http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4846.pdf
Media
Part of Dom z dzwonniczką w Lubomierzu / LUD 2005 t.89
- extracted text
-
Lud, t, 89, 2005
KRYSTYNA HERMAN OWICZ-NOWAK
Pracownia Etnologii
Instytut Archeologii i Etnologii PAN
w Krakowie
DOM Z DZWONNICZKĄ W LUBOMIERZU
W 48. tomie „Ludu” (1963, s. 445-449) J. Gajek opublikował opis dzwon
niczki odnalezionej na Podhalu w Kościelisku (na tzw. Rysulówce) w czasie
prowadzonych w 1962 roku badań terenowych. Na budynku inwentarskim
— owczarni wybudowanej ok. 1880 roku — W. Rysuła wzniósł w 1913 roku
niewielką wieżyczkę, w której zawiesił dzwon o średnicy około 40 cm. We
dług informacji Rysuli, ojciec ufundował ją, aby uchronić okolicę od burz
i gradów, a sam sprawował funkcję dzwonnika. Całość notatki uzupełniona zo
stała zdjęciami i rysunkiem sytuacyjnym. Na zakończenie (1963, s. 449) autor
napisał: „Ponieważ z polskiej literatury etnograficznej tego rodzaju dzwonniczki
nie są znane, za celowe uznać należy opublikowanie tych obserwacji”. W przy
pisie zwraca się z prośbą o nadsyłanie analogicznych wiadomości.
O używaniu różnego rodzaju dzwonków służących do rozpędzania chmur
burzowych informował w „Roczniku Muzeum Etnograficznego” w Krako
wie Cz. Witkowski w artykule poświęconym sposobom zwalczania burz
i gradów przez mieszkańców wsi w województwie krakowskim (1967, s. 133—
-152). Podaje on, że dzwony loretańskie (o średnicy najczęściej 40-75 cm)
umieszczane były w specjalnie do tego celu budowanych drewnianych dzwon
nicach, na czterosłupowych, zadaszonych konstrukcjach, w kapliczkach przy
drożnych, na wieżyczkach nadbudowanych na dachach zabudowań gospo
darczych lub wprost na słupach, zazwyczaj zakończonych rosochami. „Do
rzadziej spotykanych i raczej nietypowych — jego zdaniem — należą wie
życzki wbudowane w więźbę dachową zabudowań gospodarskich, wzorowa
ne zresztą na tego typu budowlach miejskich, szkołach, kaplicach itp... Z dzwo
nieniem przeciw burzy w kaplicy cmentarnej można spotkać się we wsi
Rzepiska koło Łapsz Wyżnich” (Spisz; 1967, s. 145). Wspomina również
o używaniu dzwonków ręcznych do rozpędzania burz, które — tak jak wszyst
kie pozostałe — musiały być poświęcone.
W publikacji nie znajdujemy jednak konkretnego przykładu potwierdzają
cego budowę wieżyczek na budynkach gospodarczych i domach, zaś mate
riałów, na które powołuje się autor (zebranych w trakcie badań terenowych
278
Krystyna Hermanowicz-Nowak
prowadzonych w latachl959-1960; sygn.1205), nie udało się w Archiwum
Muzeum Etnograficznego w Krakowie odnaleźć.
We wsi Lubomierz, położonej w gminie Mszana Dolna, pow. Limanowa,
znajduje się dom mieszkalny z niewielką wieżyczką, której forma przypomi
na dzwonniczkę z Rysulówki omawianą przez J. Gajka. Wieś położona jest
wzdłuż potoku Mszanka, który rozdziela Gorce od Beskidu Wyspowego. Re
gion ten zamieszkują tzw. Zagórzanie, ogniwo środkowe góralskich grup et
nicznych, których wiele cech łączy z sąsiadującymi Kliszczakami. Siedliska
ludzkie ciągną się tu na przestrzeni paru kilometrów, rozrzucone na zboczach
łagodnych wzniesień i wzdłuż potoku, skupione w niewielkich grupach za
budowań. Liczne osiedla wchodzące w skład wsi posiadają nazwy własne,
pozwalające na bliższą lokalizację. W większości wywodzą się one od na
zwisk pierwszych, osiadłych na tych gruntach zarębników. W wielu przypad
kach stanowiąjedyne świadectwo zamieszkujących tu od dawna pokoleń, już
nie istniejących, o których pamięć przetrwała tylko w nazewnictwie. Umoż
liwiają one również identyfikację mieszkańców, którzy na pytanie — „Skądżeś?” odpowiadają: „Od Ogiele, Dudy, Guzarów, Złydachów itp.”, ale także
dokładniej — „z moczydłisk, spod ulice, od górola itp.”.
