-
extracted text
-
Co przeczytałem
Od tego numeru rozpoczynamy druk stałej rubryki ,,Co przeczytałem", do współredagowania
i kształtowania której serdecznie zapraszamy wszystkich dotychczasowych i nowych autorów,
czytelników „Kontekstów". Chcielibyśmy zamieszczać w tej rubryce omówienia nie tylko aktualnie
pojawiających się książek, ale także uczynić ją miejscem wymiany myśli i refleksji jakie wywołują
Państwa bieżące lektury. Liczą się tu zatem także i książki wydane wcześniej, czytane ponownie i po
latach, poruszane w nich zagadnienia, tematy, problemy, i myśli jakie te lektury ewokują. Wszystkich
chętnych do podzielenia się z nami swoimi lekturami serdecznie zapraszamy. Wszystkie interesujące
wypowiedzi o tym, co przeczytaliście opublikujemy.
Redakcja
Zbigniew Benedyktowicz
Małe i Wielkie Ojczyzny
„Mieszka się nie tylko w budynkach ale i w pamięci,
w tradycji, historii, kulturze. A w Warszawie jest to ważniejsze
niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Czasami trudno
pojąć, że to miasto istnieje. M ó j cel, zachowując proporcje,
podobny jest do zamysłu tych, którzy je odbudowali. Kolejne
miesiące niosą ze sobą tyle widoków po to, by poświadczyły,
przypominały życie, jakie się tu toczyło przed zniszczeniem
miasta.'' - Warszawa otrzymała niezwykły prezent w 400-lecie
swojej stołeczności, książkę Małgorzaty Baranowskiej War
szawa. Miesiące, lata, wieki, z której pochodzi ten cytat. Jej
fragmenty drukujemy obok. Książka nie była pisana „na
r o c z n i c ę " . (To, że ukazuje się teraz to szczęśliwy przypadek,
0 którym jeszcze będzie tu mowa.) Kto zna autorkę i jej
Pamiętnik mistyczny wie, że Warszawa to szczególny jej temat,
1 sprawa dla niej szczególna. Książka liczy 356 stron wraz
z aneksem (bibliografią, spisem ilustracji, indeksami nazwisk
i rzeczowym) zawiera 600 ilustracji w wyborze Marty Zieliń
skiej. Niewiarygodne zamierzenie: zawrzeć blisko 350 lat (od
przeniesienia stolicy do Warszawy po jej zniszczenie i zrów
nanie z ziemią po powstaniu warszawskim), lata 1596-1945, na
niespełna 350 stronach. - Warszawa otrzymała, my otrzymaliś
my niezwykły prezent (niech mi wybaczą uczeni Varsavianisci)
jakiego by żaden Varsavianista nie zgotował. Bowiem na tle
najbardziej nawet rzeczowych, wyczerpujących, ale częstokroć
nużących, by nie powiedzieć nudnych, opracowań varsavianistycznych, książka Baranowskiej wyróżnia się tym, że operuje
swoistym, szczególnym rodzajem skrótu i syntezy połączonym
z umiłowaniem dla szczegółu i konkretu: została napisana przez
poetkę. Dzięki temu otrzymaliśmy specjalny przewodnik. Prze
wodnik wtajemniczenia w Warszawę. Bo tak należałoby chyba
tę książkę, tę opowieść Małgorzaty Baranowskiej o Warszawie
nazwać.
Paradoksalna książka. Z jednej strony wpisuje się ona jakby
w szerszy nurt „nowej varsavianistyki" tworzonej notabene
przez pisarzy i literaturoznawców, czego najlepszym przy
kładem może być niedawno wydana książka Marty Zielińskiej
Warszawa. Dziwne miasto, w którym autorka zmierzając do
uchwycenia i opisania genius loci tego miasta, podkreśla
szczególnie i wydobywa na plan pierwszy fantasmagoryczny
wymiar Warszawy, jaki zawarty został w pisarstwie Mirona
Białoszewskiego, Tadeusza Konwickiego, Bolesława Prusa,
Isaaca Bashevisa Singera, Leopolda Tyrmanda, biorąc obok
nich za materiał i źródło do tropienia owego fantasmagorycznego wymiaru także Pamiętnik mistyczny Małgorzaty Baranow
skiej. (Wspaniałym przykładem owej dziwności i fantasmagoryczności może być choćby ta uwaga Marty Zielińskiej j a k ą
poświęca tablicom upamiętniającym dawne ulice, faktowi
poszukiwania schronienia jakiego szuka to miasto w słowach:
Podobnych tablic nie ma chyba żadne miasto. Nie
upamiętniają
152
one ani ludzi, ani zdarzeń, lecz zaznaczają zwyczajne skrzyżo
wania. Na jednej napis z brązu głosi «Tu było skrzyżowanie ulic
Chmielnej i Wielkiej».
Było. Teraz są duchy
skrzyżowań.
Symboliczne nagrobki - tak tutaj popularne. (...) Nie wiem kto
wpadł na tę myśl, ale wiem, że poprzez nią właśnie
przemówił
duch Warszawy, miasta, które pozbawione wystarczająco
solid
nej i niezmiennej podstawy materialnej - szuka schronienia
w bytach idealnych, czyli w słowach,
literach.)
Z drugiej jednakże strony książka Baranowskiej Warszawa.
Miesiące, lata, wieki, która sytuuje się i którą rozpatrywać
można w najściślejszej bliskości wobec wspomnianego wyżej
nurtu „varsavianistyki pisarzy", (do którego zaliczyć by można,
wydane także ostatnio w dwu tomach Powidoki Marka Nowako
wskiego) różni się od tego nurtu znacznie, tym właśnie, że
zawiera w sobie, odwołując się do rozmaitych źródeł, w tyra
także do opracowań stricte varsavianistycznych, kompendium
solidnej wiedzy faktograficznej i historycznej o tym niezwyk
łym mieście, wiedzy o jego ulicach, dzielnicach, architekturze,
ludziach, sztuce, muzyce, teatrach, kinach, wynalazkach, roz
rywkach, artystach, ogrodach, pałacach, kościołach, instytu
cjach, drobnych i wielkich zdarzeniach, o wydarzeniach małej
i wielkiej historii dziejących się tu na przestrzeni tych z górą 350
lat i kształtujących ducha tego miasta. Małgorzata Baranowska
znalazła swoją oryginalną drogę pokazania Warszawy. Miała
swój pomysł, swój własny „sposób na W a r s z a w ę " , tak by
w opisie zawrzeć zarazem jej zwyczajność i niezwykłość,
dziwność i fantasmagoryczność, materialność i konkret, tak by
przywoławszy historyczne fakty pokazać jednocześnie nie
zwykłość i wyjątkowość tej historii. Znacząca pod tym wzglę
dem jest j u ż sama cezura przyjęta przez autorkę, czas do którego
sięga jej opowieść o mieście. Kończy się on na 1945 roku (a
właściwie zimą, w grudniu 1944). Już sama ta cezura i M
początku ujawniony cel opowieści „przypomnieć życie, jakie
się tu toczyło przed zniszczeniem miasta" pokazuje wyjąt
kowość historii tego miasta liczonej i opowiadanej nie jak
w przypadku innych miast ad urbae condita, od założenia
miasta, lecz ante urbi destructionem. To samo miasto narzuca w
niejako ten własny, inny zmysł historii. Anachroniczny zamitf
odbudowywania obrazu miasta jakim było przed zniszczenie!"
zbiega się znacząco z indywidualnym czasem zapisany )
w biografii autorki. Gdy spojrzymy do noty biograficzne)
zamieszczonej w książce, znajdziemy bowiem jeszcze j e *
paradoks - Małgorzta Baranowska autorka książki o Warsza*|
urodziła się w w 1945 roku... w Krakowie (paradoks może nj
tak zaskakujący, bo dający się objaśnić i zrozumieć w śwtet*
doświadczenia, jakie było udziałem wielu warszawiako •
których rodzice i rodziny znajdowały schronienie po powstań
warszawskim w Krakowie). Informacja ta jednak o tyle jest
nas ważna, że opowieść o Warszawie doprowadzona je
1
{
1
st
niejako do czasu własnych narodzin autorki i ilekroć wypadnie
nam powiedzieć, że mamy w tej książce do czynienia z subiek
tywnym, osobistym ujęciem i wymiarem historii, to urok
i tajemnica takiego osobistego podejścia wydają się też i na tym
właśnie polegać, że subiektywizm i osobisty ton tej opowieści
jest niezwykle oszczędny i w zasadzie do tej delikatnej
(zaledwie zasygnalizowanej i dającej się wyczytać tylko z noty
biograficznej) ukrytej relacji pomiędzy historią wielką a własną
biografią wyraźnie się ogranicza. Przede wszystkim jest to
książka sięgająca w głąb czasu, przed własne osobnicze do
świadczenie, zbudowana dzięki sile i pracy w y o b r a ź n i ,
porządkującej w swoisty dla siebie sposób ogromny materiał
źródłowy, wyobraźni umiejętnie wsłuchującej się w najrozmait
sze źródła, posługującej się swobodnie głosami i relacjami
innych autorów, wyobraźni spoglądającej na Warszawę „cu
dzymi oczami". Wyobraźni nie dającej przy tym ani razu
odczuć ciężaru wykonanej pracy dokumentacyjnej. Na czym
polega pomysł, „sposób Baranowskiej", na Warszawę, na
opowiedzenie jej historii? - R a m ą tej opowieści, ramą, a zara
zem strukturą organizującą tę książkę jest rok, 12 miesięcy.
