http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2781.pdf
Media
Part of Paryż za dwa Ludwiki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4
- extracted text
-
Paryż za dwa Ludwiki*
Ludwik Lewin, Ludwik Stomma
Legendy Montparnasse'u
Spacer ten zaczynamy zasadniczo na stacji metra Plaisance.
Wytrwałym proponowałbym jednak dodatkowa eskapadę na
mały i obskurny zaułek (passage) de Dantzig (najbliższe metro:
Porte de Versailles). W dziwnym okrągłym budynku po lewej
stronie mieściła się na początku wieku słynna „La Ruche"
-stolica i legenda artystów. W szczytowym okresie znajdowało
się tu i w okolicznych budynkach sto czterdzieści pracowni!
Nazwiska? - Proszę bardzo: Chagall. Zadkine. Modigliani.
Soutine, Lćger, Boucher, Archipenko
Jedyny kran z wodą
- pisze Jean Paul Crespelle - znajdował się u stóp schodów.
W pracowniach nie było kominków, przy których można by się
ogrzać, toteż, niektórzy mieszkańcy przebijali otwory nad
oknem, aby przepuścić tamtędy rurę od piecyka. W zimie
północny wiatr dmuchał przez źle okitowane wysokie okna
i wył pod nieszczelnymi drzwiami. Rynny zamarzały, a / da
chów zwisały długie stalaktyty. Większość przestawała się myć
i wkładała na siebie warstwami całą posiadaną garderobę.
Widywano w passage Dantzig dziwaczne niby widma sylwetki.
okutane w kołdry i stare dywany
«La Ruche!» - wspomina
Fernand Lćger. - Cóż za niezwykłe miejsce! Czego tam nie
było! W «La Ruche» wszystko można było kupić i sprzedać.
Przypominam sobie między innymi czterech Rosjan, nihilistów.
Nigdy nie mogłem pojąć, jak mieścili się w pokoiku liczącym
trzy metry kwadratowe i jakim cudem zawsze mieli w ó d k ę " .
I namiętny komentarz Chagalla: „Życie w «La Ruche» było
cudowne, pracowałem całymi nocami... Kiedy w sąsiedniej
pracowni zwymyślana modelka zaczynała płakać, gdy Włosi
śpiewali przy akompaniamencie mandoliny, gdy Soutine wracał
z Hal z pękiem nadpsutych kurczaków, które miał malować, ja.
samotny w mojej celi z desek, stałem przed sztalugami, przy
świetle nędznej naftowej lampy...
Za trzydzieści pięć franków miesięcznie miałem zapewnione
wszystkie wygody". I wreszcie Crespelle raz jeszcze: „ W «La
Ruchc» mieszkało bardzo wielu Żydów rosyjskich i polskich, co
dawało temu osiedlu zdecydowany charakter getta, szczególnie
wyraźny, gdy dwa razy na tydzień zjawiał się tam stary Żyd
z Polski, w zielonkawej kapocie, popychając ręczny wózek:
wyglądał jakby miał pozować Chagallowi. Poczciwiec ten
przychodził z odległej ulicy des Rosiers i oferował kiełbaski
* chrzanem, wędzony ozór. śledzie, ogórki kiszone, chleb
kminkiem i wódkę. Niestety, był zbyt ufny i umarł zruj
nowany, bo za często udzielał kredytu swoim współziomkom.
7 W «La Ruche» wytworzył się bardzo oryginalny coctail ras
' warstw społecznych. Wśród mieszkańców spotykało się
tystów prawdziwych i fałszywych, natchnionych i zbzikowa"ych, jak Granowski, któremu zdarzyło się otwierać nagle okno
Pracowni mieszczącej się w rotundzie i głosić niby muezzin: Ja
Setnusz!... Ja geniusz... - albo jak pewien Hindus, krewniak
"aharadży Kapurtali. którego przyjęcia z szampanem budziły
Podziw innych lokatorów. Dla wielu były to cudowne czasy;
tyło się swobodnie, bez żadnych rygorów, w czym Rosjanie
Posuwali się czasem zbyt daleko. Kiedy pewnego razu przyszedł
^ 'ospckcję Dujardin - Beaumetz. wpadł na podchmielonych
1
ar
Fragment k s i ą ż k i Paryż za dwa Ludwiki
Przewodnik po
Paryżu
' smaków,
która u k a ż e s i ę w W y d a w n i c t w i e B G W . A u t o r o m .
