http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2594.pdf

Media

Part of Oui, j'en crois / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.3

extracted text
Oui, j'en crois
J a c e k Olędzki
Ryszard Kapuściński, Heban, Czytelnik, Warszawa 1998
Książki Ryszarda

Kapuścińskiego

to klucz do poznania dzisiejszych czasów.
Wypowiedź Andrzeja Wajdy w filmie Filipa Bajona,
„Poszukiwany Ryszard

Coś związanego z religią, z siłami nadprzyrodzonymi, ze
światem obrzędu i ducha, z czymś, czego nie można zobaczyć
ani dotknąć, ale co przecież istnieje, i to istnieje bardziej re­
alnie niż wszelka uzewnętrzniona materialność - wywołuje tu
natychmiastową reakcję szacunku, powagi, respektu i trochę
- lęku. To fragment Leniwej rzeki w zbiorze 30 reportaży
z Afryki Ryszarda Kapuścińskiego, Heban. Posłuchajmy dal­
szych uwag znakomitego pisarza na temat kardynalnego za­
gadnienia we wszelkich kulturach, które zachowały wiele ze
swej postaci pierwotnej. Wiadomo zas', że kraje współczesnej
Afryki, taką postać kultury pielęgnują i z prawdziwą życzli­
wością użyczają obcym. Wiemy, jak kończy się wszelkie igra­
nie z czymś wyższym a tajemnym, panującym a nieodgadnionym - kończy się zawsze źle. W istocie jednak chodzi o coś
więcej. Rzecz dotyczy bowiem pytania o źródło i istotę bytu.
Myślenie Afrykańczyków, tych z którymi się latami stykałem,
jest głęboko religijne. - Croyez - vous en Dieu, monsieur?
(Czy wierzy Pan w Boga?). Zawsze czekałem na to pytunie,
bo wiedziałem, że padnie, bo mi je zadawano tyle już razy
I wiedziałem, że ten, kto mi to pytanie stawia, będzie się w ta­
kim momencie uważnie we mnie wpatrywać, śledzić każde
drgnienie na mojej twarzy. Zdawałem sobie sprawę z powagi
tej chwili, z sensu, jaki w sobie niesie. I przeczuwałem, że
sposób, w jaki odpowiem, rozstrzygnie o naszych wzajemnych
stosunkach, a już na pewno o stosunku pytającego do mnie.
I kiedy mówiłem: Oui, j'en crois (Tak wierzę) - widziałem po
jego twarzy, jaką to przynosi mu ulgę, jak rozładowuje w nim
towarzyszące tej scenie napięcie i trwogę, jak go to ze mną
brata, pozwala przełamać bariery koloru skóry, statusu i wie­
ku. Afrykanie cenili sobie i lubili łączyć się z drugim na tej
wyższej, duchowej płaszczyźnie kontaktu, która często nie da­
wała się zwerbalizować i zdefiniować ale której istnienie
i wartość każdy przeczuwał istynktownie i spontanicznie.
Na ogół nie musiał to być żaden konkretny Bóg. Taki,
którego można by nazwać, a jego wygląd czy cechy jakoś opi­
sać. Chodziło raczej o co innego, o niezłomną wiarę w istnie­
nie Istoty Najwyższej, tej która stwarza i panuje, a także prze­
poją człowieka substancją duchową wynoszącą go ponad
świat bezrozumnych zwierząt i rzeczy martwych. Ta pokorna
i żarliwa wiara w Istotę Najwyższą sprawia, że jej wysłanni­
ków i ziemskich przedstawicieli również otacza szczególne po­
ważanie i pełna rewerencji akceptacja. Przywilej ten rozciąga
się zresztą na całą liczną tu, warstwę duchownych najprze­
różniejszych wyznań, wiar, Kościołów i zgromadzeń, której mi­
sjonarze katoliccy stanowią tylko niewielki procent. Niezliczo­
ne są bowiem w Afryce rzesze mułlów i marabutów islamskich,
ministrów setek sekt i odłamów chrześcijańskich, a także ka­
płanów afrykańskich bogów i kultów. Mimo pewnej konkuren­

Kapuściński".