Zadziwiający jest ten spis treści przewodnika historycznego do
miasta, przewodnika wtajemniczającego w historię Warszawy,
jego 12 rozdziałów: Styczeń, Luty, Marzec, Kwiecień,
Maj,
Czerwiec, Lipiec, Sierpień, Wrzesień, Październik,
Listopad,
Grudzień.
Rok to cykl kosmiczny, rytm zmian cyklów wegetacji,
klimatu, to rytm wyznaczany przez zmiany pór roku, przez cykl
dorocznych świąt. Każdy rozdział - miesiąc odznacza się tu
swoim własnym klimatem i atmosferą. Każdy do tego ma jakiś
swój przewodni motyw, nastrój. Dzięki temu książka War
szawa. Miesiące, lata, wieki, i budowany w niej obraz War
szawy tworzone są ze zmieniających się barw, zapachów,
kwitnienia kwiatów i drzew, odgłosów, dźwięków i okrzyków
miasta. A w każdym miesiącu spotykają się obok wielkie i małe
sprawy, nakładają na siebie daty różnych historycznych wyda
rzeń i rocznic. Jednakże wydarzenia, epoki, zmiany sąsiadują tu
ze sobą nie na zasadzie prostej chronologii, następstwa czy
wynikania faktów jednych z drugich, lecz układają się jak
w kalejdoskopie. Chronologia w tej opowieści jest wielo
głosowa, tak jak cała książka Warszawa. Miesiące, lata, wieki
-polifoniczna. W Styczniu: zima 1940 roku (za sprawą listu
wówczas napisanego do Warszawy przez autorkę Dyliżansu
warszawskiego i późniejszych Fantomów - por. obok) sąsiaduje
z zimą 1807 roku, z balem wydanym z okazji pobytu w War
szawie Napoleona, na cześć cesarza (najpierw zajrzymy do
kamienicy Tepperów na Miodowej na bal wydany przez
Talleyranda, potem do pałacu Potockich, by zatrzymać się tam
na dłużej, cofnąć się wstecz - do czasu, gdy pośród 90 osób, dla
których nakrywano tam codziennie, gościem był i do stołu
zasiadał w nim znany europejski awanturnik z Wenecji Casa
nova) - by potem znów wybiec w przyszłość i znaleźć się
na uczcie historycznej wydanej na cześć Niemcewicza: Urzą
dzono to wszystko według powieści historycznej
Niemcewicza
•Jan z Tęczyna''. Nagle zaskoczony solenizant znalazł się na
"Worze Zygmunta Augusta wśród obecnych: Jana Kochanowwego, Reja, Królowej Bony i innych postaci z jego utworu.
tamtąd zaś wyszedłszy, gdy j u ż miniemy ulicę Niemcewicza
~ nazwaną tak w 1919 (przedtem nazywającą się: Droga
Rulewska, bo prowadziła z Ujazdowa do Wsi Wielka Wola na
reny elekcyjne) m o ż e m y podążać znów dalej i wsiąść do
ttszawskiej E K D - Elektrycznej Kolejki Dojazdowej otwartej
° k u . - To tylko zaledwie jeden przykład, wyrwany
^Pośród wielu z jednego tylko miesiąca: Stycznia. Luty objawi
nam tutaj jako miesiąc karnawału i cyrku, miesiąc przybycia
»
który miał się stać jednym z największych poetów
polskich
^
'"sza Słowackiego
- miesiąc walk, ale i budownictwa.
d
"
rocznica przeprowadzki królewskiej wraz z całym
Кгб|
d ° Warszawy, a więc stoi pod znakiem Zamku
wskiego, jego zmieniających się wnętrz i lokatorów,
r
S B n {
c
w
Гегп
e
t 0
założenia na Zamku pierwszego teatru w Polsce (Władysław I V ,
1637), mających w Zamku miejsce wielkich wydarzeń, ale
i miesiąc - by wspomnieć konspiracyjne wydanie książki
Aleksandra Kamińskiego Kamieni na szaniec, i Akcję pod
Arsenałem - (Ilu jeszcze marców warszawskich nie
poznaliśmy?
- pisze Baranowska - Takie miasto ma kalendarz
bardzo
przeładowany,
tutaj codziennie coś się dzieje. Gdybym sama
miała wybierać, chciałabym się znaleźć w Teatrze Narodowym
- wówczas na pi Krasińskich -17 marca 1830 r. Nie, nie chodzi
0 sztukę teatralną, lecz o pierwszy, tak wielki, pod
względem
zarówno publiczności, jak repertuaru, koncert młodego, ale już
znanego pana Fryderyka Chopina. Grał on własne utwory,
przez wszystkich oczekiwany, sławny jeszcze przed
ukończenia,
Koncert f-moł, op. 21 i Fantazję A-dur na tematy polskie, op. 13.
Orkiestrą dyrygował Karol Kurpiński. Na sali było 800 osób.
Zgotowano Chopinowi wspaniałe przyjęcie. On sam był skłonny
podejrzewać,
że słuchacze przesadzili w owacji,
ponieważ
zarówno on, jak i Kurpiński zorientowali się dopiero w czasie
koncertu, iż prywatny fortepian Chopina, na którym grał, okazał
się zbyt miękki na taką salę.) Kwiecień - to Wielkanoc. Maj
- bzy, majówki na Bielanach. Czerwiec - noc świętojańska,
wianki, rzeka, Towarzystwo wioślarzy. Lipiec - letniska,
wyjazdy do wód, Wilanów. Sierpień... Warszawskie
dzieci,
śmierć poetów: Gajcy, Baczyński, i noce sierpniowe...,
rok
1944; to też Bitwa warszawska 15 sierpnia 1920, - I tak j u ż do
Grudnia - Wrzesień 1939, Starzyński, Październik - miesiąc
w którym Łazienki przybierają najpiękniejszą
barwę - był także
miesiącem bezprecedensowego wygnania wszystkich
mieszkań
ców po upadku powstania warszawskiego w roku 1944. Była to
ostatnia chwila Warszawy takiej, jaką w tej książce
usiłujemy
poznać. - Listopad - 1830 rok, wybuch niepodległości 1918,
Piłsudski, Grudzień - Boże Narodzenie, odsłonięcie pomnika
Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu: Odsłonięcie
tej
statuy stało się wielką i niezwykłą manifestacją.
Różniła się od
innych tym, że odbywała się w całkowitym milczeniu obecnego
tłumu. Działo się to w stulecie urodzin Mickiewicza 24 grudnia
1898 r. - To tylko ogromny skrót skrótów, z tego, co zawiera
rytm tej książki-roku, jeszcze jeden układ, zaledwie cząstka z tej
struktury obrazów miasta nagromadzonych, przenikających
jedne w drugie w tej opowieści, jak w kalejdoskopie. Bo inaczej
jej oddać nie sposób - trzeba by przepisać j ą całą. Napewno
trzeba przeczytać j ą całą. Bo nie sposób jej streścić. Nawet w tak
zasygnalizowanym zaledwie skrócie jakże wiele musieliśmy
pominąć. Wielki wiatr historii swym tchnieniem kładzie się na
te obrazy co chwila. Wiatr wielkiej historii odciska na nich
swoje piętno. Bo Styczeń u Baranowskiej, to i pięciu poległych,
powstanie styczniowe, i rocznica Olszynki Grochowskiej, i marsjański obraz miasta, ziemia robinsonów, i powrót pokonanych
wojsk Napoleona, i Cytadela.
Kwiecień to nie tylko Wielkanoc suto zastawionych stołów, to
groby wielkanocne w kościołach okupowanej Warszawy, i wiel
ki grób holokaustu na ruinach Getta, na sumieniu świata
1 Europy, droga na Umschlagplatz Korczaka i Stefanii Wilczyń
skiej. - Grupom dzieci z domów opieki i sierocińców
towarzy
szyli ich opiekunowie i wychowawcy. Podobnie jak
Korczak
poszli: Szymański z Domu Dziecka przy ulicy Wolność 14,
Szymon Pullman, muzyk i dyrygent z żoną, na czele internatu
dzieci religijnych, kierownik Goldkorn i cały personel pogoto
wia Opiekuńczego
dla Żebrzących Dzieci Ulicy. Nie opuściła
swoich maleństw Sara Janowska i inne opiekunki z niedawno
założonego internatu Dobra Wola przy Dzielnej 67. Kwiecień to
mur i wiersz-krzyk Okno na tamtą stronę Władysława Szlengela, i zryw powstańczy Żydowskiej Organizacji Bojowej, by
«Zginąć z honorem» jak głosiły liczne napisy na murach
w Gettcie w dniach zagłady.