™ * c y i Pani K a t a r z y n i e M e r c i e z w y d . B G W d z i ę k u j e m y za
«OSt:Cpnienie tego fragmentu do d i u k u .
a
Cmentarz
Montparnasse
artystów, którzy, goli jak ich Pan Bóg stworzył, igrali na
zielonym trawniku niby w raju. Zabawy i rozrywki w «La
Ruche» nie zawsze bywały tak niewinne. Często pijacy,
wracający w nocy do pracowni, rzucali kamieniami w szyby
kolegów. W tym sporcie wyspecjalizował się Soutine, celując
szczególnie w okna Chagalla..."
Wróćmy jednak na stację metra „ P l a i s a n c e " . Ulicą Alćsia, na
której, pod numerem 114. mieściło się przed I wojną światową
najsłynniejsze kasyno Paryża, dochodzimy (pełno tu galijskich
patronatów) do ulicy Wercyngctoryksa. To na niej (pod nr. 6.
- obecnie hotel ..Sheraton") mieszkał w luksusowym apar
tamencie na drugim piętrze Paul Gauguin ze swoją indonezyjską
kochanką Annah. zwaną powszechnie „ J a w a j k ą " . Będąc jed
nym z nielicznych „ m o n t p a r n a s i s t ó w " docenionych i kupowa
nych za życia, wydawał Gauguin sute przyjęcia, których stałymi
uczestnikami byli m.in.: August Strindberg. Edward Munch
i - co zaskakujące... Edgar Dćgas. fen ostatni nie szczędził panu
domu wszelakich uszczypliwości („Czy na Batignolles nic
można równic dobrze malować jak na Tahiti?"), nie czuł się
jednak na silach zrezygnować z pieczystego.
Na wysokości numeru 78. odchodzi od Wercyngctoryksa
mała uliczka Perrel. Mieszkał tutaj (nr 2. bis) Henri Rousseau
zwany „ C e l n i k i e m " . N a d drzwiami wywiesił szyld: „Akademia
Rysunku, Malarstwa i M u z y k i - Lekcje prywatne - Ceny
p r z y s t ę p n e " . I rzeczywiście, za parę groszy dawał lekcje
rysunku, czy solfeżu latoroślom okolicznych sklepikarzy. I on
także urządzał przyjęcia, zgoła jednak inne od swojego sąsiada
Przychodzili doń dozorcy, policjanci z. pobliskiego komisariatu,
ale także Picasso, Apollinaire, Robert Delaunay, Serge Ferat. To
ci dwaj ostatni odkryli oryginalność i wynalazczość płócien
Rousseau. Apollinaire uważał je za prostackie bohomazy
i bywał na Rue Perrel ze względów, rzec by można, „etnografi
cznych" przede wszystkim. Nie popisał się przenikliwością
krytyczną również i Picasso. Wina z miejscowej winnicy (sic!
były takie na Montparnasse) dostarczała artystom niejaka pani
Coulon zamieszkała pod nr. 70. Jej wnuczka jeszcze w 1970
urządziła „ w i n o b r a n i e " z żałosnych resztek domowej winnicy
i uzyskała... cztery litry soku winogronowego.
Przez skwer imienia Kardynała Wyszyńskiego, plac Kastylii
i ulicę Liceum Buffona. która znajduje się nieco dalej, już na
bulwarze Pasteura, ruszamy na północ. W miejscu zajmowanym
153
dziś przez liceum i sąsiednie domy mieścił się ongiś cmentarz.
To tu właśnie odbył się pozorowany pogrzeb Jeana Valjean.
który jak pamiętamy mało nie skończył się tragicznie, gdyż
nowy grabarz - służbista uparł się zakopać trumnę, i dopiero
podstęp staruszka Fauchelevent uratował sytuację, na czym
kończy się „ N ę d z n i k ó w " tom pierwszy.
Od bulwaru w lewo niepozorna ulica Falguićre. I tutaj (nr
72.), podobnie jak w „La Ruche". zagnieździli się ekstrawa
ganccy artyści. Rej wiedli Modigliani. Foujita i Lipchitz; z tym,
że Modiglianiego wyrzuciła w końcu pani Durchoux, właś
cicielka kamienicy, za notoryczne niepłacenie czynszu. Legen
da głosi - wspomina Crespelle - że „została ukarana za swoją
krewkość, dała bowiem synowi do zreperowania materaców
płótna, które Modigliani zostawił jej w zastaw, a parę lat później
ku swej rozpaczy dowiedziała się, że straciła fortunę".
