektorami w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Bohdan Urbano­
wicz kierował Departamentem Szkolnictwa Artystycznego,
Juliusz Starzyński Biurem Współpracy Kulturalnej z Zagrani­
cą. Wezwał ich Włodzimierz Sokorski, wiceminister w resor­
cie kultury, ale faktycznie w nim rządzący, odpowiedzialny
za front ideologiczny. Nie krył swej roli, wtedy w ogólnym
systemie kłamstwa ministrem robiono kogoś bezpartyjnego,
a rządził jego partyjny zastępca.
Skoro już zabrnąłem w dygresję o systemie kłamstwa, do­
dam, że władza Sokorskiego też była ograniczona i w znacz­
nym stopniu pozorna. Sterowano nim z Wydziału Kultury КС
(wówczas kierował nim Jerzy Albrecht), który z kolei otrzy­
mywał dyrektywy i cięgi z ambasady radzieckiej. Z niej zre­
sztą telefonowano, bywało że i po kilka razy dziennie, do mi­
nistra, wyrażając np. swoje niezadowolenie z wystawionej
sztuki, wydanej książki. W tejże ambasadzie istniała iden­
tyczna jak w КС struktura stanowisk, odpowiadająca struktu­
rze rządu. Ale i ona, jak się później okazało, była kontrolowa­
na przez równoległe kanały informacyjne (i nie tylko)
NKWD, partii, wojska. Nie wiem, jak liczna była wówczas
służba ambasadzka, mówiono tylko, że w latach siedemdzie­
siątych ambasada i jej przybudówki liczyła ok. 8000 współ­
pracowników. Do tego doszła w tamtych latach równoległa
siatka obserwacyjna enerdowskiej Stasi.

wy - tak odpowiedziałem. (Tu dodam, że Sokorskiego zna­
łem jeszcze z wojska, 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, był
wówczas zastępcą gen. Berlinga i przez pewien czas moim
szefem.)
Urbanowicz zrezygnował ze stanowiska, został profeso­
rem w Akademii Sztuk Pięknych. Natomiast Starzyńskiego
udało się ministrowi pozyskać. W ramach tej „łapanki" wcią­
gnął zresztą więcej osób do partii. Starzyński nie krył, że za­
leży mu na tym, aby zrealizować swoje plany, w których mie­
ściła się koncepcja instytutu. Wiele razy o niej mówił, przez
dobrych kilka miesięcy widywałem się z nim codziennie.
Wymiana kulturalna wymagała decyzji MSZ. Podobnie jak
naukowa. Miałem wówczas u szefów resortu na tyle mocną
pozycję, że mogłem wnioskować o paszport, wyjazd i w za­
sadzie zawsze to realizowano.
Nazwisko Starzyńskiego znałem sprzed wojny, był dyrek­
torem Instytutu Propagandy Sztuki. Poznałem go dzięki Józe­
fowi Czapskiemu, który miał w 1938 r. wystawę w lokalu
IPS-u. Oczywiście, interesując się sztuką i zamierzając pójść
w 1939 r. na historię sztuki, znałem dzieło Hamana, tłuma­
czone przez Walickiego i uzupełnione w części współczesnej
przez Starzyńskiego. Dlatego ucieszyłem się, gdy któregoś
dnia w 1970 roku przyszedł do mnie, do departamentu.
Schudł, twarz miał nabrzmiałą, apoplektyczną, tym bardziej
czerwoną, że nosił buraczkowy garnitur. Opowiadał o Murnau, Leonie Schillerze, z którym jeździł po Niemczech,
w końcu zaproponował swą kandydaturę na attache kultural­
nego w Rzymie. Wyraziłem zdziwienie, przecież nie zna kra­
jowych realiów, jak więc miałby prezentować naszą kulturę.
Powiedziałem, że jest oczywiście znakomitym kandydatem,
chyba nie ma lepszego, ale niech rok - dwa pobędzie w kra­
ju, popracuje. Zmartwił się, ale uznał te racje. Zadzwoniłem
wtedy do Sokorskiego i umówiłem na drugi dzień obu panów.
Dodałem, że jak sądzę, będzie to znakomity dyrektor Biura
Współpracy Kulturalnej z Zagranicą (pracował w nim wów­
czas krytyk i historyk literatury Kazimierz Czachowski). Sta­
rzyński spodobał się ministrowi, już następnego dnia przy­
szedł do mnie w swej nowej funkcji dyrektora Biura. W ten
sposób stał się moim partnerem, i widywaliśmy się odtąd
bardzo często.

Ale wróćmy do jesiennego wieczoru. Obaj panowie, jeden
wcześniej, drugi później, radzili się - co robić. Sokorski po­
wiedział każdemu z nich to samo: zaostrza się sytuacja mię­
dzynarodowa, krzepnie front ideologiczny, nie może więc tak
być, by kierownicze stanowiska zajmowali ludzie nie należą­
cy do partii. Daje im, bodajże, 48 godzin na odpowiedź.
Wstępują do PPR i zostają na swych stanowiskach, albo...
Otóż Urbanowicza interesowało to „albo". Ultimatum kate­
gorycznie odrzucił, chciał jednak znać moje zdanie, do jakich
granic może się takie „albo" posunąć. Słyszało się przecież
ciągle o aresztowaniach, procesach. Np. w MSZ, w Departa­
mencie Prasy i Informacji (którym kierowałem), w niecały
miesiąc po moim odejściu aresztowano bliską mi i kompe­
tentną osobę: Paulę Born. Aresztowano kilku dyrektorów de­
partamentów. Aresztowano w środowisku mnie bliskim: sio­
strę prof. Jana Białostockiego, Heddę Bartoszek, wkrótce po­
tem prof. Michała Walickiego. We wszystkich tych sprawach
interweniowałem (wraz z prof. Starzyńskim) u Sokorskiego,
a w sprawie Walickiego w Wydziale Kultury КС, gdzie Paweł
Hoffman pokazał mi dwa tomy sfingowanych akt.
Otóż Urbanowicz chciał znać moje zdanie, co będzie, je­
śli da Sokorskiemu odpowiedź odmowną. Przypuszczałem,
że nic się nie stanie, Sokorski nic był ani złośliwy, ani mści­

Później w życiu zamieniliśmy role, petent stał się szefem.
Poglądy mieliśmy chyba podobne, z tym że on dojrzewał do
akceptacji ustroju, ja do jego negacji. Spotkaliśmy się nieja­
ko w środku. Podobnie jak duża część środowiska artystycz­
nego przed wojną, nie krył sympatii do lewicy. Mnie zaś
ukształtowała lektura Conrada, Brzozowskiego i Żeromskie­
go, a do tego hece antysemickie, syberyjski łagier, wojsko,
MSZ. Byłem naiwny, ale już wtedy, gdy się poznaliśmy - roz­
czarowany. Chciałem się wycofać z dygnitarstwa, kłamstw,
zostać tym, kim powinienem był być - studentem, człowie­
kiem robiącym to, co chce, a nie to, co musi.
Starzyński starał się widzieć dobre strony ustroju, wejść
w tę rzeczywistość, znaleźć w niej miejsce dla swych ambi­
cji i możliwości. Sądzę, że mnie lubił, trochę interesownie,
trochę po ojcowsku. Wiedział też dobrze, że mogę mu być
przydatny, wyczuwał, że jestem przyzwoity (śmiesznie dziś
brzmi to słowo), a przy tym wciąż dobrze widziany przez par­
tyjnych bonzów, których znałem z wojska i MSZ.
Spotykaliśmy się, czasem o przedziwnej porze, o 6 rano,
na śniadaniu. Ja jeszcze zaspany, śnięty, on już radosny, pro­
mieniejący energią. Wstawał o 5, długo parskał pod pryszni­
cem, potem zaczynał dzień, w którym nigdy mu się nie uda­
ło dotrzymać przewidywanych terminów. Ludzi umówionych