Bo obraz miasta u Baranowskiej w tym roku kosmicznym nie
może ujść, wypaść ze swych ram w tym błyskawicznym skrócie,
nie może nie pokazać patosu, dni klęski i chwały, ustawicznych
strat niesionych przez historię i podnoszenia się ponownego,
753
- w c i ą ż podniesionej głowy w chwilach najbardziej beznadziej
nych. To właśnie w tym błyskawicznym skrócie 350-ciu lat
rysuje się jeszcze wyraźniej. Nie może to być inny obraz, od
tego, o którym na innym miejscu pisał Stefan Kisielewski
- w Cieniach w pieczarze: - „Wszak jeśli od 1939 roku dzieje się
w tym mieście nie wiedzieć co, jeśli wyznaczyły sobie tu
spotkanie wszystkie szaleństwa (...) Wschodu i Zachodu ( . . . ) "
To tu „zawsze szybciej rozumiano okrutne i szalone dylematy
świata niż rozumiał je sam świat, tu zawczasu rozszyfrowano
Stalina, Hitlera i innych wielkich a okrutnych magików histo
r i i . (...) Świat zachodni nigdy nie pojął, że to w tym miejscu
właśnie w Warszawie, wszystko się z góry wie, toteż nigdy z tej
wiedzy nie skorzystał. (...) Dzięki omyłkom własnym czy
cudzym, światowym, zdarzały się tu rzeczy jakich nie było
nigdzie i nigdy. Warszawa wszakże samotnie a wbrew logice
opierała się nieraz nawałom Wschodu i Zachodu (przedmurze
obrotowe!) (...) strajkiem bezludnego milczenia powitała de
filadę zwycięskich wojsk Hitlera, tutaj wymordowano naj
większą w historii ilość Ż y d ó w , tu bowiem stworzyli Niemcy
straszliwie stłoczone, 600 tysięczne getto, tu jesienią 1944
walczono samotnie na dwa fronty: politycznie z Rosją, pierś
w pierś zaś z przygłupimi bijącymi się o swą pełniejszą klę
skę Szkopami, tutaj po upadku Powstania, zdarzył się jedyny
na świecie wypadek, że wszyscy mieszkańcy wypędzeni, wy
szli poza rogatki a miasto pozostało samo sobie i swoim
pożarom.."
W Warszawie. Miesiącach,
latach, wiekach, Baranowska
odbudowuje obraz miasta na przekór owym szaleństwom,
pokazując jego piękno przez skupienie uwagi na rzeczach
małych, zwyczajnych. Piękno zatrzymane w szczegółach, zmie
niającym się języku, obyczaju, strojach, wyglądach tego miasta.
Rzeczy małe, zwyczajne stale tu sąsiadują z wydarzeniami
znanymi z wielkiej historii. Bo Maj to nie tylko majówki,
festyny na Bielanach, ale i Konstytucja 3 maja. A w Marcu nie
mniej ważnym od Zamku i zapisanych w jego wnętrzu obrazów
wielkiej historii jest... tramwaj i wnętrze tramwaju. Bo opusz
czając Zamek, jak pisze autorka gdybyśmy jeszcze obejrzeli się
(...) powiedzmy w pierwszej połowie 1908 r, co byśmy zobaczyli ?
Tramwaj! Pierwszy czerwony elektryczny tramwaj. Zakręca na
naszych oczach z Miodowej w Krakowskie Przedmieście.
Linią
3 - otwartą 23 marca 1908 r. - dąży z pi Krasińskich na pi Unii
Lubelskiej. I tutaj następują informacje o liczbach przewiezio
nych pasażerów, (27,5 min w 1908 r. i 86 min w 1914), trasach
podzielonych na sekcje, cenach biletów za kurs w zależności od
klasy, dla dorosłych, i dzieci (bilet za 1 kurs daje prawo do
przejechania 4 sekcji), i właśnie opis wnętrza: Sądząc z ilości
pasażerów żaden warszawiak, posiadający choć parę kopiejek
nie mógł się oprzeć tramwajowi. Gdybyśmy także się nie oparli
i wsiedli do wagonu na 40 miejsc, w tym 24 siedzące,
zdziwiłoby
nas zapewne starannie wykonane drewniane wnętrze - jawor,
drewno tekowe, mahoń, dąb. Czulibyśmy się nieco jak w solid
nym kredensie. Właśnie solidność, świetna organizacja i punk
tualność przyniosły
warszawskim tramwajom opinię jednego
Z najlepszych na świecie przedsiębiorstw
komunikacyjnych. (...)
Tak ale dokąd jedziemy, skoro jest dwadzieścia
linii, nie
zdążymy ich nawet wymienić,
więc przynajmniej
zobaczmy,
którędy jeździ jedynka: «Linia No 1. Mokotów-Powązki.
Liczy
8 sekcji: 1/Powązki-Blońska.
2/Błońska-Muranów.
3/MuranówPi Krasińskich.
4/Pl. Krasińskich-Mickiewicz5/MickiewiczWarecka. 6/Warecka-Pl.św.
Aleksandra. 7/Pl. św. AleksandraNowowiejska. 8/Nowowiejska-Mokotów.
(...) Wagony kursują
co 8 minut, przebiegając
przestrzeń
7600 m. w minut 37.
1 pomyśleć, że bilet za jeden kurs skończyłby się na przystanku
„Mickiewicz".
O ile byłoby lepiej, gdyby miejsca i daty
wyznaczali ludzkości poeci i ich wiersze. Niestety, czas, jak
wszyscy wiedzą, liczą ludzie przeważnie za pomocą
wojen.
W Warszawie. Miesiącach, latach, wiekach pośród zgroma
dzonej w niej wielości czasów, przywracając przed nasze oczy
jej piękno, autorka szczególną wagę zda się przywiązywać do
154
rytmu wyznaczanego przez opisywane przez nią z pieczołowito
ścią - podobną jak w przypadku wnętrza tramwaju - przed
mioty, miejsca, i rzeczy z pozoru dla miasta zwyczajne.
W opowieści Małgorzaty Baranowskiej o Warszawie czas
miasta odmierzają nie tylko zegary i zegarki (z dewizką), ale
i powozy, karety, „ r o p u c h y " : omnibusy konne na szynach,
tramwaje, wąskotorowe kolejki dojazdowe - ciuchcie, tak
sówki, ryksze, pojawiające się w mieście kolejne wynalazki, że
wspomnę tylko późniejsze, balon, dagerotyp, fonograf, „teatr
żywych fotografii" - kinematograf, pocztówki, radio, samolot.
Z tej książki można dowiedzieć się mnóstwa szczegółowych
rzeczy np. od kiedy zaczęto w Warszawie n u m e r o w a ć domy.
Czas i rytm miasta odmierzany jest opisem tego jak pojawiają
się różne urządzenia i rozwiązania techniczne, opisane są tu
różne rodzaje oświetlenia, bruki, źródła, zdroje, wodociągi,
filtry, mosty, ogrody (Saski, Pomologiczny, Botaniczny, Pową
zkowski, Dolina Szwajcarska), pawilony wystawowe, tereny
rekreacyjne, sport, (łyżwy, rowery), ale też i moda, wystawy,
pokazy, koncerty, warszawskie salony, teatry, restauracje,
kawiarnie, cukiernie, szkoły, szpitale, straż pożarna, fabryki,
prasa, wydawnictwa, instytucje bez których nie sposób opisać
krajobrazu i funkcjonowania miasta, tego miasta... No i związa
ne z tym wszystkim, domy, miejsca, ulice, ulice, ulice, rozras
tające się trakty, osie, wędrujące centra, zaczątki, charaktery
dzielnic, dzielnice.
Jak pisze autorka: My, starając się ogarnąć całe wieki
warszawskich widoków w błyskawicznym
skrócie, mamy sprzy
mierzeńców w malarzach i pisarzach, którzy dodają do owych
widoków swoją
wyobraźnię.
Gdy jednak przyjdzie wejść, jak w przypadku Prusa, w jego
fantazje, marzenia o przyszłych kształtach miasta, zaraz dodaje
i podkreśla Chcielibyśmy się znaleźć w fantazjach pisarzy. Ale
sama żywa Warszawa jest stokroć ciekawsza. I temu przekona
niu daje wyraz cała jej książka. Bo bohaterami tej książki sanie
tylko wyglądy i widoki miasta, a przede wszystkim związani
z tymi domami, ulicami, instytucjami, miejscami - ludzie.