Na wysokości nr. 24-3024-30, jeśli zechce się nam nadłożyć
nieco drogi, skręcić możemy w uliczkę Dulac i dojść nią
(jeszcze 20 m w lewo ulicą Vaugirard) do zaułka Ronsin. gdzie
(nr 8.) miała miejsce głośna ongiś sprawa kryminalna. 31 maja
1908 odnaleziono tu zwłoki uduszonego malarza Adolfa Steinheila i zmarłej na skutek szoku (?) jego teściowej. Znaleziona
w sąsiednim pokoju, związana i zakneblowana, lecz nie nosząca
jakichkolwiek obrażeń, żona malarza - Margueritte Steinheil
były osobą specyficznej sławy. 16.02.1899 odbywając z nią
właśnie w urzędowym gabinecie najzupełniej nieślubny stosu
nek seksualny, zmarł na atak serca prezydent Republiki Fran
cuskiej Feliks Faure. Zła opinia zrobiła swoje. Nie rozpatrując
niemal innych wariantów, policja oskarżyła Margueritte o mężobójstwo. Niedostatki i zaniedbania śledztwa zaważyły na
przebiegu procesu. 13.11.1908 ława przysięgłych uniewinniła
panią Steinheil. Nigdy już nie dowiemy się. co zdarzyło się
w majową noc 1908 roku w ponurym zaułku. Margueritte
Steinheil wyjechała do Anglii, gdzie w 1921 wydała nader mało
wiarygodny pamiętnik, a w 1917 wyszła za mąż za bogatego
szlachcica. Zmarła w Hove, w hrabstwie Sussex 20.07.1954
dożywszy pięknego wieku osiemdziesięciu sześciu lat.
Wracamy na Falguićre i skręcamy tym razem w prawo,
w ulicę Antoine Bourdellc, której patron tutaj pracował i miesz
kał. Pod numerem 16. znajdziemy też przekształcone w 1948
w muzeum atelier rzeźbiarza. Impresjonistyczno-ekspresyjnc
dzieło Bourdella nie zachwyca nas szczególnie. Winniśmy mu
jednak wdzięczność, gdyż on to jest autorem zdobiącego
nabrzeże Sekwany koło placu Almy pomnika Adama M i c
kiewicza (1919) -jednego z okazalszych paryskich poloników.
Teraz w prawo i okrążywszy od tyłu, wzdłuż, dworca
kolejowego, wieżę Maine-Montparnasse (ze szczytu piękny
widok na miasto), po czym odbiwszy jeszcze sto metrów aleją
Maine, znajdziemy się na jej skrzyżowaniu z ulicą de la Gaite
(ulicą Radości). Doprawdy nie jest to nazwa uzurpowana.
W szalonych latach Montparnasse'u mieściło się tu pięć teatrów,
sale taneczne, a w części środkowej popularne knajpki, wyspec
jalizowane przede wszystkim w owocach morza, co tym łatwo
można wytłumaczyć, że właśnie na pobliski dworzec przybywa
ją pociągi z bogatej w ostrygi Bretanii. Wszystkich lokalów
uciech ulicy Radości wyliczyć nie sposób. O dwóch wspo
mnijmy wszakże: pod nr. 2 1 . mieściła się w latach 1811-1920
kawiarnia „Piękna Polka" („La Belle Polonaise"), do której
wejścia strzegły figury dwóch nadwiślańskich szwoleżerów
w pełnym rynsztunku bojowym.
Pod nr. 20. trwa i czaruje słynne „ B o b i n o " - s a l a wodwilowa.
operetkowa, rewiowa, dzisiaj recitalowa najczęściej. Tutaj
rozpoczynali kariery Polin, Maurice Chevalier, Jeanne Mistinguctl, Marie Dubas i sama Edith Piaf. Bawiono się tu doskonale
mieszając gatunki, improwizując parodie, zniekształcając kla
syków. Znana była tylko (w przybliżeniu) godzina rozpoczęcia
spektaklu. Dalej była to j u ż wyłącznie kwestia nastroju chwili,
oraz inwencji aktorów i widowni. „Książę p o e t ó w " (takim
tytułem, z którego był bardzo dumny, obdarzył go rozbawiony
Montparnasse) - symbolista Paul Fort, przesiedział ponoć
154
w „ B o b i n o " cztery doby non-stop, żywiąc się tylko alaszem
i croissantami, pokrywając za to poetyckimi szkicami dwa
obrusy, nie licząc serwetek.