3

72

na 11 przyjmował o 14 lub później, zawsze zdziwiony, że źle
sobie wszystko zaplanował. Ale nigdy się nie spieszył, roz­
mowa to była rozmowa, a nie tylko - załatw sprawę i żegnaj.
Paradoksalnie, jego niepunktualność wynikała z szacunku dla
rozmówcy. Udawało się na ogół dotrzymać terminu z pierw­
szym, dlatego umawialis'my się o tak wczesnej godzinie. Do­
dam, że spał 3-3,5 godziny. Więcej nie potrzebował, dzięki
czemu miał dużo czasu na pracę, lektury, spotkania. Oblicza­
łem, że moje dwa lata życia to był jego rok. Kiedy mu to po­
wiedziałem, zasępił się, powiedział: nie będę długo żyć, mój
czas to pięćdziesiątka. Cała rodzina ze strony ojca umierała
na serce, dawniej mówiono - na apopleksję.
Praca, wykłady wciągały go. Jako dyrektor Biura był
kompetentny, co należało do wyjątków w czasie, gdy z dnia
na dzień awansowano agitatora na generała, robociarza na
wojewodę, niedoszłego studenta na dyrektora w MSZ. Mar­
ksizm pociągał go swą socjologiczną perspektywą. Był nie
tylko historykiem sztuki, ale i socjologiem kultury, sztuki.
Dziwiono się, że chodzi na westerny i filmy, które pasjono­
wały młodzież. Ale on chciał je widzieć, znać, rozumieć czas,
w którym żyje.
Czy widział złe strony peerelowskiego życia. Oczywis'cie,
doskonale je dostrzegał, ale nie odwracał oczu od dobrych.
Inna rzecz, że stanowisko dyrektorskie tworzyło barierę. Ko­
ledzy plotkowali, opowiadano o rzeczach prawdziwych
i zmys'lonych, ale szefa się bano, zresztą z racji urzędu nie
miał czasu na takie rozmowy. W partii źle patrzono na ludzi,
którzy dyskutują, chodzą do kawiarni, spotykają się z niezna­
nymi ludźmi. Do tego komuś, kto współpracował z „władzą"
nie wszystko mówiono. Krąg przyjaciół Profesora był wów­
czas raczej wąski. Prof. Lorentz, Michałowski, z nimi się
konsultował, pomagali sobie nawzajem Państwo Jaworscy.

Kiedyś dowiedziałem się od profesora, że Sokorski
chciałby powołać przy ministerstwie instytut zajmujący się
sztuką. Było oczywiste, że jemu powierzy organizację. Ale
był jeden szkopuł - Starzyński nie należał do partii, mimo że
wcześniej zadeklarował chęć wstąpienia. Po prostu, aby być
członkiem partii, trzeba było być do niej przyjętym. Należa­
ło więc mieć rekomendacje i zgodę podstawowej organizacji.
Tymczasem POP Uniwersytetu nie chciało Profesora przyjąć.
Zarzucano mu nieprawe pochodzenie - ziemiańskie, ciągoty
piłsudczykowskie, mieszczańskie, poglądy nacjonalistyczne.
Sokorski martwił się, ale jednak stawiał na Starzyńskiego.
Musisz go wesprzeć, powiedział do mnie, inaczej nie prze­
pcham jego kandydatury. (Tak się stało, ale dopiero w insty­
tucie, kiedy to angażując partyjnych pracowników do admi­
nistracji, udało się skompletować podstawową organizację)
Był koniec roku 1948. Udało mi się, korzystając z wyja­
zdu min. Modzelewskiego, zwolnić z MSZ. Urzędujący
wiceminister był z PPS, a po Kongresie Zjednoczeniowym
premier Cyrankiewicz chciał wprowadzić swoich ludzi do
różnych instytucji, zwłaszcza do MSZ. Miałem w departa­
mencie zastępcę, Gustawa Gottesmana, mądrego, wykształ­
conego, no i członka PPS. Kiedy powiedziałem min. Leszczyckiemu, że chcę odejść, a Gottesman świetnie mnie za­
stąpi, nie kryjąc zadowolenia podpisał moje zwolnienie. Nie
wpłynęło to na rozkład moich zajęć, chodziłem codziennie do
redakcji „Odrodzenia", w której jako zastępca redaktora na­
czelnego Jerzego Borejszy zajmowałem się działem sztuki,
kultury. Studiowałem przy tym socjologię u prof. Stanisława
Ossowskiego, chodziłem na wykłady historii sztuki, pomaga­
łem Tadeuszowi Sygietyńskiemu w organizacji zespołu „Ma­
zowsze". Propozycję prof. Starzyńskiego, abym wraz z nim
podjął się organizacji instytutu, przyjąłem z mieszanymi

Rok 1951. Od lewej: p. Marciniak, kier. administracyjny; Mieczysław Harley (dyrektor administracyjny), prot. Juliusz Starzyński, Aleksander
Jackowski, Irena Schillerowa (sekcja teatru)