Ludzie różnych stanów od króla po szewca i przekupkę. Ludzie
różnych zawodów i zajęć, rzemieślnicy, architekci, inżyniero
wie, robotnicy, tramwajarze, urzędnicy, strażacy, lekarze, nau
czyciele, nauczyciele muzyki, artyści, aktorzy, muzycy, cyr
kowcy, atleci, sportowcy, uczniowie, studenci, wędrowni sprze
dawcy, wydawcy, dziennikarze, gazeciarze, bibliotekarze, his
torycy, historycy sztuki, pisarze. Ich życie, praca, marzenia
- Oto pełna architektura tej opowieści Małgorzaty Baranows
kiej o Warszawie. Powiedziałbym więcej, w jej opowieści, da
się odczuć (takie przynajmniej jest moje odczucie, być może się
mylę) jakby szczególną sympatię po stronie tych zwykły^
ludzi. Jakby lęk i stałą ucieczkę przed patosem. Z w y k l i ludzie,
zwyczajność rzeczy, szczególna uwaga dla sfery, obszarów
codziennego życia. Oto swoista antropologia i etnografia miasta
Małgorzaty Baranowskiej: w miesiącach, latach, epokach
odtworzyć obraz codziennego życia. Los zbiorowy pokaz*
przez losy konkretnych biografii, osób. To rys znamienny >)
książki. Szczególnie mocno dochodzący do głosu w dramatycz
nych, tragicznych okresach historii tego miasta. Ale nie tylko
Ta książka ma w sobie coś z ducha wiersza Zbigniewa Herbert
Pan Cogito o potrzebie ścisłości: „ M u s i m y zatem wiedzie
policzyć dokładnie, zawołać po imieniu." I w Warsza*"
Miesiącach, latach, wiekach Małgorzata Baranowska przy**
łuje z imienia i nazwiska nie tylko pisarzy, artystów ale ty ;
zwykłych, zwyczajnych ludzi, inżynierów, robotników, '
,
różnych zawodów. I nie tylko dotyczy to okresu powstania, %•
na samym jego początku przywołuje postać 14 letniej hare*
łączniczki Janiny Tatarkiewicz (pseudonim Myszka), by •
mogli spojrzeć na pierwsze godziny powstania jej oczyma- '
też, gdy opisując zaciętą walkę toczoną przez pracowni
elektrowni na Powiślu, podaje słowa pieśni - hymnu wal<
elektrowni, ułożone do melodii Maszerują strzelcy, " " ' ^ t ^ J
i tak pisze: Autor tych słów jest nieznany, ale może się I *
e
3
1
u
е
l
zdarzyć, iż jego nazwisko się odnajdzie. Ta zasada, ten rys
znamienny dochodzi do głosu także i w bardziej odległych czy
spokojnych czasach, gdy np. przywołani zostają: Bronisław
Dziubek, robotnik od Lilpopa (ur.1886), opisujący Powiśle
w czasach jego dzieciństwa, czy Władzio - chłopiec do gazet,
w kawiarni Udziałowa,
księgarz i drukarz u Mortkowicza
Władysław Grzelak, który przedtem jako jedenastoletni chło
piec stróżował w prywatnym sadzie przekrojonym i pochłonię
tym przez wiadukt trzeciego mostu, Mostu Poniatowskiego,
czego potem nie mógł on nigdy przeboleć. Bo sprzymierzeń
cami Małgorzaty Baranowskiej w tej książce są nie tylko
malarze i pisarze, ale i ci ludzie zwyczajni, zwykli mieszkańcy
tego miasta. W tej książce zbliżamy się do Warszawy nie tylko
i wędrującym i wchodzącym do niej pewnego
jesiennego
poranka, pieszo, od strony Pragi Wiktorem Gomulickim,
z Juliuszem Słowackim z i m o w ą porą mknącym w saniach przez
Nowy Świat, W ł a d y s ł a w e m Podkowińskim (miłośnikiem i pej
zażystą Warszawy, mającym na N o w y m Świecie swą pracow
nię, autorem niezapomnianego obrazu tej ulicy, przedstawiają
cego ją w letni dzień), z Franciszkiem Salezym Jezierskim,
kawalerem de Jaucourt, autorami X V I I I wiecznych, encyk
lopedycznych opisów Warszawy, z Kazimierzem Władysła
wem Wójcickim (i z jego Pamiętnikami
dziecka Warszawy)
Antonim Magierem (autorem pracy Estetyka miasta stołecznego
Warszawy 1833) i z setką innych. Ale i z nimi. - Paradoksalna
książka. - Pokazać zwyczajne rzeczy, zwyczajnych ludzi,
zwykłych, mieszkańców tego miasta, odtworzyć ich i jego
codzienne życie, odtworzyć życie. Oto jeszcze jeden wymiar
wielogłosowości, polifoniczności z j a k ą przemawia ta książka.
Jest bowiem w tym jakiś paradoks, że w tej ciągłej ucieczce
przed patosem, koncentrując się w swoich opisach na zwyczaj
nych rzeczach, zwyczajnych ludziach, zwykłych mieszkańcach
tego miasta ... - ich zwyczajność, za sprawą tego, że jednocześ
nie patrzymy na to wszystko z punktu widzenia Losu tego
miasta, do którego zmierza, i od którego bierze swój początek ta
o nim opowieść, ta zwyczajność właśnie, j a w i się jako niezwyk
ła, heroiczna, patetyczna.
Warszawy/,,Czy warto?"...Odpowiedział:
„Ach śmieszne pyta
nie! ''.
Wędrując z Małgorzatą Baranowską przez miesiące, lata,
wieki po Warszawie wkraczamy wraz z jej sprzymierzeńcami
w zaskakującą wielogłosowość czasów, miejsc, j a k i m i przema
wia dzięki niej, jej przewodnictwu, do nas to miasto. T ą książką
autorka otwiera przed nami jakby Zaczarowaną Furtkę do tego
miasta. Za nią spotykając się z wielością tych głosów, wsłuchu
jąc się w ten chór głosów, czujemy, że prowadzeni jesteśmy
i wkraczamy w złożoną symfonię miasta, jakiej nie znaliśmy
i jeszcze nie słyszeli. Chciałbym tu zwrócić u w a g ę na szczegół
powiedziałby ktoś, że natury tylko technicznej. - W tej książce
wszędzie tam, gdzie przywołany jest czyjś głos, od razu
w tekście podana jest pełna informacja o autorze i źródle. To
trochę tak jakby prowadząca nas w tej w ę d r ó w c e przez miasto
i jego ulice autorka chciała powiedzieć: „ M y niestety musimy tu
już skręcić, patrzcie, wy znając źródła możecie tu jeszcze wrócić
do nich potem, słuchajcie ich, trzymajcie się tych znaków
i głosów, idźcie za nimi dalej."
W Warszawie. Miesiącach,
latach, wiekach Małgorzata
Baranowska odkrywa przed nami i ustala za sprawą przyjętej
przez nią cezury (powstanie, zniszczenie miasta, rok 1945)
właściwy dla Warszawy archimedesowy środek ciążenia i punkt
oparcia, swoisty, niepowtarzalny wzór dla opisania tego miasta.
(I śmiało można by tu powtórzyć za Archimedesem jego
wołanie, tak, jak zda się m ó w i ć o tym na każdej swojej stronie ta
książka: „Dajcie mi punkt oparcia, a poruszę z i e m i ę ! " ) Bo
*tym ogromnym skrócie, 350-ciu lat, na które spoglądamy z tej
perspektywy i z tego punktu widzenia, wszystko, co najbardziej
nich zwykłe, zwyczajne j a w i się tu, i musi się jawić jako
niezwykłe, poruszające, heroiczne, i nie bójmy się tego słowa:
patetyczne. Nawet i to: most, ludzie na moście, istnienie
iowarzystwa Wioślarzy, wianki i łódka z wioślarzami płynące
Po Wiśle.
Wnet święty gaj objął mnie swoim cieniem - znalazłem się
w Łazienkach! Uroczy pałac, niby dziewiczy łabędź, pływa tam
po lśniącym jak lustro stawie [...] Oto rezydencja
uprzejmego
epikurejczyka! [...] Pytasz mnie drogi przyjacielu, jak mi się
powodzi w Warszawie? To kolorowy świat! - za hałaśliwy - za
szalony - za dziki - wszystko bez ładu i składu. Gdzież tu znajdę
spokojną chwilę do pisania - rysowania komponowania?!
Król powinien mi odstąpić Łazienki: tam na pewno żyje się
bardzo łagodnie!
Ale tak naprawdę zbliżać się zaczniemy do Łazienek i wej
dziemy tam dopiero na początku Października,
w którym
Łazienki przybierają najpiękniejszą
barwę, a wszystko po to,
żeby móc znaleźć się w nich na dobre o właściwej porze, dotrzeć
tam na czas: w Listopadzie 1830 roku... I znaleźć tam wypo
wiedź z 1948 roku autorstwa znanego nam, j u ż z czasów
późniejszych, politycznego sceptyka. To jeszcze jeden przykład
jak w tej książce splatają się tajemniczo rytmy i wątki, rytm
wędrówek po Warszawie, z rytmem klimatu, pór roku, historii.
Niech więc posłuży nam tu za pointę tej pobieżnej jej prezen
tacji:
w
Do tajemnicy przyjętego przez Małgorzatę Baranowską w tej
Ężce punktu oparcia należy rzecz jeszcze jedna. Celowo tę
j>™Pe najliczniejszych sprzymierzeńców autorki i najczęściej
""daj przywoływanych
tu nrzez
zostawiłem na
na koniec.
koniec. To
To
przywoływanych tu
przez nia.
nią, zostawiłem
Poeci ' poezja.