Na południowo-zachodnim stoku Jasienia, naprzeciwko drewnianego
kościółka położonego w centrum wsi, rozciąga się osiedle zwane Surmy (fot. 1).
W odległości około 500 m od najwyżej położonych zabudowań, już prawie
pod ścianą lasu, jeden z gospodarzy — Franciszek Niedośpiał (fot. 2) wybu
dował w roku 1954 na niewielkiej, 12-arowej działce drewniany dom, skła
dający się z jednego pomieszczenia mieszkalnego, sieni na przestrzał i stajni
przykrytych wspólnym dachem (fot. 3). Obok postawiono niewielkie pomiesz
czenie gospodarcze. Oba budynki pokryte zostały gontem. Izbę mieszkalną
złożono z drewna pochodzącego z powały rozebranego domu kurnego „od
Kozyry” — „od dymu ciemnego”. Jak się powszechnie uważa zdrowego, gdyż
długotrwałe wędzenie w dymie zabezpiecza belki przed wszelkiego rodzaju
drewnojadami. Natomiast sień i stajnię dobudowano z nowego drewna. Za
budowania wzniesione z grubych bali gospodarz „sam umszył” (wypełnił
szczeliny pomiędzy belkami ścian) słomianym warkoczem, który ■— po ze
wnętrznej stronie w części mieszkalnej — został wyklejony gliną i pomalo
wany wapnem, z dodatkiem ultramaryny, na jasno-niebieski kolor. Skromna
kuchnia o niewielkim, trzykwaterowym okienku w ścianie szczytowej (od
strony południowej) wyposażona została w istniejący nadal piec kuchenny
wybudowany z kamienia polnego.
Elementem wyróżniającym ten dom i stanowiącym o jego specyfice jest
wieżyczka wznosząca się ponad kalenicą dwuspadowego dachu. Kościelna
forma tej konstrukcji związana była z zawieszeniem wewnątrz poświęcone
go dzwonka o szczególnym przeznaczeniu. Na stropie domu, nad pomiesz
czeniem kuchennym, dobudowana została specjalna, drewniana konstrukcja
Dom z dzwonniczką
279
(dziś już nie istniejąca), która podtrzymywała wieżyczką i umożliwiała za
wieszenie dość ciężkiego (ok. 30-35 kg) dzwonu (fot. 4). Pozwalała ona na
jego rozkołysanie i uderzanie serca o tzw. płaszcz. Całość została zwieńczo
na czterospadowym daszkiem wspartym na czterech słupkach. Szczyt ozdo
biono niewielkim, metalowym czajniczkiem odwróconym do góry dnem,
w którym osadzony został, prosty w formie, krzyżyk metalowy kowalskiej
roboty (fot. 6). Po zawieszeniu dzwonu na specjalnej konstrukcji sznurek do
jego rozruchu spuszczony został do kuchni przez specjalnie wywiercony w
suficie, zabezpieczony metalową rurką, otwór. „Tak se zrobił, że leżąc na łóżku
mógł dzwonić, a nie musiał chodzić” — wspominają rozmówcy.
Prąd do zabudowań doprowadzono dopiero w 1984 roku, pierwotnie zaś
właściciele korzystali z lamp naftowych. W wodę zaopatrywano się z nie
wielkiego źródełka bijącego przy drodze naprzeciwko domu.
Historia dzwonnika z Lubomierza jest nietuzinkowa i dlatego przytoczę ją
tu w skrócie, na tyle, na ile udało się ją odtworzyć.