cji tolerancja w tym środowisku jest zdumiewająca, a uznanie
wśród prostych łudzi - powszechne. (Heban, s. 276-277)
W pisarstwie Ryszarda Kapuścińskiego, ten rodzaj refle­
ksyjnej relacji, i zarazem - jak wspomniałem - która doty­
czy kardynalnego zagadnienia w kulturach, cenię sobie naj­
wyżej. Jako niegdysiejszy badacz Afryki, również Kameru­
nu, do którego odnosi się bezpośrednio cytowany tekst z He­
banu, dobrze wiem jak niebywałego doświadczenia, wiedzy,
zdolności empatycznych, a najważniejsze talentu literackie­
go trzeba mieć w sobie, aby powstał ów poruszający do ży­
wego przekaz. Przekaz głęboki, poznawczo najwyższej wa­
gi. Ujmuje on nas jeszcze jedną cechą, tą mianowicie, że
występuje w nim warstwa osobista, stały zabieg formalny
w książkach Kapuścińskiego. Obok ważnych spostrzeżeń,
dodajmy uchodzących uwadze nawet wytrawnych antropo­
logów (choćby na temat chodzenia Afrykanów gęsiego), ist­
nieje zawsze kontekst mówiący o samym Autorze, o jego lo­
sie, o okolicznościach gromadzenia przedstawianych wiado­
mości. Dzięki temu, kształtuje się wyrazista dramaturgia
w poszczególnych relacjach, a sam Autor staje się bohate­
rem kolejnych zdarzeń. Wiadomo zaś, jakie są najczęstsze
zdarzenia w reportażach „korespondenta wojennego"... Lu­
bimy, niestety krwawe opowieści. Stąd też czyta się Kapu­
ścińskiego jednym tchem. I dopiero po zakończonej lektu­
rze, po pewnym czasie, przychodzi moment zastanowienia
i uwolnienia się od czarodziejskiej magii dobrej literatury,
wartkiej narracji, mocnych rytmów zwięzłych zdań, a także
równie silnie uderzających czytelnika słów. W Hebanie taki­
mi słowami są, najczęstsze dwa: piekło oraz panika. Niewąt­
pliwie u wielu, szczególnie tych, którym nie dane było prze­
bywać w Afryce, albo będąc już w niej unikali zbliżenia się
do niebezpieczeństw tego kontynentu łatwo jest wywołać
zamierzone stany przerażenia i grozy. Ale ujmujący nas cza­
rodziej, bywa że - chcąc nie chcąc - powoduje proste
i szczere zadziwienie. Jak to, przestraszyłeś się kobry, która,
jak ty nasz bohaterze, schroniła się w opuszczonej przez pa­
sterzy - koczowników lepiance? Przecież, można było ją by­
le czym przegonić! Wydaje się jednak, że Autor chyba wie­
dział o owym najskuteczniejszym i zarazem bezpiecznym
pozbyciu się gada. Jednakże skorzystał z ukazania błahego
epizodu w taki sposób, by jedni się lękiem napawali, a inni
przeżyli wzruszenie, może nawet współczucie skierowane
na osobę pisarza. Spotkanie z jadowitym wężem, uśmierza­
nie go za pomocą blaszanego kanistra itd. (fragment repor­
tażu Serce kobry) posłużył wydawcy, szacownemu Czytelni­
kowi do przyozdobienia tylnej okładki, pięknie, w najlep­
szym guście wydanej książki. Przypuszczam więc, że w tym
wszystkim kryje się wysokiego kunsztu sprawdzona prakty65

Tanzania, Masajka reperująca dach domu ulepionego z krowiego łajna. Fot. J. Olędzki

ka, jak można i należy zdobywać czytelnika. W Polsce nie
mającej najlepszej orientacji o Czarnym Lądzie, a o Murzy­
nach pogłębionej wiedzy, z góry można założyć, że pomysł
z jadowitymi stworzeniami chwyci. Natomiast w krajach za­
hartowanych w podbojach kolonialnych opisy przygód z ko­
brami czy skorpionami, może nie byłyby przyjęte jak u nas.
Coś o tym wiem. Obserwowałem młodych Anglików i Fran­
cuzów wędrujących przez Afrykę. Zachowywali się tak jak­
by podróżowali po własnym kraju. Byli zaskakująco obojęt­
ni na wszystko to, co dla nas wciąż jest groźne i niezwykłe.
Na widok skorpiona reagowali tak jakby widzieli biedronkę
lub jakąś liszkę. I zapewne walorem pisarstwa Kapuściń­
skiego jest owa żywa, szczera, zabarwiona grozą reakcja na
osobliwości przyrodnicze Afryki. Najwyraziściej ujawnia
Autor tę postawę w opisach klimatu, skwaru (piekielnego),
piekła duchoty czy wyładowań atmosferycznych, które ma­
ją postać nie znaną Europejczykom: (...). Afrykanin cały
czas czuje się zagrożony. Na tym kontynencie natura przy­
biera tak monstrualne i agresywne postacie, nakłada tak
mściwe i budzące trwogę maski, takie zastawia na człowie­
ka pułapki i zasadzki, że żyje on w poczuciu niepewności ju­
tra, w lęku i trwodze. Wszystko występuje tu w formie zwie­
lokrotnionej, rozpasanej, histerycznie przesadzonej. Jeżeli
jest burza - pioruny wstrząsają całą planetą, a błyskawice
rozrywają niebo na strzępy, jeżeli ulewa - z nieba wali się li­
ta ściana wody, która za chwilę zatopi nas i wgniecie w zie­
mię, jeżeli susza - to taka, która nie zostawia kropli wody
i umieramy z pragnienia. W stosunkach natura - człowiek
nie ma tu nic, co by je łagodziło - żadnych kompromisów,
stanów pośrednich, gradacji. Cały czas tylko zmaganie, wal­
ka, bój na śmierć i życie. Afrykanin to człowiek, który od
urodzenia do śmierci przebywa na froncie, walcząc z wyjąt­
kowo nieprzychylną naturą swojego kontynentu, i już sam
fakt, że żyje i potrafi przetrwać, jest jego największym zwy­
cięstwem. (Heban s. 333, ostatni rozdział, W cieniu drzewa,
w Afryce). To przepiękny, poetycki opis odrębności afrykań­
skiej natury. Autor dużą wagę przywiązuje do tych natural­
nych uwarunkowań i nie omija ich w wywiadzie, jakiego
udzielił Gabrieli Łęckiej POLITYKA, nr 9 (2182), 27 lutego
1999, s. 46-48, Opisuję stany ducha: (...). I ciągle się boi
(Afrykanin, JO), i ma rację, że się boi, bo bez przerwy mu
coś zagraża. Kiedy przychodzi burza tropikalna, gdy trza­
66