Bo
mimo wojen
i. znanych
przyzwyczajeń
ludzkości
czas
.
_,
~
J
, w..
.
.
sl
Warszawa. Miesiące, lata, wieki to rodzaj mapy, polifonicz
nej mapy, na której zaznaczono cały system kolejnych furtek,
prowadzących nas do tajemnic Warszawy. To dzieło niezamknięte. Rodzaj partytury, szkicu partytury - jakby mówiła
autorka - do utworu, który jest wciąż przed nami. To dzieło
otwarte.
I rzecz zupełnie j u ż przedziwna. W tej książce wszędzie
prowadzeni jesteśmy na czas. Szczególnie da się to mocno
odczuć na przykładzie Łazienek. Przez cały prawie rok krążymy
z dala od nich, czasem pojawią się tu i ówdzie jak w maju za
sprawą bzu i fotografii, czy też w „ m u z y c z n y m " liście E.T.A.
Hoffmana, który przebywał tu jako urzędnik pruski i który
w Warszawie debiutował jako muzyk. Liście, w którym opisuje
on jak to swoisty koncert, zgiełk odgłosów dobiegających
z ulicy uniemożliwił mu komponowanie: Cisnąłem
pióro,
papier w kąt - wciągnąłem buty i wybiegłem z tego piekielnego
zgiełku, kierując się przez Krakowskie
Przedmieście
i Nowy
Świat w dół miasta!
W wypowiedzi pisarza-powstańca
z roku 1944, Stefana
Kisielewskiego
(1911 - 1991), który przeżył tu całą wojnę,
symboliczne miejsca z czasów powstania listopadowego, z dra
^ » j< książce
- . . V A . C stałą
siaią obecnością
ooecnoscią się
się zaznacza.
z
W Warszawie.
matów Wyspiańskiego,
nakładają się na symboliczne miejsca
on^ ^' ^
' kach
realizuje się coś z tego marzenia by
bliskie warszawiakom, uczestnikom wojny 1939 r. i powstania
-mi * y
l ' i ich wiersze: daty i miejsca. Każdy rozdział
1944. Oto fragment odpowiedzi Kisielewskiego
na ankietę
uz 1°
'
o t t o wiersza. Przypomnijmy choćby tylko
«Kalendarza
Warszawskiego»
z roku 1948 Dlaczego
właśnie
°*jed'. .
Iwaszkiewicz w Lutym: Rozstąpcie się, o domy,
Warszawa: „Dzisiaj przestałem ukrywać adorację, jaką żywię
I | *
-mwaje,IPrzez
trzeciomostu wiadukt przejrzysty
dla miasta lat dziecinnych, dla «stolicy swej młodości».
Bo
-Orni"' ' ^ kwietniu: - te cztery słowa z Baczyńskiego
wiem, jako jeden z miliona warszawiaków,
przeżyłem
te dni
<vid
•
•
~^
^а1ет
żalu...
w
Październiku:
Lechoń
-/
patetyczne i straszliwe, dzięki którym Warszawa przestała
być
rr[Q ^ ^ hś
jeźdźców w tumanach kurzawy,II słyszy dźwięk
' tłumu wołanie,!Dąbrowski
z ziemi włoskiej wraca do tylko jednym z szeregu polskich miast, lecz stała się symbolem
H
u
u
n
v
u
v
w
w
i J "siązce mierzony i liczony jest także przy ich pomocy, ich
e
10
CaC
a t a c n
Wle
z n a c z a
,e
S1
o t w
r
0
c , e
S
e r a
i
a
t u
m
w
tra
m
1
miasto
a
еги
lc
lUr
1
155
całego Narodu, a sprawy tego miasta chwyciły coś z powiewu
wieczności, który niesie na swych skrzydłach losy Narodu. Aleje
Ujazdowskie i Łazienki - to nie są już tylko zielone zakątki, gdzie
spędziłem dzieciństwo ja i moi rówieśnicy - to pełna
pamiątek
promenada całej Polski, to miejsce schadzek duchów naszej
historii, jak to z genialną wrażliwością odczuł Wyspiański,
choć
spędził w Warszawie parę tygodni swego życia
zaledwie.
A Krakowskie Przedmieście, plac Saski, gruzy Starego Miasta
- to nie tylko zbiorowisko potrzaskanych, starych kamienic,
pałaców, kościołów i pomników - to plac boju ogromnego, gdzie
o każdy dom walczono, to polski Panteon, to najbardziej
patetyczny krajobraz polski. Krucza, Piękna,
Marszałkowska,
Wolska - nie sąjuż tylko ulicami, Wisła nie jest tylko Wisłą, park
nie jest tylko parkiem.
Od 1989 roku kiedy wybuchła wolność, ożyła działalność
wielu lokalnych środowisk i inicjatyw wydawniczych - ożywił
się ruch, mający nawet swój wyraz w specjalnym programie
rozwijanym przez Fundację Kultury - ruch „Małych ojczyzn".
Książka Małgorzaty Baranowskiej wpisuje się w znamienny
sposób w ten nurt, wnosząc weń zasadniczy zwrot i przewartoś
ciowanie. Dokonuje w nim zasadniczego przełomu. Być może
także przełomu w naszym myśleniu i przyzwyczajeniach
sytuujących, czy rozpoznających fenomen małych ojczyzn
przede wszystkim z dala od centrum i w przeciwstawieniu do
centrum. Pokazuje jak wielkie miasto, stolica może być małą
ojczyzną, a nawet mieścić w sobie wiele małych ojczyzn.
Najlepiej zresztą mówi o tym wiersz przywołany przez autorkę
w Warszawie. Miesiącach
latach wiekach, fragment wiersza
Andrzeja Nowickiego (1901 - 1986), poety związanego z grupą
Skamandra, wiersz napisany został z dala od Warszawy w nie
woli niemieckiej, po kampanii wrześniowej w 1939 г., w oflagu
С I I w Woldenbergu:
Gdy o ojczyźnie mojej myślę Myślę Aleje...Zjazd...Powiśle
Tobie Ojczyzną - wioska, ruczaj,
Mnie - Mokotowska, Bracka, Krucza...
Nie las, nie łąka, nie łan zboża,
A Krzywe Koło, Wspólna, Hoża...
I kiedy bierze mnie tęsknota.
To myślę: Chmielna...marzę: Złota
Jednocześnie ta książka pokazuje dobitnie jak bardzo ta mała
ojczyzna, Warszawa, w istocie i gruncie rzeczy jest Wielką
ojczyzną. Ta książka odkrywa przed nami zupełnie nowy
fenomen: Małej - Wielkiej Ojczyzny.
Czyż nie potwierdzają tego same okoliczności wydania tej
książki? Autorka urodzona w Krakowie, inicjator wydania,
wydawca - Wydawnictwo Dolnośląskie z Wrocławia. Książka
o Warszawie oczekująca długo na to by mogła się ukazać,
o którą aż dziwne, że nie pobiły się wydawnictwa warszawskie,
na którą od dawna czekaliśmy, szczęśliwie właściwie została
rozpoznana i znalazła swe odpowiednie miejsce - Jakby na
potwierdzenie przywołanej w niej anegdoty:
Podobno, kiedy Blanchard w swym zadziwiającym
urządze
niu latającym - balonie - wziął na podniebną wycieczkę w roku
1790 hrabiego Jana Potockiego, ten zabrał ze sobą
służącego
Turka. Oszołomiony i zachwycony Turek, widząc Warszawę pod
sobą, ale jej nie rozpoznając, spytał Blancharda, do kogo należy
rozciągający
się pod nimi ogród. 1 uzyskał odpowiedź - do
Rzeczypospolitej.
Warszawa. Miesiące, lata, wieki ukazała się w znakomitej
serii zaprojektowanej w tymże Wydawnictwie Dolnośląskim
przez Andrzeja Adamusa i Jana Stolarczyka - A to Polska
właśnie.
Mocną stroną tej serii (w której ukazały się m.in. Andrzeja
Zawady Dwudziestolecie
literackie, Jacka Kolbuszewskiego
Kresy, Jacka Łukasiewicza, Mickiewicz)
jest troska o przy
wrócenie świadomości współczesnego czytelnika (wyposzczo
nego pod tym względem przez lata socjalizmu i związanych
z nim ogólnych trudności technicznych i edytorskich) utraconej
156
ikonosfery. Każdy temat i zagadnienie w tej serii zanurzone są
w ikonograficznym konkrecie, w bogactwie oryginalnych doku
mentów ikonograficznych. Ta wizualna strona dokumentacji
towarzyszącej tekstom jest w tej serii niezwykle staranie
przygotowana i opracowana. Pod tym względem książka o War
szawie jest także pięknym ogrodem.