Na końcu ulicy zakręt w prawo, w bulwar Edgar Quinet,
i zmiana nastroju. Zbliżamy się oto do murów cmentarza
Montparnasse. Z n ó w niekończąca się lista spoczywających tu
sław i postaci sercu bliskich. Maleńki jej wycinek: - Guy de
Maupassant (1850-1893), znany nam ze szkoły jako autor
niewinnych, obyczajowych nowelek. W rzeczywistości jedna
z najskandaliczniejszych i najbardziej tragicznych postaci
literatury europejskiej. W marcu 1877 pisał w liście do Roberta
Pinchon: „ M a m syfilisa, nareszcie, prawdziwego! Nie jakieś
tam żałosne krosty, nie burżujskie pryszcze, nie kalafiorowate
grzybki, nie, nie, prawdziwego syfilisa - tego, na który umarł
Franciszek 1.1 jestem z tego dumny i nade wszystko pogardzam
mieszczuchami.
Alleluja, mam syfa, więc siłą rzeczy nie muszę się już
obawiać, że go z ł a p i ę ! " Dalszy ciąg dopisał Izaak Babel:
„Płodność i wesołość, których był pełen, przeciwstawiały się
chorobie. Z początku cierpiał na bóle głowy i ataki hipochondrii.
Później stanęło przed nim widmo ślepoty. Wzrok jego słabł.
Rozwinęła się mania podejrzeń, mizantropia i pieniactwo.
Walczył zaciekle, miotał się jachtem po Morzu Śródziemnym,
uciekał do Tunisu, do Maroka, do Afryki Centralnej - i pisał bez
ustanku. Zyskawszy sławę, poderżnął sobie w czterdziestym
roku życia gardło, wykrwawił się, ale pozostał przy życiu.
Zamknęli go w domu wariatów. Pełzał tam na czworakach...
Ostatnie słowa jego historii choroby brzmią: ..Monsieur de
Mapupassant vien de s'animaliser" (Pan de Maupassant prze
mienił się w zwierzę). Zmarł mając 43 lata. Matka go przeżyła.
Nieco dalej Szymon Petlura (1879-1926). Ukraiński sojusz
nik Piłsudskiego w 1920 roku. Ten, którego oficerom mógł
tylko Marszałek powiedzieć: - Ja panów bardzo przepraszam.
Zamordowany w Paryżu przez Żyda rosyjskiego Szwarzbarda w odwet za pogromy dokonane przez petlurowców na
Ukrainie w 1918-1919. Utrapienie spolegliwego odłamu emi
gracji polskiej. Jeśli 25 maja (w rocznicę zamachu) nie złożą
wieńca na grobie Petlury - obrażają się Ukraińcy; jeżeli złożą
- pretensję mają Żydzi.
Pierre Laval (1883-1945). Polityk francuski. Podczas II
wojny światowej orędownik kolaboracji z Niemcami. Był
przekonany, że stwarza alternatywę dla Francji. W przypadku
zwycięstwa aliantów - De Gaulle, on zaś w razie triumfu
Hitlera. Była w tym nawet jakaś cyniczna, polityczna logika.
Zabrakło jednak honoru i elementarnej moralności. „Narody
mogą z takich polityków korzystać - napisał później ChabanDelmas - nie mogą im jednak p r z e b a c z y ć " . Skazany po wojnie
na karę śmierci i rozstrzelany.
Alfred Dreyfus (1859-1935). Sam w sobie oficer średniego
polotu i średniego charakteru. Stał się jednak bohaterem słynnej
,,Affaire",która na długo podzieliła Francję na dwa zwalczające
się zaciekle obozy. Odłam broniący Dreyfusa przed oskar
żeniem o szpiegostwo na rzecz Niemiec i widzący w jego
skazaniu akt szowinizmu i bezprawia, położył podwaliny pod
intelektualną formację nowoczesnej lewicy francuskiej.