73

uczuciami. Nie miałem jeszcze magisterium, wchodziłem
w sytuację, którą uważałem za kuriozalną - „nie matura, lecz
chęć szczera zrobi z ciebie oficera", ale widziałem w tym
szansę dla siebie. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego,
że jedyną moją kwalifikacją na to stanowisko, pomijając za­
interesowania i szczere chęci, było to, że należałem do partii.
W tamtym czasie okazało się to bardzo ważne. Wśród kandy­
datów na pracowników instytutu członków partii było mniej
niż palców jednej ręki. Tak więc czerwona legitymacja stawa­
ła się jeśli nie jedynym, to najważniejszym moim atutem.
Wstydliwym, ale ważnym w ówczesnej sytuacji.
Przypomnę: mamy rok 1949; zaostrza się walka z tzw.
podziemiem. Procesy, aresztowania, sowietyzacja armii.
Marszałkiem zostaje Konstanty Rokossowski, nagle miano­
wany Polakiem, orłem rewolucji. Trwa wojna w Korei.
W kraju likwiduje się drobną wytwórczość, podporządkowu­
je przemysł i gospodarkę centralom, którymi łatwiej kiero­
wać (mając do dyspozycji ograniczoną kadrę zaufanych lu­
dzi). W kulturze dokonuje się przyspieszony proces ideologi­
zacji, a nazywając to ściślej - sowietyzacji. Następuje ograni­
czenie, a po nim likwidacja dotychczas utrzymywanych swo­
bód, pozorów liberalizmu. Zwłaszcza w nauce i sztuce. Mini­
ster Sokorski, który jeszcze przed kilkoma tygodniami za­
pewniał, że marksizm-leninizm jest jedną z równorzędnych
ideologii - nagle oświadcza, że w nauce tylko jedna metoda
jest dopuszczalna - marksizm-leninizm, a w sztuce realizm
socjalistyczny.
Zaciska się obroża, następuje zakaz przywozu i kolporta­
żu wszelkich druków wydawanych za granicą, ogranicza się
wyjazdy na Zachód, nawet stypendia. Partia oświadcza: „mu­
simy budzić odrazę do sztuki, która nosi ładunek formalistyczej bezideowości i cynizmu".
Ostatnią manifestacją sztuki niezależnej była ostro kryty­
kowana w prasie I Wystawa Sztuki Nowoczesnej w Krakowie
(grudzień - styczeń 1949). W lutym zamieściłem w „Odro­
dzeniu" recenzję z niej Janusza Boguckiego: „Mamy tu do
czynienia z postawą życiową awangardowych schyłkowców,
którzy buntują się przeciw mieszczuchowi i bezmyślnej real­
ności jego bytu, i nie umieją się przebić ku innej realności
społecznej". Co wtedy myślałem?
20 stycznia następuje dymisja Gomułki, powstaje RWPG.
Dwa dni później Sokorski przemawia na IV Walnym Zjeździe
ZZLP w Szczecinie. „Tak jak nie istnieje żadna twórczość
poza czasem i przestrzenią swojej epoki, tak nie istnieje neu­
tralna postawa pisarza, pomimo nieraz jego subiektywnej wo­
li".
Starzyński proponuje Boguckiemu pracę w projektowa­
nym instytucie, ale ten woli nie wiązać się z żadną instytucją.
Starzyński nie ma już wątpliwości. Przynajmniej na pozór. Po
wizycie w Moskwie formułuje koncepcję instytutu: na wzór
radzieckiej Akademii Sztuk ma łączyć różne dyscypliny. Po­
czątkowo w postaci zakładów: plastyki, muzyki, filmu, tea­
tru. Może i architektury? W perspektywie zakłady przeisto­
czą się w odrębne instytuty. Cechą charakterystyczną tej kon­
cepcji jest łączenie zadań: dokumentacyjnych, badawczych,
krytyki artystycznej. Historia i współczesność. Monografie
artystów, wstępne syntezy i publicystyka. „Postęp" w bada­
niach polega w takim ujęciu na równoległym traktowaniu
tych członów. Monografie, badania historyczne mają dostar­
czać materiału dla syntez, te zaś wskażą kierunki, w jakich
należy prowadzić badania, jakie zjawiska wyróżniać. Kryty­
ka zaś winna czuwać nad tym, aby i naukowcy, i artyści trzy­
mali się wiernie zasad estetyki marksistowskiej.
4

5

74

Trudno mi powiedzieć, w jakiej mierze Starzyński utożsa.
miał się z tym programem. Faktem jest, że realizował go nie!
konsekwentnie. Rozumiał, że po to, by stworzyć poważne za­
kłady i prowadzić badania nad przeszłością, ale i teraźniej*
szością, musi zapłacić jakąś cenę. Jaką? Co uczynić, by zapa-i
nować nad sytuacją i nie stać się biernym pionkiem w rękach
Sokorskiego?
Instytut, tak jak go kształtował, miał się stać placówką
nadrzędną. Katedry uniwersyteckie były jeszcze słabe, ich!
zadania z konieczności ograniczone, natomiast Państwowy)
Instytut Sztuki miał zapewnione znaczne środki. Dzisiaj to
się wydaje niewiarygodne, ale wówczas właściwie wszystko
można było zrobić, oczywiście właściwie, czyli sprytnie uza­
sadniając. Chcecie dom na instytut? - proszę. Trzy domy proszę. Sto etatów? - nie ma sprawy. Jeszcze dziesięć? - to
się załatwi. Pamiętajmy, jakie to były czasy i jaką rolę w nich
odgrywała sfera ideologii. Mówiło się „front ideologiczny".
Tu już nie chodzi o to, że prezydent i I sekretarz PPR, poja­
wiali się na premierach w teatrze czy na zjeździe architektów,
że na zebraniach КС dyskutowano o nowych książkach, zwo­
ływano nadzwyczajne posiedzenia, ponieważ Adam Schaff
coś nowego i niepokornego napisał. Jakub Berman - „numer
2" w państwie - do późnej nocy czytał przysłane mu przez
wydawnictwa maszynopisy Konwickiego, Bratnego, Brandy­
sa, Stryjkowskiego, Rudnickiego.
Na normalnym człowieku, a nawet na takim jak ja, robiło
to niesamowite wrażenie. „Oni" rzeczywiście wierzyli w moc
słowa drukowanego. Nie napisane, więc tego nie ma. Strach
przed nieprawomyślnością, przekonanie, że od niej się zaczy­
nają wszelkie bunty, rewolucje. Cenzura śledziła kropki,
przecinki, podpisy pod ilustracje. A wtedy zawsze się coś
„strasznego" przemknie. W Encyklopedii PWN prorocze
przeinaczenie w haśle „Dochód narodowy". Napisano
„w okresie przejścia od socjalizmu do kapitalizmu"! a czyta­
ło kilku korektorów i 6 redaktorów! Oczywiście polecieli. Na
gmachu PKO, 1 maja, zawisł transparent: „Precz z podżega­
czami wojennymi". Ale pod czym zawisł? Pod wielkimi por­
tretami Stalina, Bieruta i Rokossowskiego! Zgroza.
Starzyński rozumiał, że za szansę sensownych badań trze­
ba coś dać władzy. Przejął Katalog Zabytków, zaangażował
Jerzego Łozińskiego, Michała Walickiego, Andrzeja Ryszkiewicza, i dobrze wiedział, że musi im zapewnić spokój. Nato­
miast w krytyce współczesnej trzeba było za to zapłacić.
Mówił rzeczy, w które chyba tylko trochę wierzył, jeśli
w ogóle wierzył. A mówił bez demagogii, spokojnie, po profesorsku. Tyle że straszliwie długo. Zawikłanie, tak jakby mu
się myśl jawiła pomalutku w procesie mówienia. Słuchacze
omdlewali, ale nawykły do wykładów miał wewnętrzną mia­
rę - 45 minut. Jeśli je przekroczył, sprężynka przeskakiwała
i znów mówił... następne 45 minut.
W lutym na Zjeździe Plastyków w Nieborowie wygłosił
referat o realizmie. Wsparł go Sokorski, któremu poprzednie­
go dnia wieczorem dałem broszurkę o formalizmie i o czymś
jeszcze, co zaowocowało długim wystąpieniem.
Powiedział w istocie to, co później wydrukował w „No­
wych Drogach" - że sztuka postępowa może być tylko i wy­
łącznie socrealistyczna „Każda inna jest nieświadomym sta­
czaniem się na pozycje wyrodniejącej sztuki ginącego świa­
ta".
Nastąpiła seria ogólnopolskich zjazdów, na których za­
wsze referaty programowe wygłaszał Sokorski. W ciągu kil­
ku miesięcy odbyły się programowe narady: związku muzy­
ków i kompozytorów, plastyków, architektów (z udziałem