Franciszek Niedośpiał urodził się w Mszanie około 1900 roku i miał dwóch
braci — Macieja i Józefa. Franciszek zamiłowany w tradycyjnym stroju gó
ralskim nosił go zarówno w dni powszednie, jak i świąteczne. W niedzielę
i z okazji świąt ubierał się w wyszywane sukienne, białe spodnie, białą ko
szulę, czarną kamizelkę i kapelusz góralski (fot. 5), na co dzień zaś nosił znisz
czone elementy stroju. Według uzyskanych informacji, strój ten uszyty został
w Nowym Targu przez zaprzyjaźnionego krawca (a więc był prawdopodob
nie strojem nowotarskim, nie zagórzańskim). Chętnie palił fajkę (co już
w tym czasie było anachronizmem), do której tytoń przechowywał w specjal
nym, staroświeckim mieszku. Tak zapamiętali go współmieszkańcy — nie
wysoki mężczyzna — „miał 150 w kapeluszu” — ubrany „po góralsku”. Jego
przywiązanie do tradycyjnego stroju postrzegano we wsi jako ewenement,
coś, co wyróżniało go spośród innych i tym samym dało początek przezwisku
„górol”. Określenie to — mimo że nikt z tej rodziny nie mieszka tam już od
ponad 30 lat — do dziś funkcjonuje we wsi jako wyznacznik miejsca zamiesz
kania. „Skądżeście — od górola •— i już wszyscy wiedzą, z jakiego przysiół
ka jesteś, z którego gospodarstwa”, dając poczucie pewnej swojskości i więzi
z tutejszą społecznością.
Franciszek Niedośpiał ożenił się w Lubomierzu— uroczystości ślubne mia
ły miejsce najprawdopodobniej w tutejszym kościele — z Józefą z domu Koło
dziejczyk (ur. 1907), pochodzącą z osiedla Surmy. Z tego związku w 1935 roku
przyszła na świat córka Rozalia. Jej starsza siostra Marta, urodzona w 1931
roku, była dzieckiem „przedślubnym”. Można sądzić, że zawarcie małżeństwa
przez Józefę i Franciszka miało miejsce pomiędzy 1931 a 1935 rokiem.
Z podziału majątku rodzinnego Józefa otrzymała niewielką działkę wy
dzieloną z łąk, położoną na końcu osiedla. Na niej to wybudowano pierwszy,
jednoizbowy dom. Trudne warunki materialne, zawalenie się domku, brak
280
Krystyna Hermanowicz-Nowak
podstaw utrzymania oraz perspektyw na przyszłość sprawiły, że około 1948
roku cała rodzina przeprowadziła się na tereny połemkowskie (w ramach ak
cji przesiedleńczych, jak twierdzą niektórzy rozmówcy) i zamieszkała w Smrekowcu koło Ujścia Gorlickiego. Obie córki powychodziły za mąż. „Ożeniona
do domu” (tzn. mąż zamieszkał w domu żony wraz z teściami) nie mogła zna
leźć wspólnego języka z rodzicami, co miało bezpośredni wpływ na podjęcie
przez nich decyzji powrotu w strony rodzinne, do Lubomierza. Tu zamieszkali
już sami, w nowym domu wybudowanym w 1954 roku na tej samej działce.
Poświadcza to data wyryta na sosrębie w kuchni RP. 1954. 15. Maja.
Zbyt małe gospodarstwo mimo powiększenia o dokupioną ziemię (około
60 arów), nadal nie dawało podstaw utrzymania.
Według przekazanych informacji, Franciszek Niedośpiał już w drodze po
wrotnej ze Sromowiec nosił się z zamysłem wybudowania na domu dzwon
niczki i zajęcie się odganianiem burz, deszczów i gradu, które często nawie
dzały górskie okolice, licząc przy tym na dodatkowy zarobek. Jak potwierdza
jedna z rozmówczyń, w jego rodzinnej wsi była kapliczka z dzwonkiem lore
tańskim i być może to nasunęło mu powyższy zamysł.