Jean-Paul Sartre (1905-1980). Mierny filozof, znacznie już
lepszy pisarz. Przez szereg lat nie kwestionowany król dusz
francuskiej młodzieży. Bardziej niż styl myślenia stworzył, acz
zapewne nieświadomie, styl bycia. Panienki - intelektualistki
w czarnych swetrach z. papierosami w długich fifkach i tłustymi
włosami - to dzieci Sartre'a właśnie. Niektórzy twierdzą, że bez
niego nie byłoby paryskiej rewolty studenckiej w maju l9o°
Mogą tak twierdzić, bo i tak nikt tego nie sprawdzi...
A jeszcze - jaka szkoda, że miejsca nie starczy - pochowam
są tu, na Montparnasse, między innymi: Julio Cortazar, Charie
Baudelaire, Aleksander Alechin, Tristan Tzara, Osip Zadkm
Samuel Beckett, Simone de Beauvoire, Paul Reynaud. Ray
mond Aron, Roger Caillois, Andre Citroen, Pierre Larousse.
Chaim Soutine...
Miłośnikom sztuki polecamy przede wszystkim alegoryczną
rzeźbę „Rozstanie k o c h a n k ó w " w kwaterze I X , nagrobek T.
Rachewskoj, dłuta Brancusiego w kwaterze X I X , czy surrealis
tyczny dysk na grobie Pierre Loeba, zaprojektowany przez Jean
Arpa ( X X V I I I ) . Zaiste, są paryskie cmentarze pamięcią, histo
rią, lecz i pięknem dotkliwym.
Po drugiej stronie bulwaru Edgar Quinet wylot ulicy Delambre, wsławionej ekstrawagancją malarza Szkoły Paryskiej Leo
narda Foujity (pierwotnie Fujita Tsuguharu). Pamiętają otóż
państwo, że w „La Ruche" był tylko jeden kran. Artyści
z Falguićre zadowalać się musieli miniaturowymi zlewozmy
wakami. Zamożny Bourdelle miał z kolei zlewozmywak i bidet.
Dla szczegółowych ablucji korzystano z łaźni miejskich, a w le
cie z wód Sekwany. Tymczasem Foujita wybudował sobie
łazienkę z obszerną wanną, z której nie tylko sam korzystał, ale
korzystać też nakazywał swoim modelkom. Wieść wywołała
sensację i wkrótce cały Montparnasse śpiewał ironiczną (tak się
przynajmniej jej twórcom zdawało) piosenkę:
„Gdy się chce do obrazu pozować
I modelką być,
I modelką być.
Nie wystarczy sama uroda.
Trzeba się jeszcze m y ć ! "
Poprzez Delambre dochodzimy do wielkiego skrzyżowania
bulwarów Montparnasse i Raspail. Po lewej stronie, wzdłuż
bulwaru Monparnasse skupienie słynnych lokali: „Le petit
Napolitain" (nr 95.), gdzie odbywał Verlaine swoje wieczory
literackie; czynny catą noc ,,Select Bar" (nr 99.); najbardziej
dziś snobistyczna „La Coupole" (nr 102.); „La R o t u n d ę " (nr
105.) - ulubiona restauracja m.in. Apollinaire'a, Picassa, М а х а
Jacoba. czy Modiglianiego. ale także i naszego Reymonta;
„Cafe du D ó m e " (nr 108.), w której spotykali się Lenin, Trocki
i Krasin. Między „La Coupole" i „ D ó m e " (nr 106.) mieszkał
• wiatach 1891-1892 Stanisław Wyspiański.
Nieco dalej (nr 80.) mieściła się w latach 1859-1871 Wyższa
Szkota Polska. Pozostał po niej na frontonie budynku potrójny
herb - polski Orzeł, litewska Pogoń i ruski Lew. Ciekawostką
! jest, że zamknięto o w ą zasłużoną, założoną przez Adama
Czartoryskiego w 1848 (przed 1859 mieściła się przy Rue
Neuve Sainte Genevieve 33) uczelnię w odwet za udział
Polaków w Komunie Paryskiej.
Cóż z tego, że było ich mniej więcej tyle samo po obu
stronach barykad, skoro są Polacy jakże często postrzegani
przez Francuzów jako niespokojne dusze i nieuleczalni wy
wrotowcy...