prezydenta, premiera itp.), aktorów, szkół artystycznych, fil­
mowców, historyków sztuki. Ministra bawiło otwieranie róż­
nych zamków jednym wytrychem, cieszył się swoją inteli­
gencją i sprytem. Świntuszył, kochał kobiety, i już to go bro­
niło przed dogmatyzmem. Kiedy mógł - pomagał. W trud­
nych sytuacjach nie wahał się jednak powiedzieć cos', w co
nie wierzył. Mówiono, że jest cyniczny. Był, i kto wie, czy
w pewnych sytuacjach cynizm nie był wówczas ludzką ce­
chą, której dogmatycy nie znali. W wielu sytuacjach ratowa­
ło go poczucie humoru, także dotyczące własnej osoby. Wy­
konywał polecenia, których będąc ministrem, nie mógł zlek­
ceważyć. Bito go w życiu za różne odchylenia, spadał w dół
i znów się piął do góry. Przeżył więzienie na Łubiance.
W wojsku Berlinga, z funkcji zastępcy dowódcy i stopnia
pułkownika zdegradowano go, aby po latach uczynić preze­
sem ZBOWiD-u. Znał Związek Radziecki i to wiele tłuma­
czy. Ale Starzyński? Dlaczego dał się wówczas wciągnąć
w politykę? Trudno to dziś zrozumieć, jednak wiem, iż miał
wówczas sto razy trudniejszą sytuację ode mnie, czy np. od
Andrzeja Ryszkiewicza. My nie musieliśmy, ale on musiał
uczestniczyć w tym nawracaniu artystów, czy ściślej mówiąc
deprawowaniu, jeśli chciał stworzyć instytut i być jego dyrek­
torem. Na ile się angażował naprawdę? Wydaje mi się, że
czasem wierzył w to, co mówi, chciał wierzyć, później złościł
się, normalniał. Jednak nie angażował się w sprawy podejrza­
ne, personalne. Dziś, kiedy o nim (ale i o sobie) myślę, trud­
no się wczuć w tamtą sytuację, gdy nic nie wskazywało na to,
żeby coś się mogło zmienić. Jeśli, to na gorsze. Kiedy się raz
znalazło w trybach, trzeba było bardzo uważać, aby nie zo­
stać przez nie zmiażdżonym. A on się znalazł. To była cena
kariery, ale i powstania instytutu.
Młodemu czytelnikowi powiem jeszcze o sprawie bardzo
ważnej. Nie mogliśmy nawet przypuścić w marzeniach, że za
naszego życia rozsypie się Związek Radziecki, a Armia Czer­
wona wyjdzie z Polski. Czy można było przewdzieć, że Sta­
lin (leczony... pijawkami) umrze za kilka lat i wszystko po­
woli zacznie normalnieć? Trzeba więc było podjąć reguły
gry, jeśli się chciało kierować instytutem, publikować, istnieć
publicznie. Starzyński zazdrościł Białostockiemu, że robi ka­
rierę nie angażując się w działalność organizacyjną. Uważał
jego postawę za ucieczkę w naukę, sam bowiem angażował
się, świadom tego, że w ten sposób chroni innych, daje im
komfort swobodnych badań. W listopadzie 1949 roku sche­
mat instytutu był już nakreślony, pracownicy zaangażowani,
nazwa nadana: Państwowy Instytut Sztuki. Formalnie, 30 l i ­
stopada, jeszcze w pomieszczeniach Ministerstwa Kultury
i Sztuki, rozpoczął działalność.
W kilkanaście dni później, w czasie plenarnych obrad Ra­
dy Głównej do Spraw Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapo­
wiedziano „czystki" w Wyższych Uczelniach. Usunięto z ka­
tedr wybitnych naukowców, że wymienię tylko prof. prof.
Władysława Tatarkiewicza, Kazimierza Ajdukiewicza, Hen­
ryka Elzenberga, Stanisława Ossowskiego, Konrada Górskie­
go, Jana Czekanowskiego, Edwarda Lipińskiego, Adama
Krzyżanowskiego.
Partia przeszła do ofensywy, likwidowano placówki nau­
kowe, redakcje, stowarzyszenia. Niektóre całkowicie, np.
„Ruch Muzyczny", w którym Sokorskiego doprowadzał do
szału Stefan Kisielewski (a cudownie to umiał robić). Hasło
walki z formalizmem i agenturami zgniłego Zachodu zwal­
niało od merytorycznej dyskusji i oceny. Państwowy Instytut
Sztuki, przez lata zwany PIS-em, wchłonął także wrogie bądź
niepewne placówki, „roztaczając nad nimi opiekę". Sokorski

przerzucał odpowiedzialność na Starzyńskiego, na kierowni­
ków zakładów, sekcji. Tam, gdzie partyjna obsada zawodziła,
wzmacniano działania instytutu wspierając go partyjnymi
krytykami i naukowcami z zewnątrz. Tak sprawy muzyki
znalazły się w polu działania Zofii Lissy, teatru - Edwarda
Csato, do czasu aż podjął je Leon Schiller, wyrzucony przez
Sokorskiego z Teatru Polskiego za realizacje romantycznych,
rewolucyjnych sztuk radzieckich. Schiller był wielką posta­
cią, jego się obawiano najbardziej, wiadome było, że będzie
lansował wielki repertuar narodowy, Dziady, Wesele, Nieboską.
Pamiętam spotkanie z Sokorskim. Starzyński, chciał mieć
świadka rozmowy, więc chodziliśmy do ministra razem. So­
korski stękał, rozkładał ręce, tłumaczył, jak wielki mają kło­
pot z Schillerem i jak się „towarzysze" w КС denerwują. Za­
kończył: musicie tego niedźwiedzia wziąć do siebie, niech
będzie w tym mateczniku. To znaczy w PIS-ie. Byliśmy za­
żenowani, Starzyński nie mógł słowa wykrztusić. Ale Sokor­
ski sądził, że i tak ratuje Schillera (zdziwił się, kiedy w dzie­
siątą rocznicę śmierci Schillera bardzo go chłodno przyjęto
na wieczorze poświęconym pamięci Artysty, przecież zawsze
tak go cenił... Wyobrażam sobie, że gdyby mu kazano asysto­
wać przy egzekucji, serdecznie by się uśmiechał do skazań­
ca). Schiller z gorzkim poczuciem humoru skomentował swój
upadek. „Myśmy mnie wyrzucili z teatru". Wymarzył sobie
ten ustrój, chciał się z nim identyfikować, należał do partii,
wierzył, że będzie sztuce polskiej potrzebny - zawód, jaki
przeżył, musiał być straszny. Ale dzięki niemu powstał „Pa­
miętnik Teatralny", zaczęły się badania nad dziejami teatru,
a do instytutu przyszedł Zbigniew Raszewski, którego
późniejszych zasług dla teatrologii nie sposób przecenić. Je­
den z kilku ludzi, dzięki którym instytut stał się wybitną pla­
cówką w naszym życiu naukowym i kulturalnym.
Starzyński najmocniej się angażował w sprawy plastyki
współczesnej. Ściągnął z Krakowa Mieczysława Porębskie­
go, którego praca Dwa programy - jeszcze magisterska - zro­
biła furorę. Porębski, co zbliżało go do Starzyńskiego, łączył
umysł historyka sztuki z wielką wrażliwością artystyczną.
A to się zdarzało nieczęsto. Drugim, doskonałym nabytkiem,
był Andrzej Jakimowicz. Wrażliwy, mądry, uczciwy. Poręb­
ski umiał stworzyć sobie dystans do świata, Andrzej tego dy­
stansu nie miał, a za to się gorzko płaciło. Także inni człon­
kowie zakładu nie zawiedli zaufania Starzyńskiego. Ryszard
Stanisławski, po kilku latach pracy przeszedł do Łodzi, gdzie
objął dyrekcję Muzeum Sztuki. Aleksander Wojciechowski,
autor wielu monografii i twórca monumentalnego dzieła Pol­
skie Życie Artystyczne w latach..., został uhonorowany nagro­
dą im. Jurzykowskiego. Władysława Jaworska napisała sze­
reg kapitalnych monografii, została przewodniczącą Między­
narodowego Stowarzyszenia Sztuki AICA.
Zakład Filmu, to Jerzy Toeplitz, człowiek znakomicie zor­
ganizowany, nie poddający się emocjom. Świetny organiza­
tor, krytyk, historyk filmu. Zdecydowanie górował nad pozo­
stałymi członkami zespołu, dopiero później znalazł ciekawe
dopełnienie - pełnego entuzjazmu i dynamiki Aleksandra
Jackiewicza, krytyka a zarazem pisarza, człowieka o duszy
artysty, niekonwencjonalnego.
Wreszcie sprawy, które okazały mi się wkrótce najbliższe,
związane ze sztuką ludową. W 1947 roku historyk sztuki,
znawca rzeźby i malarstwa dr Józef Grabowski stworzył Pań­
stwowy Instytut Badania Sztuki Ludowej. Podjął w nim ba­
dania pomyślane szeroko. Architektura, strój, rzemiosła,
zdobnictwo, plastyka figuralna. Organem Instytutu stało się
75