Złom, z którego po przetopieniu miał powstać dzwonek loretański, zbierał
już w gorlickiem, w drodze powrotnej oraz na miejscu w Lubomierzu. „Trzy
dni wozem jechali z powrotem do wsi i po drodze zbierał złom”. Dzwonek
loretański został odlany w 1966 r. (data znajduje się na odlewie płaszcza)
i przez tutejszego księdza — ówczesnego proboszcza -— o. Antosza poświę
cony. Przyniosła go na plecach, w specjalnym drewnianym rusztowaniu, „żeby
jej nie uciskał w plecy”, „Niedośpiałka” (żona Franciszka), podobno aż z No
wego Targu (jak podają inni sąsiedzi — z Dunajca). Wszyscy rozmówcy zgod
nie potwierdzają, że „górol” był niewielkiego wzrostu i nikłej postury, tak
więc zadanie to przekraczało prawdopodobnie jego możliwości. „Ona była
duża baba, to pod góre pół metra zboża wyniosła na plecach, a on nawet tego
nie podniósł”, wspominają.
Dzwon odlany został z żółtej miedzi, na czaszy widnieje napis: Jan Kanty
Niedośpiał Franciszek Lubomierz 1966 (fot. 2). Jak wspomina córka, po przej
ściu silnej burzy z gradem, która poczyniła znaczne szkody na polach i łą
kach, ksiądz zadawał sakramentalne pytanie dzwonnikowi — „Panie Niedośpioł, jakżeście to dzwonili?” — „Ajakżeście go poświęcili?” — odpowiadał
„górol”.
We wsiach zagórzańskich — jak notuje w swych zapiskach z okresu mię
dzywojennego Sebastian Flizak — często słychać było dzwonek loretański,
a wiara w jego moc była powszechna. Dzwonić należało zawczasu, bo inaczej
chmury zbijały się nad wioską i grad niszczył wszystkie zbiory. Przeciw burzy
powinno się dzwonić z pełnym rozmachem, uderzając sercem w obydwie kra
wędzie płaszcza dzwonu. Wszyscy dzwonnicy byli zgodni co do tego, że na
rozpędzenie chmur burzowych jest ciężko dzwonić, a najtrudniej, gdy zbliża
Dom z dzwonniczką
281
się chmura gradowa. Czynności tej nie wolno było przerwać nawet na chwilę.
Gdy chmury zbijały się nad głową dzwonnika ogarniała go słabość i senność,
ale nie śmiał przerwać — ktoś drugi musiał go wtedy wyręczyć i zastąpić w tej
ciężkiej pracy (Kasinka). Za późno rozpoczęte dzwonienie nie odnosiło zwykle
oczekiwanego skutku, grad spadał niszcząc wszystkie uprawy.
Wierzono, że dzwonki loretańskie stanowiły znaczną przeszkodę w pracy
płanetników (zajmujących się przeciąganiem deszczowych i gradowych
chmur), więc odnosili się oni do nich z nienawiścią i przezywali je pieskami
szczekającymi (Flizak, 1952, s. 39). Dzwony i wydobywany z nich głos były
sposobem oddziaływania na rzeczywistość, ponieważ były głosem Boga. „Przy
pisywane dzwonom znaczenie apotropeiczne doskonale ilustrują zalecane
w czasie święcenia dzwonu modlitwy {Pontificale Romanum II), w których mówi
się o tym, iż dźwięk dzwonu pobudzić ma pobożność wiernych, ale też doda
jąc, że: „Gdziekolwiek rozlegać się będzie dźwięk tego dzwonu, niech do tego
miejsca z dala się trzyma moc nieprzyjaciół, cienie duchów, gwałtowne wichu
ry, uderzenia piorunów i grzmoty, klęska niepogody i wszelkie ataki burz” (Forstner, 1999, s. 398). Jak notuje Flizak, tam, gdzie słychać było święty głos dzwonu
nigdy nie rosła roślina satlok mająca magiczne właściwości.