Montparnasse
Na Montparnasse znalazłem się. po raz. pierwszy ciemną nocą
zawieziony przez przyjaciół do kawiurni-restauracji
„La Cou
pole". La Coupole znaczy „kopuła",
ale żadnej kopuły tam
wtedy nie dostrzegłem. Wiedziałem, że w tej dzielnicy mieszkali
malarze, ale nie znałem, czy raczej nie czułem jeszcze wtedy
legendy Montparnasse'u.
A tym bardziej
legendy tego
miejsca. Poprzecinana regularnie filarami, wielka
rozświetlona
sala wydala mi się wtedy wyspą.
Wiele lat później okazało się. że nie tylko ja miałem podobne
skojarzenia. Franęoise Płanioie w sześćdziesięciolecie
tej „in
stytucji" napisała, że ,,«La Coupole» jest wyspą w samym
sndku wód terytorialnych,
należących do tych wszystkich, co
"talują, myślą, rzeźbią i piszą, niezależnie
od tego, skąd
Pochodzą". Pisarka zaznacza, że tak było w roku otwarcia
lokalu - /927, i natychmiast stwierdza z całą pewnością, że tak
jMJ do dziś dnia, że wciąż spotkać tu można
intelektualistów
' orty stów z całego świata. Niektórzy mają stałe godziny.
• * których przychodzą do „La Coupole'', inni wpadają tu mniej
tyularnie. Nie należy bynajmniej sądzić, że kawiarnia stalą się
<>istym muzeum figur woskowych,
w których
zatopiono
P <ebrzmiałe lata cudzej chwały. „La Coupole". nie waha się
ierdzić Planiole, wciąż gości więcej talentu niż inna kopuła, ta
!w
r
pod którą zbierają się członkowie Akademii Francuskiej.
„No,
ale cóż, w Akademii sporządza się słownik
francuszczyzny,
a w «La Coupole» redaguje książkę telefoniczną
przechodzą
cych
geniuszów''.
Knajpę, która miała się szybko stać najsłynniejszym
miej
scem spotkań artystycznych - co dodaje glorii - i wszelkich
randek - co dodaje smaku i pozwala wyżyć
właścicielom
- otworzyli na kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1927 roku
dwaj Owerniacy, panowie Fraux i Lafon. Wcześniej
byli
dzierżawcami
sąsiedniej kawiarni-restauracji,
„le Dome" (co
też znaczy kopuła, tylko że widziana od środka). Gdy właściciel
odmówił im przedłożenia
kontraktu, kupili budę, w której
sprzedawano węgiel i drewno na opał. To wspomnienie dawać
musiało dużo ciepła, bo bardzo szybko do ,,La
Coupole"
przenieśli się klienci przesiadujący
dotychczas w sąsiednich
lokalach - „Le Dóme" i „La Rotonde".
Filary dzielące ogromną salę (chciałoby się powiedzieć
halę
- „La Coupole'' ze swymi czterystu pięćdziesięcioma
miejscami
to największa restauracja we Francji) - wymalowało
trzydziestu
malarzy. Historia milczy, czy w ten sposób spłacili kredyt za
zalegle konsumpcje w „Le Dóme".
czy szło im na konto
przyszłych pijatyk w „La Coupole".
Pijatyki zdarzały się tu
w każdym razie ogromne już. od pierwszej inauguracyjnej nocy,
kiedy to panowie Aragon, Cendrars,
Cocteau i Man Ray
zaczadzili się do tego stopnia, że wezwano policję, która ich
wyprowadziła. Bez. urazy. Na drugi dzień - znaczy
wieczór-byli
już z powrotem.
Bo na „La Coupole" obrażać się nie sposób i wracać do niej
trzeba. To o niej myślał z całą pewnością Majakowski, gdy pisał.
Że choć „mówi się zawsze, że wszystkie drogi prowadzą
do
Rzymu, Montparnasczyk nigdy tego nie powie".