pismo „Polska Sztuka Ludowa", początkowo miesięcznik,
później dwumiesięcznik. Redakcji pisma poświęcał Grabow­
ski najwięcej uwagi. Nie był etnografem, nie interesowała go
problematyka historyczna, socjologiczna, antropologiczna.
Krocząc siadem Aloisa Riegla, analizował przedmioty, syste­
matyzował je, opisywał. Robił to pracowicie, z dużą staran­
nością, ale przedmiot wyrwany ze swego kulturowego konte­
kstu stawał się muzealnym eksponatem. Oko miał świetne,
znakomicie wiedział, która rzeźba czy który obraz jest wart
pokazania, a kochając sztukę ludową, chciał ją przybliżyć
czytelnikom, przekonać ojej wartości. Ustrój był mu bliski,
poglądy miał wyraźnie lewicowe, drażniły go herby na bra­
mie pałacu, jadł i mieszkał skromnie, i gdyby to zależało od
niego, taki model życia by wszędzie wprowadził. Niestety nie
przewidział, że publikując świątki, narazi się władzy, dopro­
wadzi do awantury, którą wyżej stojący w partyjnej hierarchii
towarzysze urządzili Sokorskiemu. Ich nic obchodziła uroda
rzeźb, obrazów i drzeworytów, widzieli tylko święte postaci,
religianctwo i zacofanie. Grabowskiego wyrzucono z dnia na
dzień, instytut zlikwidowano, zachowując tylko dział rzemio­
sła i stroju, którym kierował dr Roman Reinfuss. Jemu po­
wierzono redakcję pisma.
Krzywda wyrządzona Grabowskiemu była bolesna, do
końca swego życia nie mógł pojąć motywów decyzji. Uwa­
żał, że w końcu ktoś mądry „na górze" zapyta: a gdzie Gra­
bowski? Upomni się o niego, a wtedy minister go przeprosi,
odda mu, jeśli już nie cały instytut, to pismo.
Bardzo mi było żal Grabowskiego. Starałem się mu poma­
gać, podrzucając pieniądze na jakieś opracowania (m.in. na
maszynopis monografii malarstwa na szkle). To było dla nie­
go ważne, żył jak nędzarz, chodził w starym ubraniu, kulejąc
(męczyła go róża czy wilk na nodze). Ciułał właśnie każdy
grosz po to, by ratować życie ukochanej córki. Malowała, pi­
sała wiersze, żyła sztuką, delikatna, utalentowana - ciągle na
granicy życia i śmierci. Miała rzadką chorobę, trzeba ją było
nieustannie podgrzewać, chłód prowadził do zapaści, śmier­
ci. Wysłał ją, upokarzając się, błagając o pomoc, do Egiptu,
ale tam nie chciano jej przyjąć do pracy w ambasadzie czy
konsulacie. Musiał jej posyłać pieniądze na życie, a skąd je
brać? Całymi godzinami pracował w warsztacie ślusarskim,
produkując kłódki, tak dorabiając do niewielkiej pensji
w Państwowym Muzeum Etnograficznym. Ale same pienią­
dze to było mało, należało je wymienić na dolary, przesiać...
Pomagał mu od czasu do czasu premier Cyrankiewicz.
Proponowałem Grabowskiemu, by pisał do „Polskiej
Sztuki Ludowej". Spojrzał na mnie smutno. Nie, nie może.
Powiedział, że mnie szanuje i dużo zrobi, jeśli naprawdę bę­
dę tego potrzebował, ale niech go zrozumiem - jeśli napisze,
ktoś (kto? Bierut?) pomyśli, że wszystko jest w porządku, nie
upomni się o jego krzywdę. Rozmawialiśmy w sali Zachęty,
łzy mi się cisnęły do oczu. Biedny, naiwny, nieszczęsny, wiel­
ki znawca ludowej sztuki, organizator kilku ważnych wystaw,
także przed wojną.
Umarł zapomniany, pozostawił po sobie cenną monogra­
fię obrazów na szkle i kilka innych książek, niestety wątpli­
wej wartości, najeżonych błędami.
Reinfuss, który nie miał wrażliwości na sztukę Grabow­
skiego, kochał ją jednak. Była mu bliska i droga, poświęcił
dla niej życie. Skończył prawo i aplikował w Tarnowie u ja­
kiegoś adwokata. Nudziła go praca, natomiast frapowały stro­
je chłopów, którzy przychodzili do kancelarii. Szkicował je,
zbierał garnki, próbki materiałów. Postanowił, że zostanie et­
nografem, poczynił nawet starania, by się doktoryzować
76