Za swoją pracę dzwonnika w niedzielę po mszy Franciszek Niedośpiał
zbierał pod kościołem od ludzi datki pieniężne. Rozmówcy wspominają, że
z dzieciństwa zapamiętali grupę przekomarzających się i śmiejących męż
czyzn otaczającą niewielkiego wzrostu postać dzwonnika, który zawsze „opo
wiadał hecne rzeczy”, powodując ogólną wesołość. „Chłopy go lubili, poroz
mawiał, pośmiał się, a coś widział, to i opowiadał”. Zimą odwiedzał także
sąsiednie i dalej położone gospodarstwa — i jak utrzymują informatorzy
— zapisywał w czarnym zeszycie zarówno tych, którzy mu nie chcieli płacić
— zapisując ich „do kociej wiary”, jak i dających niewielkie datki -— co po
twierdza córka.
Jak wspominają,,jak szła burza, to wszyscy lecieli do siana, a Niedośpioł
do domu i dzwonił. Ludzie zdążyli zebrać lub przynajmniej skopić siano,
a jemu często deszcz zmoczył”. Bycie dzwonnikiem było służbą odpowie
dzialną, spełnianą z dużym poczuciem obowiązku. Traktował on ten środek
ochrony poważnie, wierząc głębąko w sens swego posłannictwa. Wytrwale
pełnił swoje zadanie, dowodząc wszystkim, że dzięki jego dzwonieniu wieś
ominęło wiele burz i klęsk. Otrzymywane datki były niestety nader skromne
i w niewielkim stopniu wspomagały budżet rodzinny.
Pasją, a chyba mało lub w ogóle nie znaną na wsi w tym czasie umiejętno
ścią „górola” było sadownictwo. W swoim niewielkim przydomowym sadzie,
położonym na wysokości ok. 700 m n.p.m., hodował śliwy węgierki i da
maszki, drobne żółte śliwki (inna odmiana niż mirabelki), co najmniej trzy
odmiany jabłonek oraz grusze. Na jednej z nich, pośledniego gatunku, za
szczepił gałąź odmiany szlachetnej. Z czasów młodości wspominają miesz
282
Krystyna Hermanowicz-Nowak
kańcy wsi, że często nabywano od niego sadzonki śliw, umiał bowiem szcze
pić drzewka. W niejednym sadzie rosną jeszcze, dziczejące dziś, nabyte
u niego drzewka owocowe. Bardzo dbał o swój sad, drzewka nawoził, oko
pywał, w wigilię św. Marcina bielił, przycinał i usuwał obeschłe gałęzie. Dzieci
z okolicznych gospodarstw chętnie zakradały się do sadu w czasie dojrzewa
nia owoców „na śliwki”. Za sprzedane szczepione drzewka śliw „zawsze pare
groszy mu wpadło, bo dużo ludzie u niego kupowali”. Jeszcze do dziś w jego
dawnym, przydomowym sadzie rosną zasadzone przez niego drzewa owoco
we oraz dwie piękne lipy. Dodatkowe źródło utrzymania stanowiła również
podejmowana w sezonie praca najemna. W czasie dojrzewania zbóż — „zbo
żowych”, gdy nadchodził czas żniw, udawał się gospodarz w kierunku No
wego Targu z kosą na ramieniu i tam zarabiał, najmując się jako kosiarz.
Jego żona — Józefa również ciężko pracowała, zajmując się handlem na
białem, przywoziła też z okolic Gorlic materiały, sweterki, chustki i sprzeda
wała we wsi, często realizując zamówienia sąsiadów. W czasach, gdy nie było
izb porodowych ani drogi dojazdowej zajmowała się również akuszerstwem
—•„ona przy babach była, przy porodach”. „Często po nią chodzili, nigdy nie
odmówiła pomocy”, a według informatorów znała się na tym zawodzie,
z powodzeniem odbierała nieraz skomplikowane porody. Za oddane usługi
wynagradzano ją zawsze jakimś datkiem. Rzadko była to gotówka, najczę
ściej otrzymywała jakieś produkty— jaja, trochę zboża itp. Jako smarowaczka — bo i to należało do jej umiejętności — potrafiła pomóc w wielu przy
padkach. „Smarowała, ale to nie był jakiś specjalny masaż, tylko tak po
piersiach, po plecach posmarowała, to pomagało na oberwanie, krzypoty itp ”.