Odtwarzanie oryginalnej ikonografii (tak charakterystyczne
dla całości tego projektu) zbiega się tu szczególnie silnie
z intencją autorki: odtworzyć prawdziwy obraz Warszawy, to
zarazem wydobyć go z ciążących nad nim do dziś stereotypów,
niechęci wobec tego miasta ukształtowanej przez lata PRL -u,
niechęci wynikającej z kojarzenia i postrzegania częstokroć
Warszawy przez te lata, głównie, jako siedziby władzy i central
nych urzędów. (Jakże wielu skuteczne dało się zainfekować!).
Książka Baranowskiej ma wielką szansę na odczarowanie tych
stereotypów (miasta anonimowego, bez wyrazu, bez charak
teru). Już teraz da się słyszeć: „Dzięki Baranowskiej, dzięki tej
książce znowu zacząłem lubić to miasto". Ta książka przy
wraca Warszawie jej właściwy wymiar, urok i czar.
A w zapowiedziach tego wydawnictwa j u ż następna MałaWielka Ojczyzna: Kraków {Kraków. Przewodnik historyczny.
Michała Rożka). Z niecierpliwością będę czekał na następne,
wyobraźmy sobie: Gdańsk, Poznań, Wrocław, Łódź, Przemyśl,
Białystok....
Bo książka Małgorzaty Baranowskiej (pierwsze miasto w tej
serii) sytuuje się również " p o m i ę d z y " i ma w sobie coś z ducha
Iwaszkiewiczowskich Podróży do Polski i zrazu kojarzyć
może z pamiętnym spektaklem krakowskim Z biegiem lal,
z biegiem dni, potem serialem filmowym Andrzeja Wajdy
i Joanny Olczak-Ronikierowej. Nie sposób tu rozwijać po
dobieństw i różnic (w tym drugim przypadku bardziej może
różnic, wynikających z innych rodzajów wykorzystanego mate
riału, źródeł, rytmu, skali czasowej), poza jednym ogólnym
wspólnym ich rysem: Każda z tych prób w swoim czasie to
próba uchwycenia ducha miejsca, odzyskiwania Polski. Dlatego
więc, na koniec chciałbym już tylko tu jedynie zasygnalizować
dwa zjawiska należące do wspólnej, toczącej się na naszych
oczach historii z dziedziny Małych-Wielkich Ojczyzn. - Dwa
nieregularne czasopisma jakie mi wpadły w ręce. Pierwsze
z Krakowa: „ S a l w a t o r i ś w i a t " („periodyk nieregularny")
i drugie z Warszawy: „ K u r W a r " („nieregularny kwartalnik
poświęcony kulturze miasta"). M o ż n a by w nich upatrywać
odzwierciedlenia potocznie postrzeganych tradycyjnych różnic,
(w tym także wzajemnych stereotypów) dzielących oba miasta
i pozwalających się i m pięknie różnić. Nie mając jednak już
miejsca, pełniejszą prezentację i głębszą analizę trzeba odłożyć
na inną okazję. Tymbardziej, że dysponuję zaledwie cząstka,
krakowskich numerów (od 16 do 22). Tak więc tylko dla zachęty
garść informacji w telegraficznym skrócie. Zacznijmy od pisma
Małej-Wielkiej Ojczyzny spod Kopca:
Pismo j u ż znane, uznane, zasłużone - (w redakcji Joanna
Olczak-Ronikierowa - „ m a t k a r e d a k c j i " ) i zakorzenione, zasie
działe, obchodziło jubileusze (4 lata), kręcono o nim filmy'
zawiera „Okruchy rzeczywistości" - stałą towarzyską rubryk?
(trochę przypominającą echo „Echa Piwnicy pod Baranami
rauty, przyjęcia, kolacje, jubileusze, wydarzenia artystyczne^
wystawy, teatry, spektakle, recenzje), sporo wędrówek w prr
szłość, wspomnień z dzieciństwa, O smakach i zapachu
dzieciństwa (Pachnące chlebem dziecinne raje - Bożena W'
finowska) i z jeszcze mniejszych ojczyzn O Tarasówce (An
Środoń), pismo rodzinne, salonowe, piszą także dzieci, dlan'<*
konkursy literackie. Główną założoną funkcją ,,S i S' 1*
pisanie o tym, czego chcieliby się dowiedzieć
mieszka" •
Wzgórza i o czym pragnęliby ze sobą rozmawiać, gdyby
więcej czasu i sposobności. Wspomnienia o pięknych i bar*
nych postaciach. Pismo dla przyjaciół, w tym też rozsianych Pj
świecie (sporo korespondencji tychże ze świata) i dla przyj
ze świata spacerujących po Krakowie, Salwatorze i Las
Wolskim. O podróżach, hotelach, i O tym gdzie w Paryz i
nJ
aC1
u
Paryż (Katarzyna Zimmerer). Tak więc w tej migawce, teraz już
tylko, co mi się szczególnie podoba: Kraków jest snem (Jerzy
Pomorski) - jeśli nie przekręcam tytułu, bo periodyki nieregula
rne mają to do siebie, że lubią znikać spod ręki, kiedy są
potrzebne, być może: Czy Kraków jest snem? - O wpływie
klimatu na senny, oniryczny charakter Krakowa. Pisanie Kazi
mierza Wiśniaka Cuda, dziwy i teatry magiczne, o tychże
oglądanych w Paryżu i Chorzowie, o tajemnicach przedmiotów,
szafie i adaptacji tychże do scenografii teatralnych. W ogóle
dużo dobrych tekstów o teatrze, (m.in. o Kantorze wokół
„Tańczyli na moście wiek cały'' I Stanisław Mateusz Gąsiorowski/). Pismo bogato ilustrowane rysunkami Kazimierza Wiś
niaka, na ostatniej stronie tegoż autora Spacery po Salwatorze
zołówkiem iszkicownikiem. Format A 4 . Pismo wielopokolenio
we - Występowanie
Kasi, matki redakcji i córki redakcji ma
zwrócić uwagę, że jesteśmy pismem wielopokoleniowym.
(...)
Obecność w zespole pań czyni pytanie o nasz wiek niewłaści
wym. Ostatni numer 22 wydanie specjalne, z okazji umownej
rocznicy przeniesienia stolicy z Krakowa do Warszawy sprzedawa
no w Warszawie za 2 zł. - Ale przede wszystkim rozbawiło nas to
morze znalezionych przy okazji drugorzędnych i trzeciorzędnych
wiadomości o epoce, tych barwnych szczegółów,
pomijanych
w suchych jak pieprz podręcznikach
historycznych, a tak pobu
dzających wyobraźnię. - piszą autorki we wstępie do numeru.
W przeciwieństwie do „S i S", warszawski „ K u r W a r " to
pismo świeżo, dopiero co założone, młode. Wydano dotychczas
2 numery. Założycielem wydawcą, redaktorem jest Jarosław jot
- Drużycki (1971) studiuje etnologię na U W . Publikował
w „Kapitaliście Powszechnym", „Życiu Codziennym"
i w „Res Publice N o w e j " . To pismo wyraźnie jednopokoleniowe, piszący - roczniki od 1971 do 1965. „ K u r W a r " jest
niezależną inicjatywą studentów U W (różne fakultety: an
tropologowie kultury, historycy, historycy sztuki, architekci,
graficy, poeci, wielu publikowało w różnych pismach swe
teksty, każdy numer opatrzony notami o autorach). Format 2x
większy, A3, na luźnych kartach. - Jestem z Miasta.
Droga,
którąpodążam, od dzieciństwa, wiedzie do Miasta, przez Miasto
i z Miasta.
(...) To nieważne czy prowadzi mnie wśród murów przebudo
wanej Warszawy, synkretycznej Rygi, imperjałnego
Petersbur
ga, czy bajkowej Pragi Czeskiej.(...)
...
Anka-ołsztynianka
- uważa, Że duch Warszawy przeniknięty
jest
chorobliwą
atmosferą «Reisefiber»
- dwumiljonowy Dworzec
Centralny,
walizy, czemodany, a na nich przycupnięty tłum oczekujących na
swe pociągi pasażerów. Przyjechali, żeby wyjechać.
Opozycję
dla tego podniecenia stanowi Kraków, który jawi się mojej
znajomej, jako umeblowany pokój, z dobrze zaopatrzoną
bibljoteką i portretami antenatów
dobrotliwie
spoglądających
ze
ścian. Salon, gdzie można wreszcie rozpakować kufry, zasiąść
w fotelu i swobodnie zapalić papierosa.
Jednakże
poranna
filiżanka kawy po wiedeńsku z powrotem wywołuje
marzenia
ekskursji. Dotarłem...
Nie! ja staram się iść w dobrym
uerunku. Kaprysowi XIX stulecia zawdzięczam swoje obecne
Przechadzki ulicami, z których nie przebrzmiały jeszcze nawoły
wania «leguralnych majdaniarzy» Międzywojnia;
«KurwarszaKurwar dzisiejszy za dziesięć groo!», zachęcające
przefjodniów do kupna niezbędnego
rekwizytu, symbolu minionej
arszawy - «Kurjera Warszawskiego*; a mnie do podjęcia
pólnie z przyjaciółmi - próby odszukania Miasta,
spojrzenia
Jego fenomen z różnych perspektyw, mając do dyspozycji
\т\
"KwWara".