u prof. Kazimierza Moszyńskiego. Ale wybuchła wojna, i . . .
Reinfuss został dozorcą na Wawelu, by czuwać nad skrzynia­
mi, w których Tadeusz Seweryn ukrył przed Niemcami naj­
cenniejsze eksponaty z krakowskiego Muzeum Etnograficz­
nego. Opiekował się nimi, a po wojnie podjął studia, wędru­
jąc po Łemkowszczyźnie i Bojkowszczyźnie. Świetna praca,
którą napisał, jest chyba najlepsza w jego dorobku. Dostrze­
ga w niej aspekty historyczne, socjologiczne, uważny na
wszystko, co wyróżniało te grupy etniczne.
Później już nie miał na to czasu, podjął zadanie ogromne,
ponad siły, wymagające rozbudowanego aparatu wykonaw­
czego, a talentu organizacyjnego nie miał. Potrzebował wy­
kwalifikowanej grupy etnografów, sprawnych w badaniach
terenowych, a mógł liczyć na jednostki. Talentu pedagogicz­
nego też nie miał. Dawał z siebie bardzo dużo, ale prowadził
swych uczniów i pracowników „za rączkę", jak to bywało
w galicyjskich szkołach. Albo więc odchodzili z jego pracow­
ni, albo tracili inicjatywę, odwagę do samodzielnego działa­
nia. Miał przy tym swoje tragiczne racje. Racje patrioty. Uży­
ję tego słowa, choć przedtem nie przychodziło mi do głowy ale taki był czas, ruiny, gruzy, kraj zniszczony, miał więc
świadomość, że trzeba przede wszystkim ratować, co można.
Pracować dla Polski, a nie budować własną karierę. To rozu­
miało, czuło wielu ludzi. Pamiętam, jak wiele razy mi to
mówił Starzyński: jesteśmy jak nawóz dla przyszłych poko­
leń, jesteśmy straconym pokoleniem. W innych krajach, w in­
nych warunkach można było zasłonić okno firanką, usiąść
przy biurku, pisać. Ale wtedy, gdy się weszło w wir odbudo­
wy, tworzenia nowych struktur, ocalania ginących wartości,
postawa „czystego" naukowca mogła się wydawać ucieczką,
pięknoduchostwem. Tak patrzył Starzyński na Białostockie­
go, zazdroszcząc mu i powtarzając - ktoś musi tę brudną ro­
botę zrobić, gruz uprzątnąć, dom zbudować. No i dosłownie
uprzątaliśmy gruzy na ulicy Miodowej, budowali swoje war­
sztaty pracy.
Ale Reinfuss wiedział, że los wybrał jego, by ratował, do­
kumentował ginący świat kultury ludowej. Ginący przeraźli­
wie szybko, dosłownie z dnia na dzień. Wiedział, że nikt in­
ny nie podejmie tej pracy. Wymagała kompetencji, wyobraźni
i poświęcenia. Całkowitego. Reinfuss bywał niecierpliwy,
wymagający, ale każdy, kto z nim pracował, widział, że jest
taki przede wszystkim w stosunku do siebie. Wiem, że dziś
trudno zrozumieć taką postawę, trudno wytłumaczyć, dlacze­
go badacz świadomie ogranicza pole swych zainteresowań,
rezygnuje z kwestionariuszy terenowych, dokumentując sztu­
kę ludową. Ale on widział, że świat dawnej kultury ginie
i trzeba działać jak straż ogniowa. Zadanie postawił przed so­
bą ogromne: uchwycenie obrazu sztuki ludowej na całym ob­
szarze kraju, teraz, kiedy jeszcze jest co sfotografować, co
opisać, z kim przeprowadzić wywiad.
Był to program imponujący, gigantyczny, ale i szalony.
Zwłaszcza gdy się miało do dyspozycji jeden, nie najlepszy,
samochód, 3-5 stałych współpracowników, jednego fotogra­
fa! Przy tym Reinfuss pracował zawsze sam, nie szukał moż­
liwości współdziałania z innymi ośrodkami. Można w tym
widzieć cechę osobowości, wadę, ślad urazów, ale prawda
jest też taka, że nikt inny by tego zadania nie podjął, a jeśli,
to tylko na wąskim obszarze swego regionu. Środowisko by­
ło zawistne. Oczywiście z całą dekoracją racjonalnych uzasa­
dnień. Wystarczy powiedzieć, że nie zdołało stworzyć wspól­
nej placówki, instytutu etnografii. Poznań chciał, by u nich
powstała, Warszawa - u siebie, Śląsk miał też ambicje - blo­
kowano się nawzajem. Znałem te sytuacje, uważano mnie za
6

kogoś nie z branży, wobec tego łatwego do przeciągnięcia na
swoją stronę. Jedni mówili niedobre rzeczy o drugich. Reinfuss drażnił ich, przede wszystkim tym, że nie uczestniczył
w tym maglu, nie pojawiał się na zebraniach, i co najgorsze pracował. Chciał tylko, by mu nie przeszkadzano. Dlatego
też, gdy Grabowski tworzył swój instytut, uznał, że będzie to
najlepsze miejsce. Później, mimo różnych propozycji, wolał
przejść do Państwowego Instytutu Sztuki. To dawało nieza­
leżność. Pracownię, różnie to się nazywało, umieścił w swo­
im mieszkaniu, co oczywiście później okazało się bardzo nie­
wygodne dla wszystkich, pracowników i rodziny Profesora,
ale w tamtych latach intensywnej pracy terenowej trudno so­
bie było nawet wyobrazić placówkę w oderwaniu od osoby
Reinfussa. To była jego pracownia, jego pasja, jego dorobek.
Starzyński chętnie się zgodził na włączenie problematyki
sztuki ludowej do programu instytutu. Była ona dobrze wi­
dziana przez władzę, która ludowość przeciwstawiała forma­
lizmowi i kosmopolityzmowi. Oczywiście Starzyński wi­
dział problem inaczej, głębiej, w kontekście dążeń do sztuki
narodowej i w nawiązaniu do osiągnięć sztuki użytkowej lat
trzydziestych. Uważał, że w całościowym obrazie kultury nie
powinno zabraknąć tego obszaru. Zarówno on sam, jak i prof.
Ksawery Piwocki, doceniali wartość artystyczną sztuki ludo­
wej. Ale ich widzenie różniło się od koncepcji Reinfussa. Sta­
rzyńskiego interesowała sztuka ludowa, jej wpływ na kulturę
artystyczną schyłku XIX wieku i pierwszej ćwierci XX, pro­
blem inspiracji: Reinfussa - szybkie i z konieczności pobież­
ne zarejestrowanie jej aktualnego obrazu, dotarcie do war­
sztatów tkackich, garncarskich, określenie granic i zasięgów
form. Szybko więc stracił zainteresowanie dla krakowskiej
placówki i powierzył ją mojej opiece. Obaj panowie nie kry­
li wzajemnej niechęci, nie rozumieli się, spotkania denerwo­
wały Reinfussa, drażniły szefa. Ja byłem w środku. Rozumia­
łem racje obu, pomagałem Reinfussowi, ale nie na ile mnie
było stać, tylko na ile on umiał taką pomoc przyjąć. W koń­
cu nie były to sprawy trudne. Etaty? - mówił, że musi mieć,
że chce. Dobrze, odpowiadał Starzyński, proszę o wnioski.
Ale tu się okazywało, że Reinfuss nie miał kandydatów. Po­
zostawał jednak w przekonaniu, że mu odmówiono, groził, że
już więcej nie pojedzie do Warszawy.
7