skają pioruny, to te w Europie przypominają, w porównaniu
z nimi, małe iskierki.
To wspaniałe porównania, przepiękny język wieloletniego
korespondenta PAP, Ryszarda Kapuścińskiego. Sugestywność tego języka, głęboko emocjonalny stosunek Autora do
ukazywanej rzeczywistości, sprawia, że Cesarza czy Heban
„się połyka", czytając z niesłabnącym zainteresowaniem od
pierwszej do ostatniej stronicy. Ale przyjrzyjmy się dokła­
dniej piorunom w Afryce i Europie, a raczej w obszarze Eu­
roazjatyckim. Owe pioruny zajmują mnie od niepamiętnych
czasów, albowiem stanowią w kulturach pierwotnych, ale
również w świadomości co wrażliwszych reprezentantów
formacji kulturowych naszych czasów, najbardziej komuni­
katywny, a często również wiarygodny i niepodważalny do­
wód o istnieniu Najwyższej Istoty. Jak Bóg grzmi na niebiesie, jak włada gromami, to bezcenne dane, pozwalające lu­
dziom kultur pierwotnych na kształtowanie swych wierzeń,
a najważniejsze, wyobrażeń o naturze samego Boga. Według
Kapuścińskiego pioruny tropikalne w Afryce wstrząsają całą
planetą. W porównaniu z nimi, wyładowania atmosferyczne
w Europie, to małe iskierki. Jednakże, to właśnie one - jako
najczęstsze, wyładowania pionowe - zabijają ludzi, zwierzę­
ta, wzniecają pożary od których płonęły lasy, całe wsie, a tak­
że kościoły. W strefie tego rodzaju wyładowań - najstraszliw­
szych w obszarze stepów azjatyckich - od zarania tworzyli
ludzie obraz Boga bezwzględnego, niemiłosiernego i nielitościwego... Katolicyzm powołał Matkę Boską Gromniczną
oraz dwoje świętych Agatę i Floriana, aby ich opiekuńcza po­
winność chronienia od piorunów, ognia z niebios, łagodziła
wyobrażenia o Bogu.
Natomiast, w tropikalnej Afryce, pioruny wstrząsające
całą planetą mają najczęściej charakter wyładowań pozio­
mych, na znacznych wysokościach, takich, które nie sięgają
ziemi, a więc nie zabijają ludzi i zwierząt, a także, nie powo­
dują najgroźniejszych pożarów. Masajowie, kiedy pioruny
wstrząsają całą planetą, nie kryją się ze strachu w swoich,
bezpiecznych, lepionych z łajna krowiego domostwach! Roz­
radowani stają naprzeciw tych piorunów, wznoszą ramiona
do niebios dziękując Najwyższemu za deszcz, za wszystko.
Goryle w tym czasie tańczą w dżungli.
Zatem, powody do lęku, strachu, przerażenia - bania się
w czasie burzy - o czym pisze sugestywnie Kapuściński -