Do takiego masażu najlepiej było użyć specjalnych maści, jak powszechnie
wiadomo, pochodzących z tłuszczu zwierzęcego. Do dziś zachowała się koło
domu kamienna podmurówka, na której stała mała szopka drewniana, gdzie
gospodarz oprawiał zwierzęta — podobno często psy — a wytopiony tłuszcz
sprzedawał. „Ludzie mu psy dawali, to żeby coś z nimi zrobił, to on sadło
wytapiał, a psinę jedli, zresztą nie tylko oni, to ją, mówili, tak wiatrem było
czuć”. Pozyskany tą drogą smalec był szeroko znanym i cenionym środkiem
leczniczym, np. na podźwignięcie — „oberwanie”, do smarowania piersi „przy
krzypotach” itp. Skórami owijano chorych, co miało być pomocne np. na bóle
artretyczne.
Częste wyjazdy żony — według miejscowych relacji — oraz prześmiewki
sąsiadów, wzbudziły zazdrość u Franciszka do tego stopnia, że — jak twier
dzą rozmówcy — „na złość żonie pewnego dnia sam się wymiśkował” (wy
kastrował) i tylko dzięki sąsiadom nie zmarł na skutek wykrwawienia. Z re
lacji samego zainteresowanego wynikało, że był to wypadek, gdy schodząc
z drabiny zawiesił się na wystającym haku i okaleczył. Do dziś z pewnym
prześmiechem wspominane jest to zdarzenie, które — jako coś nietuzinko
wego — zachowało się w pamięci, utrwalając ironiczno-lekceważący stosu
Dom z dzwonniczką
283
nek do dzwonnika-„górola”. „Nawet o tym w gazecie pisali” — chwalą się.
To wydarzenie w sposób zasadniczy zaważyło na jego wizerunku i pamięci
0 nim zachowanej wśród współmieszkańców.
Po śmierci Franciszka Niedośpiała w 1970 roku jego żona opuściła dom
1 przeniosła się do córki Rozalii zamieszkującej pod Nowym Sączem. Tam
zmarła w 1981 roku i została pochowana.
Dzwonek loretański — jako rzecz najcenniejszą i poświęconą wziął brat
Józefy — Franciszek Kołodziejczyk. Po jego śmierci żona przekazała go pro
boszczowi parafii w Lubomierzu —■księdzu Stanisławowi Pasiutowi w za
mian za odprawienie w intencji zmarłych mszy gregoriańskich. „Takie miała
życzenie Niedośpiołka, żeby dać na gregorianki”.
Od 1973 roku dom pełni rolę domku letniskowego i — jak twierdzi pewna
pani prokurator przebywająca tam przez parę dni — pozostaje nadal pod sta
łą opieką ducha nietuzinkowego dzwonnika. Opowiada ona, że przechodząc
pewnego dnia wieczorem koło szopki, zobaczyła siedzącą na pniu do rąbania
drewna postać niewysokiego starszego mężczyzny, który z pewnej odległości
obserwował wnętrze domu. Natknęła się na niego powtórnie, gdy z zaintere
sowaniem zaglądał z sieni do kuchni. Przechodząc obok tej postaci, miała
wewnętrzną pewność, iż jest to duch dawnego właściciela, który z życzliwo
ścią spoglądał na swój stary dom.
Na zakończenie dodam, że przeprowadzony w 2004 roku remont dachu
tego domu pozwolił na zachowanie wieżyczki (fot. 7), w której obecni wła
ściciele umieścili mały dzwonek.
LITERATURA
Bruckner A.
2000
Słownik etymologiczny języka polskiego, wyd. IX, Warszawa.
Flizak S.
1952
M ateriały etnograficzne i historyczne z terenu Zagórzan, Archiwum Et
nograficzne Nr 4, PTL, Poznań - Łódź. Rękopis materiałów terenowych
zebranych w okresie międzywojennym w regionie Zagórzan, udostępnio
ny przez Archiwum Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, Oddział
Mszana Dolna.