Ja, nie widząc dla siebie szans w Zakładzie Plastyki, po
kilku niepowodzeniach w krytyce artystycznej (odrzucono mi
teksty, uznając je za formalistyczne itp.) zająłem się sztuką
ludową. Uznałem to wtedy za bezpieczną niszę. Prawdę
mówiąc wierzyłem, że coś się zmieni, wrócę do sztuki, ale
rzeczywistość okazała się inna. Utonąłem w tej sztuce ludo­
wej, po latach już nie było jak się wycofać, zaczęły się przy­
gody z ludźmi, ciekawe, takie, w których nie tylko oni mnie,
ale i ja im coś dawałem. Zdobyłem, nie czując jak i kiedy,
pewną pozycję w środowisku. Chyba dlatego, że nie dawałem
się nigdzie zaszufladkować, pozostawałem na pograniczach
dyscyplin, zainteresowań, kompetencji.
Starzyńskiego martwiła degrengolada „Polskiej Sztuki
Ludowej". Pierwsze numery Grabowskiego zostały doskona­
le przyjęte, ukazywały urodę sztuki, do której pokolenie pla­
styków, ukształtowane przed wojną, miało sympatię. U wielu
malarzy, grafików, rzeźbiarzy (nie mówiąc o dentystach...)
widziałem na stole egzemplarze. Zwłaszcza numer o świąt­
kach. Ten naprawdę zrobił furorę. Ale pismo, przejęte przez
Reinfussa, wycofało się nie tylko z tematyki religijnej, ale
w ogóle z obszaru sztuki, zagadnień estetycznych. Nowa re­
dakcja potraktowała „Polską Sztukę Ludową" jako przybu­
dówkę do programu badań pracowni. Pismo miało publiko­

wać nadesłane bądź zamówione materiały, uzupełniając ba­
dania prowadzone przez własnych pracowników. Nie było te­
go wiele, objętość zmalała, nakład spadł, coraz trudniej było
zmontować numer. Nie pomagało powołanie kolegium, rady
redakcyjnej, zresztą każdy wiedział, że to są fikcje. Najgorzej
wyglądała sytuacja w 1950 r. Udało się z trudem wydać dwa
numery w ciągu roku. Mojego dyrektora bardzo to niepokoi­
ło. Pisma stanowiły forpocztę ideologiczną instytutu, jego
broń ofensywną, ale i obronną, ochronę wartości, które repre­
zentował. Na zewnątrz, na pokaz były pisma, a więc krytyka
artystyczna, publicystyka zgodna z nakazem chwili, w zakła­
dach zaś prowadzono działalność naukową, o bezsprzecznej,
ponadczasowej wartości. Wymienię tu choćby bibliografię,
katalog zabytków, studia historyczne, prace z zakresu historii
teatru, muzyki, filmu. Cały obszar, którym kierował wicedy­
rektor Andrzej Ryszkiewicz. Kompetentnie, mądrze.
Istniejący układ personalny zapewniał w pewnym stopniu
parasol ochronny (to ja), ciągłość pracy podstawowej, wolnej
od koniunkturalizmu (to Ryszkiewicz), udział w życiu arty­
stycznym, co w tamtym okresie wiązało się z rolą tarana ide­
ologicznego. Tę rolę musiał firmować prof. Starzyński. Nie
bardzo się do niej nadawał - koneser, wrażliwy widz i czytel­
nik, autor naprawdę dobrych „skamandryckich" wierszy,
sztuki teatralnej, niegdyś aktor z zespołu Reduty, znawca
sztuki francuskiej XIX i XX wieku, erudyta, człowiek obda­
rzony urokiem, do tego przyzwoity, lojalny. Ale cóż było ro­
bić. Skoro wszedł w pakt z Sokorskim, przyjął na siebe cudzy
kostium, musiał płacić za swoje i nie swoje grzechy. Ustawił
instytut tak, że gdy zelżał ucisk ideologiczny i po śmierci Sta­
lina poszerzył się zakres swobody, dosłownie z numeru na
numer zmieniło się oblicze sztandarowego pisma instytutu
„Materiałów do Studiów i Dyskusji", odpadły różne przy­
czółki ideologiczne lub zostały zmarginalizowane.
Przypomnę, w 1950 roku Państwowy Instytut Sztuki prze­
jął „Przegląd Artystyczny", „Polską Sztukę Ludową", powo­
łał redakcje „Kwartalnika Filmowego", „Muzyki", nieco
później „Pamiętnika Teatralnego". Na użytek propagandy po­
wstały wspomniane wyżej „Materiały...". Taran socrealizmu.
Na szczęście taran niezbyt szczelny, mało groźny. Dziś biorąc
do ręki wydane numery, dosłownie niczego w nich nie widzę
wartego przeczytania. Nawet mojego tekstu, wydanego
z okazji I Konferencji Nauk o Sztuce, który zorganizował in­
stytut w Krakowie, na Wawelu. Tekst, chwała Bogu, niekompromitujący, raczej napuszenie naiwny.
Narada krakowska zakończyła pierwszy etap budowy in­
stytutu. Pokazał się on jako organizator i koordynator badań
naukowych. Zebrania poszczególnych sekcji prezentowały,
stan badań i wiedzy w danej dziedzinie, zarysowując program
badawczy, wskazując najbardziej dotkliwe luki.
Szef był zadowolony, konferencja potwierdziła kierowni­
czą rolę PIS-u. Równoległą do budowanej (po trupach Aka­
demii Umiejętności) struktury Polskiej Akademii Nauk. Ale
trzymanie się przez Starzyńskiego resortu nie wynikało tylko
z przesłanek ambicyjnych, choć i one odegrały niemałą rolę
w jego polityce. W Ministerstwie Kultury i Sztuki nasz insty­
tut był szanowany, ceniony. Oczko w głowie. Mógł liczyć na
pomoc, środki. W Akademii Nauk należałby do grona licz­
nych instytutów humanistycznych, z tym że ideologicznie
ważniejsze były instytuty socjologii, filozofii, prawa. Ale
i tak humanistyka nie mogła liczyć na szczególne przywileje,
którymi nęciła przynależność do resortu kultury. Dodać tu na­
leży, że jeszcze nie okrzepły katedry na wyższych uczelniach
i jeśli pewien zakres prac PIS-u pokrywał się z nimi, to bez77

sprzecznie zadania dokumentacyjne, archiwistyka, badania
terenowe były możliwe jedynie w odrębnym instytucie.
Nie wykluczam, że na decyzję Profesora mogło wpłynąć
także to, iż w instytucie przejmował rząd dusz wśród history­
ków sztuki, należąc do młodego pokolenia (dopiero co się ha­
bilitował).
Konferencja na Wawelu zbiegła się w moim przypadku
z innymi wydarzeniami, które silnie zakotwiczyły mnie
w problematyce ludowej kultury artystycznej. Wymienię tu
tylko fakty, starając się ich nie komentować:
- Zlikwidowano „Odrodzenie" i „Kuźnicę", tworząc
z części obu zespołów redakcyjnych „Nową Kulturę"; której
ster objął Paweł Hoffman. Ja, podobnie jak mój szef, Jerzy
Borejsza, zostaliśmy uznani za „rewizjonistów" i nie zapro­
szono nas do nowej redakcji.
- Na uniwersytecie kończyłem studia socjologiczne pod
kierunkiem prof. Stanisława Ossowskiego. Pracę pisałem
z zakresu socjologii kultury ludowej.
- Współpracowałem z Tadeuszem Sygietyńskim przy
organizacji zespołu „Mazowsze". Jeździliśmy na Kurpie
i do wsi opoczyńskich, wyszukując zdolną młodzież i doku­
mentując folklor. To były moje pierwsze terenowe inicjacje.
Pomagałem mu w koncepcjach repertuaru, dał mi nawet le­
gitymację stwierdzającą funkcje kierownika artystycznego,
co było oczywiście fikcją, miało tylko ułatwić załatwianie
różnych spraw. Z „Mazowszem" pojechałem na Festiwal
Młodzieży do Berlina (NRD) w roku 1951. Uciekł solista,
przeszedł przez ulicę na drugą stronę i nie wrócił, Sokorski
powiedział mi po powrocie - wiesz, nie gniewaj się na
mnie, ale musiałem z tego jakieś konsekwencje wyciągnąć.
Miry i Tadeusza chcę bronić, zwolnię więc ciebie. Dobrze?
Kiwnąłem głową, że rozumiem. Dalszą konsekwencją było
przejście w PIS-ie na stanowisko kierownika Zakładu Sztu­
ki Ludowej, a wkrótce i folkloru, jako że minister na moją
prośbę zgodził się stworzyć Akcję Zbierania Folkloru,
i mianował mnie swym pełnomocnikiem w tej sprawie. Zor­
ganizowałem wówczas Akcję, powierzając kierownictwo
merytoryczne państwu Sobieskim, którzy przedtem mieli
odrębną placówkę w ramach Instytutu Grabowskiego,
wchłoniętą - jak inne - przez PIS. Miałem nadzór nad eki­
pami terenowymi.
Dodam, że akcję wymyślił dyrektor Polskiego Radia
Wilhelm Billig, ofiarowując swoją pomoc w ludziach i sprzę­
cie. Inicjatywę podjąłem, w efekcie nagrano, nie zawsze
kompetentnie, ok. 65 000 pieśni. (Dopiero wtedy powstał
prawdziwy problem - transkrypcji, zabezpieczenia - przegry­
wania taśm.)