(Moje trzy grosze wstępu Jarosławmżycki). W numerach m. in. Wsiewołod Milman, poeta,
0
Ws
П1Св
Moskwiczanin, studiuje religioznawstwo na A T K , od 1991
mieszka w Warszawie, i jego Warszawa po rusku - dużo
ciekawych obserwacji o Warszawie, tekst poetycki z refrenem
0 innych miastach. Warszawa jest miastem bez zegarów,
które
sytuują człowieka w przestrzeni, służąc za miejsca spotkań we
wszystkich miastach. W Paryżu.
W Kijowie.
W
Brukseli.
W Sztokholmie (nigdy nie byłem w Sztokholmie). Warszawa jest
miastem bez metra.f...) W Warszawie metro jedzie do lasu.
Marcin Wicha, Palimpsest o niezrealizowanych planach ar
chitektonicznych w Warszawie. Łukasz Gorczyca, Piękne
nieznajome - Kamienica,
o architekturze, o modernizmie,
socmodernizmie, postmodernizmie i prostej potrzebie nowego.
Marcin Szporko Kolo graffitowej wojny, o wojnie graffiti
toczącej się w Warszawie. Andrzej Perzanowski, Wariat za
tracony, o szaleńcach. Marcin Wicha, O obcych
miastach.
Bartosz Gomółka, Jakem sie sponił czyli ze wsi do miast. Maciej
Miezian (krakowiak zakochany na zabój w Warszawie, War
szawa krakowskim targiem: - Gdy więc już nie mogę patrzeć na
wieże mariackie i cały ten galicyjsko-wiedeński
blichtr mojego
rodzinnego miasta wsiadam do pociągu relacji Kraków Główny
-Warszawa Wschodnia, by znów ujrzeć rodzinne miasto Osipa
Mandelsztama
i głównodowodzącego
armii
amerykańskiej
- gen. Szalikaszwili.f...)
A gdy mi jakiś nacjonalista
małopolski
mówi coś o Warszawie, zawsze przypomina mi się list Lenina,
który zachwycony Krakowem pisał - «Baby chodzą tu boso
1 ubierają się pstrokato. Dobrze nam tu jak w Rosji...» Łukasz
Włoski, Brama, o bramach miasta, bramach triumfalnych.
Joanna Sarnecka Rejs sponsorowany prze Bogów, o reklamie
i opowiadanie, bez tytułu, o podróżach i włóczeniu się po
mieście autobusem. W miejskim tłumie - kończy swój wstęp
Jarosław -j.Drużycki - łatwo się ukryć, ciężko jednak
odnaleźć
w nim swoje miejsce. Czy każdy z nas nosi w sobie
Miasto?
Miasto - labirynt, przez który trzeba przejść, aby odkryć siebie.
Wiele razy usiłowałem namówić studentów ( U W i UJ) do
napisania pracy o wzajemnych stereotypach na temat Warszawy
i Krakowa, jak dotąd bezskutecznie. I chociaż oba pisma
mogłyby dostarczyć wiele materiału (a m o ż e otworzyłyby
odpowiednie rubryki?), dziś znacznie bardziej interesująco
wygląda temat łączących te miasta tajemnic. Sprawa od
szukiwania własnego miasta (które oba pisma uprawiają),
wchodzenia weń, czasem borykania się z nim, a także tajemnica
przybywania do nich, przenosin i wpisywania się w ich historię.
No chociażby to, że urodzona w Krakowie Małgorzata Barano
wska pisze tak wspaniałą książkę o Warszawie, Piotr Skrzyne
cki urodzony w Warszawie odnalazł się w Krakowie i dla nas
Kraków. Tajemnica związków łączących W a r s z a w ę z kopcem
wspomnień.
Dzięki tym pismom, „ m a n j a k o m " własnych Małych-Wielkich Ojczyzn, oto na naszych oczach zapisuje się historia obu
miast in statu nascendi, gromadzi żywy, barwny materiał, po
który, być może kiedyś, w dalekiej przyszłości sięgnie ktoś po
latach, by wywołać nasze duchy wpisujące się w geniusz
miejsca.
W poprzednim numerze: - Paryż za dwa Ludwiki,
Przewod
nik po Paryżu cieni i smaków, Wenecja jest kobietą. Rzecz
0 wyobraźni. Miasto, Kresy zachodnie - genius loci. W tym:
- Środek świata w Lublinie i Brama w Lublinie. Nowy Jork
Sześć godzin temu. Warszawa. Miesiące, lata, wieki. „Salwator
1 Ś w i a t " , „ K u r W a r " . Kraków i Warszawa. Pora zabierać się do
przygotowania dawno zaplanowanych, kolejnych numerów
„ K o n t e k s t ó w " o Historii i antropologii, o mieście, miastach
mitycznych, micie miasta, o Antropologii
miasta.
BIBLIOGRAFIA
kfołgorzata Baranowska Warszawa. Miesiące lata, wieki. Wydawnict
wo Dolnośląskie, Wrocław 1996, ss.356, il. 600, Wybór ilustracji
" a Zielińska
^
i Świat", periodyk nieregularny, Kraków ISSN 1234-7418
Ja : Katarzyna Zimmerer, Alina Kwiatkowska, Alina Pomorska,
M a
l
w
a
R
c
t
o
r
Joanna Ronikier, Joanna Woźniak-Nowak, Rysunki: Kazimierz
Wiśniak. Adres Redakcji: Kraków, ul. Gontyna 9/1
„KurWar", Nieregularny kwartalnik poświęcony kulturze Miasta.
ISSN 1234-7426 Adres do korespondencji: Jarosław jot-Drużycki,
ul. Daleka 1/3 m.4 Warszawa 65.
157
Dariusz Czaja
Twarze, twarze, twarze...
J. Baczak, Zapiski z nocnych dyżurów, rysunki J. Baczak, posłowie J.
Błoński, „Znak", Kraków 1995
Jest coś znamiennego w dokonującym się w ostatnich latach,
wyraźnym zwrocie szeroko pojętej humanistyki w stronę problemów
ciała i cielesności. Przez wiele lat niezauważane i - jakby maksyma
Terencjusza przestała już obowiązywać - nie znajdujące szczególnego
uznania u przeduchowionych uczonych mężów - ciało, coraz częściej
staje się obiektem badawczej eksploracji. Od pewnego czasu człowiek
filozofów, socjologów, antropologów, teologów przestał być już czystą
podmiotowością, „ja" transcendentalnym, strukturą umysłu, mental
nością, eteryczną duszą i zaczął z wolna acz konsekwentnie nabierać
ciała. Oczywiście, zwiastuny tej sytuacji, pojedyncze książki i artykuły,
pojawiały się już wcześniej, ale odnieść można wrażenie jakby dopiero
od niedawna humanistyka zajęła się ciałem poważnie, wnikliwie i na
większą skalę. A więc jednak: „mam ciało"!
Czytając niezwykłą książkę Jacka Baczaka Zapiski z nocnych
dyżurów mimowolnie przywoływałem w pamięci te właśnie, wydane
u nas w ostatnim czasie, rozprawy i eseje, w których ciało nie jest
traktowane jako zbędny dodatek do naszego „ja", jego drugorzędna
„część", ale pojmowane jest jako materia prima. Myślałem o Pustel
nikach i demonach Ryszarda Przybylskiego i jego gwałtownym sporze
z anachorecką tradycją cielesnej ascezy, o Bogu w stworzeniu Jurgena
Moltmana i zaproponowanej tam teologii ciała odwołującej się do
hebrajskiego doświadczenia cielesności, o Szczelinach istnienia Jolanty
Brach-Czainy i jej eseju o ciele pojmowanym w kategoriach mięsności,
0 Ciele i przemocy w obliczu ponowoczesności Zygmunta Baumana
1 analizowanej tam sytuacji „ciała w stanie oblężenia", o Małgorzaty
Baranowskiej To jest wasze życie. To tylko ważniejsze tytuły...
Bo książka Baczaka - świadomie wybieram jeden tylko motyw
z niedługiego, ale bogatego tekstu - to dla mnie przede wszystkim
„rozprawa" o naszej cielesnej kondycji widzianej ze szczególnego
punktu obserwacyjnego. Nie jest to, oczywiście, praca naukowa.
Przeciwnie: to rzecz z antypodów naukowości. To książka gatunkowo
„nieczysta", książka-hybryda: ni to reportaż, ni to diariusz, ni to proza,
ni to dokument, ni to wyznanie. Zapiski są tym wszystkim po trosze. Nie
znaczy, że nie mają przez to walorów poznawczych. Mają wagę
świadectwa. Są zapisem inicjacji w umieranie i śmierć. W ciało chore,
umierające, martwe.
Jacek Baczak jest malarzem, artystą, który z bliżej nie wyjawionych
powodów zatrudnia się jako pielęgniarz w domu dla nieuleczalnie
chorych. W szpitalu. W umieralni. Zgodnie z fragmentem motta
wziętego z Miłosza „Będziesz służył / nosząc, obmywając, sprzątając",
Baczak nosi, obmywa, sprząta, pomaga chorym w dziesiątkach czynno
ści, których nie są w stanie wykonać. Jest z nimi do końca. W umieraniu
i po śmierci, kiedy myje martwe ciała, kiedy pospiesznie szkicuje
zastygłe twarze, kiedy utrwala w tuszu te maski pośmiertne.