w większej mierze mógł mieć chłop europejski, pasterz ze
stepów azjatyckich, aniżeli mieszkaniec Afryki w strefie tro­
pikalnej.
Przyjmując taką ocenę strachu, „słusznego bania się", na­
rzuca się wcześniej już sygnalizowany wniosek. Można by
tak go sformułować. W kulturach pierwotnych (w Europie chłopskich) różny jest wizerunek Istoty Najwyższej. O tym
wizerunku decydują - między innymi - śmiercionośne i nieśmiercionośne wyładowania w czasie burz, pioruny. Ludy
pierwotne wyraziściej, pełniej i z przekonaniem swą ufność
do Pana Niebios wyrażają właśnie tam, gdzie burze chociaż
mają charakter „kosmiczny" ale nie powodują śmiertelnych
ofiar wśród ludzi oraz ich żywego mienia, stad zwierząt. Tam
też - jak się wydaje - aspekt miłosierdzia i litości w obrazie
Najwyższego Boga sam się narzuca. I wydaje się również, że
tam, gdzie pojawiają się zabici i zgliszcza od piorunów, ów
obraz Istoty Najwyższej kształtuje się inaczej, rodzi się pe­
wien dystans religijny, a także zjawisko oszukiwania Boga...
Można więc, w naturze nieśmiercionośnych piorunów odna­
leźć pewne, chociaż tylko rudymentarne, wyjaśnienie owej
żywej, przepojonej ufnością religijności, o której mówi Ka­
puściński w cytacie od jakiego rozpocząłem mówienie o bar­
dzo ważnej książce.
Niekwestionowaną, w pełni odkrywczą metodą w Heba­
nie przedstawiania natury jest to, co można by nazwać cał­
kowitym odejściem od adoracji jej uroków. Nie ma więc
w tej książce estetyzujących opisów przyrody, tak częstych
w beletrystyce. Kapuściński - chyba jak nikt wcześniej, albo
może mało kto pośród największych - odsłania nam bodaj
najważniejszą stronę tejże natury. Jest nią złowrogi charak­
ter żywiołów, klimatu czy osobliwy związek między dniem
i nocą. Jak wiadomo, w Afryce, im bliżej równika, nikną po­
ranne brzaski i wieczorne jutrznie. Słońce pojawia się i zni­
ka nagle. Nastaje noc, która w Hebanie często, a nieraz tak­
że zawsze jest ciemna, że oko wykol. I oczywiście, taka noc
potęguje lęki, a nawet wielki strach. Sprzyja taka noc rodze­
niu się widmowych wierzeń i demonicznych wyobrażeń. Ale
wiemy wszak, że nad Saharą i Kalahari, chociaż nie tylko,
świecą gwiazdy i księżyc jaskrawością w Europie nieznaną.

To, między innymi dzięki tej jaskrawości, głębi widzenia
otchłani nieba, mieszkańcy płaskowyża w okolicach Wagadugu, Dogonowie z Górnej Wolty, zdobyli wiedzę astrono­
miczną, która wciąż zdumiewa i stanowi przedmiot niewy­
czerpanych, uczonych interpretacji, jak również fantastycz­
nych spekulacji.

*
Brak miejsca nie pozwala, aby dalej prowadzić zapropo­
nowaną, uważną analizę frapującej książki. Pozostaje piszą­
cemu te słowa tylko zasygnalizować bogactwo i rozmaitość
ważnych kwestii i wciąż aktualnych problemów. Oto niektóre
z nich: pochłaniające setki tysięcy ofiar wojny międzyplemienne (autor z wielkim znawstwem historii odległej i naj­
nowszej dostarcza danych, pozwalających zrozumieć feno­
men afrykańskiego Homo necans). Paradygmat być i mieć.
Dramat istnienia we współczesnej Afryce. Europejski wy­
miar czasu obiektywnego i afrykański czas subiektywny, kul­
turowe konsekwencje tych odrębności. Pułapki otwartej i nie­
kontrolowanej przestrzeni. Afrykański Homo viator. Miasta
złudnych nadziei.
Autor z właściwym sobie darem wnikliwej obserwacji
drobiazgów oraz poetyckim ich waloryzowaniu, wprowadza
pomiędzy owe pryncypialne kwestie i problemy współcze­
snej Afryki niewielkie szkice. Mogą one dotyczyć zniszczo­
nej koszuli (s. 172) i ósmego cudu świata, jedenastu wyku­
tych w litych skałach kościołów (Lalibela '75, s. 144), walki
jaszczurek z moskitami na suficie (s. 98) i promieni słońca
uderzających z siłą noża (s. 129), adorowania proroctw Jere­
miasza w Kościele Apostolskim (s. 304-305) kiczowatych
malowidłach pełnych fantazji (s. 19). Oczywiście, są w Heba­
nie nowe dane na temat cmentarzy słoni (s. 67). Dzięki tym
„drobiazgom" pisarstwo Kapuścińskiego zyskuje walory cie­
pła, bezpośredniości, zbliżenia.
Opisem godnego zachowania Ducha Afryki - słonia przy...
stole wigilijnym, kończy Ryszard Kapuściński swoją kolejną
arcyciekawą relację o rzeczywistości mistycznej, odkrywanej
nieopodal nas, obecnie.

Nigeria, Zaria. Dom mieszkalny z cegieł. Fot. J Olędzki

67

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.