Zakończę te wspomnienia jeszcze jednym faktem, który
zaważył na moim życiu i sprawił, że obok różnych jubileuszy
mam też swój, malutki - 50-lecia pracy w charakterze redak­
tora. Otóż gdzieś na początku 1952 г., po wawelskiej konfe­
rencji, poprosił mnie do siebie prof. Starzyński. Pytał, jak wi­
dzę „Polską Sztukę Ludową". Miałem nad nią pieczę, ale ra­
czej cenzorską niż redakcyjną, otrzymywałem gotowe nume­
ry do druku. - Dlaczego pyta? Powiedział, że takiego pisma
dłużej firmować nie może. Rozmawiał z prof. Ksawerym Piwockim, z prof. Bohdanem Urbanowiczem. Sugerują, aby pi­
smo oddać Wandzie Telakowskiej, do Instytutu Wzornictwa
Przemysłowego. Szkoda je zlikwidować, wiem przecież, jak
trudno jest uzyskać zgodę na wydawanie pisma. Wiedziałem,
więc potwierdziłem, że szkoda oddać je z instytutu. Wtedy
Starzyński spojrzał na mnie chytrze i zapytał niewinnie:
A weźmie Pan redakcję? Nie myślałem o tym, ale bez zasta­
nowienia powiedziałem - wezmę! Żal byłoby coś oddać z in­
stytutu. I tak, niespodzianie dla siebie, objąłem redakcję.
Znalazłem się w sytuacji niezręcznej, nie chciałem robić
przykrości Reinfussowi, wchodzić z nim w sytuacje konflik­
towe, a jednocześnie rozumiałem, że jest to nieuchronne. Wi­
działem kulturę ludową inaczej niż on. Sztuka ludowa intere­
sowała mnie jako fenomen, który należy widzieć w kontek­
ście kultury wysokiej. Nie miałem (i nie mam) do niej stosun­
ku bałwochwalczego, podziwiam jej szczytowe osiągnięcia,
interesuje mnie mechanizm ludowej kultury, przekazu trady­
cji, szlifowania form. Było więc oczywiste, że między mną
i Profesorem powstawały, z trudem skrywane, napięcia. Pro­
wadziły do coraz większego oddalania się pisma od Jego pra­
cowni. Zaczęło żyć własnym życiem. A ja rozszerzałem ob­
szar swych zainteresowań, pozostając sztuce ludowej wierny,
choć zainteresowany głównie jej kontekstami. Tak też brzmi
nazwa pisma powstałego z „Polskiej Sztuki Ludowej". To był
mój dom. To było, jak to się mówi - ukochanie. Ale to już in­
ny wątek historii...
Kończę te refleksje i czuję niedosyt. Piszę o szkielecie in­
stytutu, o polityce, w czym tkwiłem, ale co jest mi obce i da­
lekie. Pomijam też to, co było w moim życiu, także instytu­
towym, najważniejsze, dzięki czemu stałem się tym, kim je­
stem. Wspominając to życie, musiałbym mówić o ludziach
wspaniałych, z którymi los mnie zetknął, o Jerzym Łoziń­
skim, Zbigniewie Raszewskim, Mieczysławie Porębskim,
Zbigniewie Benedyktowiczu, Michale Bristigierze; o lu­
dziach bardzo mi bliskich i drogich, zwłaszcza o Jadwidze
Jarnuszkiewiczowej, Janku Swiderskim, Staszku Hiżu, Ani
Kunczyńskiej-Irackiej. O nich tu nie piszę. Ale właśnie o nich
coraz częściej myślę.

PISY
' Katolicy w Pubie Ludowej, „Tygodnik Powszechny", 10.12.1 У50
Witold Wirpsza w dyskusji na X I X Sesji Rady Kultury i Sztuki py­
tał „Dlaczego jedliśmy tę żabę?". Wierzyliśmy, mówi, że „(...) jak b ę ­
dziemy mieli socjalizm, to wszyscy ludzie staną, się normalni, bo inaczej
być nie może. (...) Oto w jaki sposób następowało zlikwidowanie niepo­
kojów. A nade wszystko baliśmy się (...) sami zostać żabami, które by
ktoś" pożarł." Cyt. za Marta Fik, Kultura polska po Jałcie. Kronika lat
1944-1981", nota 5.04.1956
2

3

To była metoda. Premierem był Edward Osóbka-Morawski, ale fak­
tycznie rządził mój szef w MSZ Jakub Berman. Pclnil on obowiązki
wicepremiera, i jednocześnie wiceministra spraw zagranicznych (figurantem był w nim min. Rzymowski, publicyta, przedwojenny bohater skan­
dalu z plagiatem. W Ministerstwie Kultury i Sztuki takim llgurantcr.i był
człowiek b. przyzwoity, Stefan Dybowski. Ludowiec, nikomu nieznany
w środowisku ludzi kultury, brat miernego dramaturga, też mało komu

78

znanego. Stąd fraszka Janusza Minkiewicza: „Osoba ministra wreszcie
rozpoznana, po prostu brat grafomana".
Rezolucja narady partyjnej КС w sprawie kultury, 30.05.1949
Cytowane dalej materiały pochodzą ze wspomnianej już książki
Marty Fik.
' Zespół tworzyli przede wszystkim: Ewa Fryś-Pietraszkowa, Olga
Mulkiewicz, Maria Przezdziecka, fotografik Stefan Deptuszewski
(później Jan Świderski).
Ludowość stanowiła parawan skrywający proces sowietyzacji
kultury, swoiste alibi. Powstałe w 1949 r. „Cepelia" i „Mazowsze" mia­
ły sprzyjać legitymizacji ustroju. W muzyce propagowano ludowość (Fe­
stiwal Polskiej Muzyki Ludowej, maj 1949 г.). Jadwiga Siekierska pisa­
ła („Kuźnica" nr 24). o potrzebie „powrotu muzyki do źródeł ludowych".
A dalej: .Zwalczamy w walce z bogoojczyźnianym kosmopolityzmem
niewolnicze i ślepo formalistyczne tendencje w muzyce".
4

5

7

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.