Niezwykłość i siła książki Baczaka jako antropologicznego świadect
wa bierze się w pierwszym rzędzie z „inności" miejsca, które opisuje.
Wprowadza nas bowiem autor w obręb świata, który współczesność
usuwa z pola widzenia, którego się brzydzi, którego nie zna i znać nie
chce. Pokazuje nam swoich niepięknych i już nie dwudziestoletnich
w ich cierpiącej i umierającej cielesności: ze łzami, z potem, krwią
i wydalinami. Człowiek Baczaka to ponad wszelką wątpliwość homo
somaticus.
„Nic nie zapowiadało jej nagłej śmierci.
Nocami krzyczała, w dzień drzemała, rozmawiała, jadła niewiele.
Któregoś popołudnia prowadziłem ją powoli do ubikacji.
Posadziłem na sedesie i wyszedłem poczekać w przedsionku.
Siedziałem i myślałem o czymś, gdy usłyszałem gwałtowne wymioty.
Zerwałem się i otworzyłem drzwi. Cofnąłem się ze zgrozą. Siedziała
nieruchomo, pochylona mocno do przodu. Laska leżała obok, w kałuży
gęstej krwi, pełnej skrzepów. Cała posadzka, jej szlafrok, ręce i twarz
pokryte były ciemnoczerwoną mazią. Nie żyła."
Niektóre z obserwacji Baczaka każą zastanowić się i przemyśleć raz
jeszcze znaczenie takich elementarnych kategorii z antropologii ciała
jak choćby wstyd. Są bowiem, jak się okazuje, takie enklawy życia,
w których pojęcie to nie ma zastosowania.
„Gdy podawałem i odbierałem baseny, podmywałem, zmieniałem
mokre i brudne podkłady i prześcieradła na czyste i wymaglowane,
układałem sparaliżowane nogi i ręce, powykręcane kikuty po amputac
jach nie odczuwałem wstydu. I ci, którzy długo leżeli, też nie dawali go
odczuć. Był tu czymś obcym, z innego świata, niepotrzebnym i śmiesz
nym. Przynosili go tylko nowi pacjenci i nowy personel."
W zamkniętej, izolowanej przestrzeni szpitala zmienia się też
hierarchia tego co najbardziej swoje, intymne. Zmianie ulega zwyczajo
wo przyjęta i uznawana w świecie zdrowych, wydawać by się mogło:
oczywista i nienaruszalna, lokalizacja sfery prywatnej i publicznej.
158
„I tylko przy jednej czynności odczuwałem najdłużej zażenowanie.
Gdy myłem i czyściłem szczoteczką z resztek jedzenia sztuczne szczęki
i wsadzałem z powrotem do kubków z wodą. Ten, kto o to prosił, naj
częściej przywiązany na stałe do łóżka, też był zażenowany. I obydwoje
czuliśmy dziwny i paradoksalny fakt, że oto jest naruszona intymność.
Intymność jedzenia i przeżuwania, połykania. Intymność posiłku.
Ostatni azyl prywatności.
Wśród pejzażu nagiej i bezbronnej, schorowanej starości."
Swój esej o Locie nad kukułczym gniazdem i sportretowanej tam
zamkniętej przestrzeni szpitala, rozpoczyna Jan Białostocki znamien
nie: „Twarze, twarze, twarze... Pełne lęku, skurczone cierpieniem,
bezmyślne, zasępione wielkim wysiłkiem kojarzenia myśli i nagle
zobojętniałe, zamknięte w sobie... I to one pozostają przede wszystkim
w pamięci widza." To chyba nie przypadek, że pośród wymienianych
i opisywanych w książce części ciała, najbardziej uprzywilejowana
w cielesnej topografii jest twarz. Nie jest to twarz idealna, często
anonimowa twarz-fetysz z obrazków kultury masowej. Twarzom
portretowanym przez Baczaka brakuje powabu i świeżości. To nie ц
twarze na okładkę. Mają za to swoje indywidualne piętno i swoją
wją
historię. Uważna lektura anatomii i dziejów twarzy prowadzi
konkluzji bliskich refleksji filozoficznej Rosenzweiga i Levin;
Twarz staje się epifanią.
„Golenie miało w sobie ukryty smak poznawania. Stojąc pi
zarośniętymi twarzami starych mężczyzn, odkrywałem je na no'3WO.
Ostrze maszynki ściągało pianę i wynurzały się znajome zmarszczki
i zagłębienia. Wyżłobione góry i doliny z bliska. Poszarpany pejzaż
doświadczeń, który za każdym razem okazywał się nowy, bolesny.
Stawał się widomym znakiem rezygnacji, pogodzenia się. Goliłem
zawsze pod koniec zmiany, powoli, żartując i rozmawiając. A jednak
golenie stało się z czasem pełnym namaszczenia rytuałem. Obcując z ich
twarzami, stopniowo i niewyraźnie uświadamiałem sobie, że obcuję
z cząstką świętości. Z czasem te twarze zlewały się w pamięci w jedną,
która stawała się może obliczem tej zasady, może obliczem czasu.
Zagarniała w siebie tak wiele znaczeń, że stawała się milczącą,
przytłaczającą obecnością.
Żyłem przed Obliczem."
W doświadczeniu twarzy ciało samo siebie transcenduje, znosząc tym
samym mocno utrwalone w naszym myśleniu i zdawałoby się nieusuwa
lne granice między cielesnym i duchowym.
*
*
*
Skromne objętościowo Zapiski odkrywają ziemię nieznaną w tabuizującej chorobę, starość, śmierć, cielesny rozkład kulturze współczesnej.
Przy czym, ów świat nieprzedstawiony i przemilczany pokazuje autor, co
warto podkreślić, z wielkim taktem i umiarem. Sprzyja temu forma:
ascetyczna stylistyka tekstu. Unika skrajności, nie ma tu pozy na siostrę
miłosierdzia, ale też brak delektacji fizycznością. Jest szczery, nie ukrywa
początkowego zażenowania, wstrętu i obrzydzenia ludzką cielesnością
- tą żywą i tą martwą. Ale z czasem przychodzi zgoda, oko przyzwyczaja
się, więcej: zaczyna dostrzegać rzeczywistość, której wcześniej nie
podejrzewało. Baczak podprowadza nas na próg tej rzeczywistości.
Nie napisał on, rzecz jasna, swojej książki „za czymś", albo „przeciw
czemuś". To najpierw i przede wszystkim zapis doświadczenia we
wnętrznego. Nie jest to żadna diagnoza, nie mówiąc już o krytyce,
współczesności. Ale pośród różnych możliwych lektur, można także
odczytać ją jako szczególny, bo nie odnoszący się wprost do tematu,
głos w dyskusji o statusie ciała w kulturze współczesnej. Głos spokojny,
nieafektowany, świadczący jedynie prawdzie przeżycia. Wspominam
0 tym dlatego, bo pojawiające się ostatnio coraz częściej rozmaite formy
kontestacji obrazów zdrowego, pięknego, muskularnego i w istocie
nierzeczywistego ciała ludzkiego, zwłaszcza te z obszarów sztuki
„wysokiej" (choć najczęściej są to ledwie aspiracje do tego miana)
wpadają z reguły w pułapkę naiwnego naturalizmu. Przykładem,
szlachetna w intencjach, ale banalna w większości realizacji, ubieg
łoroczna wystawa Antyciala w warszawskim Centrum Sztuki Współ
czesnej. Nie dość, że artystom sztuka pomyliła się z doraźną - cóż
z tego, że stojącą po „słusznej" stronie - publicystyką, to jeszcze
przyjęta strategia zupełnie nie sprawdza się w odbiorze: ich „dzieła
prześcigały się jedynie w epatowaniu widza zgrzebną fizycznością.
1 nachalną fizjologią. Efekt skandalu obyczajowego został osiągnięty;
tyle że o żadnych wielkich kreacjach artystycznych nie mogło by*
mowy. Trudno też podejrzewać, aby przy pomocy drastycznego, w kuW
przypadkach, obnażenia naszej cielesności, można było wyegzorcyzmować wyidealizowane ciało kultury masowej. Książka Baczaka.
dotykając, bez histerii i zbędnego epatowania, obszaru przemilczanego
przez współczesność, mówi o niej więcej i mocniej niż wszystw*
zgromadzone na tej wystawie prace.
Zapiski z. nocnych dyżurów postawiłbym obok wydanej, co ciekawe,
również całkiem niedawno, książki, która stara się odsłonić inW
jeszcze, bardzo słabo rozpoznany aspekt naszej cielesności. My>*
o opowieści Anny Nasiłowskiej Domino. Traktat o narodzinach.
Traktat o umieraniu i traktat o narodzinach. Dwa skrzydła jedneg
dyptyku.