Do „La Coupole"
wracał zarówno Simenon, jak i jego
literackie dziecko, komisarz. Maigrct, który tutaj, i to w dwóch
powieściach,
odnalazł
zubójców,
posilając
się przy okazji
porcją chrupiących frytek. Simenon, pisarz belgijski,
którego
dzieło zachwyca bardziej opisem Paryża, jego
mieszkańców,
knajp i potraw, niż. mistrzostwem plątaniu intrygi
policyjnej,
włóczył się w latach dwudziestych po Montparnasse,
każdą
książkę podpisując
innym pseudonimem. 1 tutaj właśnie się
rozpił, a to dlatego, że w „La Coupole".
jak pisał we
wspomnieniach, pijaństwo
było modne: ostro pili wszyscy
malarze z wyjątkiem
Vlamincka, i zaczynano już
podziwiać
Hemingwaya i Steinbecka, którzy pili jeszcze więcej. Być może
aluzją do międzynarodowej
atmosfery miejsca jest to. że
morderca, złapany przez Maigreta
w barze „La
Coupole"
nazywa się Radek.
Bar, zwany amerykańskim,
to bardzo specyficzna część „La
Coupole", jakby eksterytorialna i pozaklasowa. Bo „La Coupo
le '', jak społeczeństwo, jest zhierarchizowana i podzielona na
klasy. Taras oraz jedna aleja pozostawione zostały
tałatajstwu
nie mającemu
grosza i długie godziny spędzającemu
przy
jednym piwie, albo zgoła przy kawie, jeśli w kieszeni już całkiem
sucho.
To oczekiwanie urozmaica sobie człowiek pilną
obserwacją
wejścia, w którym co jakiś czas pokazują się
najpiękniejsze
dziewczyny świata. Towarzyszą im na ogół eleganccy panowie,
którzy wiodą je w głąb sali, tam gdzie stoły pokryte są białymi,
płóciennymi obrusami. (To jest najwyższa klasa „La Coupole",
w średniej jada się na papierowych serwetach). Wiodci powoli
i dumnie rozglądając się dookoła, sprawdzając wrażenie, jakie
robią eskortowane przez nich, boskie kreatury. Gdybyśmy byli
w Londynie, wszyscy mężczyźni natychmiast zaczęliby nosami
drapać blaty stolików, zasłaniać się gazetą i zezować w tej
niewygodnej pozycji, w przekonaniu, że nikt nie wie co robią, i że
pozostają dla otoczenia wcieleniem angielskiej flegmy. We Wło
szech męska połowa (czyli na ogół trzy czwarte) sali podniosłaby
się z miejsc, krzycząc mamma mia i gwiżdżąc na palcach.
We Francji obyczaje są inne. Wszyscy patrzą na piękne
kobiety nie ukrywając
podziwu, ale nie afiszując
również
155
nadmiernego podniecenia. A panie odbierają
to jako hold
składany ich osobistej urodzie i wyraz szacunku dla płci pięknej
w ogólności.
I my mamy prawo do złożenia wyrazów tego abstrakcyjnego
szacunku, choćby z tego powodu, że nie mamy na następne piwo.
Co również wyjaśnia, dlaczego wejście do knajpy, w której
przebywamy, nie tylko ze względu na obecność pięknych kobiet
obserwujemy.
Obserwujemy je przede wszystkim dlatego, że w drzwiach
pojawi się może przyjaciel,
kolega, znajomy, który
następne
piwo postawi, a może być i co więcej.
Do dziś dnia zdarza się bowiem na Montparnasse, a w ,,La
Coupole"
w szczególności,
że wchodzi tu ktoś, kto jeszcze
wczoraj, z beznadzieją
równej naszej, czekał na postawienie
następnego piwa albo chociaż na zapłacenie z.a tę najtańszą
kawę. Wchodzi w zupełnie innej roli. Chociażby właśnie tego
pana wprowadzającego
jedną z. najpiękniejszych
dziewczyn
świata. Dlatego, że zanim tu wszedł przyszło właśnie oczekiwane
zamówienie
(oczekiwane, bo wszyscy artyści czekają)
albo
ważna wystawa, czy też zakup płótna za niespodziewuną
cenę.
I wtedy działa jak magnes na tych, którzy pozostają
jeszcze
w jego wczorajszej roli. Siedzącemu pod tarasem koledze może
zapłacić za piwo i zamówić następne. Może też. zaprosić na
obiad - czyli bardzo późną kolację. Tworzy się wokół niego
wianuszek admiratorów i kelnerzy rozpoznają tych, co należą do
tej grupy. Bo w funkcji rozmiarów sukcesu admiratorzy stają się
klientelą i wielkie uczty mogą powtarzać się co noc. Tak długo,
aż skończy się forsa, albo gdy rozmiar sukcesu okazuje się tak
trwały, że w pewnym momencie zmienia wymiar wybrańca losu
i oddala go od paczki tych, którzy mają tylko wielką
przyszłość.