Forstner D. OS.
1990
Świat symboliki chrześcijańskiej, PAX, Warszawa.
Gajek J.
1963
Dzwonniczka do odganiania burz gradowych, Lud t. 48, s. 445—449.
Gloger Z.
1972
Encyklopedia staropolska ilustrowana, hasło „dzwony”, s. 112-114, t. II.
Warszawa.
Krystyna Hermanowicz-Nowak
284
Kaleciak P.
1967
Irracjonalne i racjonalne aspekty meteorologii ludowej w powiecie lima
nowskim, red. P. Kaleciak, w: Materiały etnograficzne z powiatu lima
n ow skiego, z. 1, Archiwum Etnograficzne Nr 30, PTL Wrocław,
s. 54-76.
Karłowicz J.
1907
Słownik gw ar polskich, t. 5, Kraków.
Kowalski P.
1998
Leksykon znaki świata. Omen, przesąd, znaczenie, hasło „dzwon”, s. 121—
-1 2 3 , PWN Warszawa-Wrocław.
Kowalewski M.
1960
Mały słownik teologiczny, Księgarnia św. Wojciecha, Poznań-Warszawa-Lublin.
Rychlikowa I.
,
1960
Klucz wielkoporębski Wodzickich w drugiej połowie XVIII wieku, Wro
cław-Warszawa, Zakład Narodowy im. Ossolińskich Wydawnictwo PAN.
Witkowski Cz.
1967
Sposoby zwalczania burz i gradów przez chłopów w woj. krakowskim. Wie
rzenia i praktyki z końca XIX i I połowy X X m, „Rocznik Muzeum Etno
graficznego w Krakowie”, t. II, s. 133-152.
Zych M.
2004
„ Żywych zwołuję, zmarłych opłakuję, pioruny kruszę Obecność dzwo
nów w przestrzeni symbolicznej — analiza antropologiczna, praca mgr,
msp. ss. 141, Instytut Etnologii i Antropologii Kultury UJ.
Dodatkowych informacji udzielili: ks. proboszcz o. Z. Mikołajczyk, Rozalia Maśnica
— •córka Franciszka Niedośpiała, wdowa po Franciszku Kołodziejczyku —■Józefa oraz
sąsiedzi z przysiółka Surmy.
Krystyna Hermanowicz-Nowak
A HOUSE WITH A CAMPANILE
(Summary)
The article describes a residential house with a campanile, a very rare design in rural
housing, and the history o f an extraordinary bell-ringer living in Lubomierz, a village
bordering on the Gorce and Beskid Wyspowy. This village is inhabited by highlanders
who belong to the Zagórzanie group.
In 1954 Franciszek Niedośpiał (called a highlander after the elements o f the traditio
nal highlanders’ costume regularly worn by him) built a small wooden house at a certain
distance from the last buildings o f the Surma estate. The house features a kitchen, an
entrance hall open on both sides and a stable. On the shingled roof a small campanile
was erected, with a small wrought iron cross, mounted in an upside-down metal kettle.
The campanile became home to a consecrated Loretto bell (cast in 1966), with which
the bell-ringer warded off the clouds and storms, thus protecting the neighbouring fields
and crops against disaster. His power extended as far as the sound o f the bell was heard.
This story o f the highlander, a landlord, bell-ringer, horticulturalist, who died in 1970,
is still alive in the minds o f the older inhabitants o f the village. His house with the cam
panile has been preserved until today.
Dom z dzwonniczką
285
Fot. 2 Franciszek Niedośpiał.
Fot. ze zbiorów rodziny.
Fot. 3 Dom F. Niedośpiała. Fot. K. Hermanowicz.Nowak.
2g5
Fot. 5
Franciszek Niedośpiał
w tradycyjnym stroju
góralskim.
Fot. ze zbiorów rodziny.
Krystyna Hermanowicz-Nowak
Dom z dzwonniczką
287
Fot. 7 Remont dachu — ponowne
osadzanie krzyżyka. Fot. J. Nowak.