..La Coupole". jak już wspomnieliśmy,
to najmłodsza z pira
mid Montparnasse'u.
Pierwsza bvla ..Closerie des
Lilas",
której początki giną w mroku dziejów, usytuowanym po przeciw
nej stronie bulwaru Montparnasse, gdzie obecnie mieści się
restauracja. Naz.wę zawdzięcz.a kilku krzakom bzu (lila), zasa
dzonym dookoła, przez co jest do dziś jedną z. restauracji,
o których logiczni Francuzi mówki ż.e mają ogródek
(choć
niektórzy też go standardowo nazywają
tarasem).
przedłużył
i na drugi dzień całą bandą odprowadzili
pana
Henriego
na drugi koniec Paryża. Montparnasse
- pisał
Apollinaire - wydal się im miejscem o wiele mniej skomercjali
zowanym od Montmartre'u, oszczędzonym
przez
spekulantów
i promotorów
nieruchomości.
Artystyczni „emigranci"
z Montmartre'u
spotkali się na
Montparnasse z grupą przybyszy Z Europy Wschodniej. Byli
wśród nich tacy twórcy, jak Chagall, Soutine i Makowski, który
do Paryża przeprowadził
się w tymże roku 1908 i natychmiast
stał się bywalcem „La Rotonde",
położonej
naprzeciwko
wspomnianej już restauracji
„Le Dome". Jak
wspominał
Apollinaire,
do „La Rotonde" najpierw zaczęli
przychodzić
Słowianie, podczas gdy Niemcy woleli wtedy knajpę bardziej
elegancką, jaką był „Le Dóme". „Żydzi bez różnicy chodzili do
jednej i do drugiej"
- zanotował autor Cycków
Terezjasza
- Polak z pochodzenia, Francuz, z. języka, któremu
pomiędzy
arystokratycznych przodków też się coś koszernego
wmieszało.
Choć,, Closerie des Lilas'' opisywał Hemingway i chodzą tam
Ludzie dobrej woli Jules'a Romain, w literaturze
pozostała
przede wszystkim „La Rotonde". Pozostała w Kobiecie siedzą
cej Apollinaire 'a, tak samo jak w wierszach Cendrarsa, w książ
kach Giraudoux, u Jean Cocteau. U mało znanych za granicą
pisarzy francuskich
i mało znanych we Francji pisarzy za
granicznych. To tutaj właśnie rozwijała się kariera malarska
Lejzorka Rojtszwańca - Ilia Erenburg przychodził do ,,Rotondy" z. Zadkinem i Eisensteinem.
Choć był wtedy jeszcze
pisarzem, co udowodnił właśnie w Przygodach Lejzorka, to już
wówczas nadmiernie chłostał okrutny kapitalizm, opisując jak
jego bohatera brutalnie wyrzucono z lokalu za brak gotówki na
uiszczenie rachunku.
..Closerie"
zaczęła być modna i artystyczna pod koniec
poprzedniego wieku - bywali tu Zola i jego przyjaciel
Cizanne.
opisywali ją bracia Goncourt - po czym triumfalnie
wkroczyła
w dwudzieste stulecie. Wraz z jego przyszłymi
bohaterami.
Często mało artystycznymi. Między dwiema wojnami świato
wymi, w książce Paris Vecu, czasy te wspominał pierwszy prez.es
Akademii Goncourt ów, Leon Daudet:
,,Klientela składała się ze studentów, mieszczan z sąsiedztwa
oraz Z. rosyjskich rewolucjonistów,
którzy przy stoliku stojącym
na uboczu, z minami konspiratorów
rozmawiali szeptem. Jeden
Z nich, łysy, z kałmucką gębą, rzucał się w oczy Z powodu
błysków w ponurym spojrzeniu. To był Lenin. Rozpoznaliśmy go
później na portretach. Jakież, zadziwiające przeznaczenie, które
spowodowało,
że tego nędznego człowieczka,
podobnego do
drżącego robaka, wielka burza wyniosła na tron carów."
W ,,Closerie des Lilas" bywał podobno również Trocki, ale
niewykluczone, że jest to wspomnienie apokryficzne. Z całą
pewnością natomiast lokal był sztabem generalnym
surrealistów. Świadczy o tym - między innymi - wygrawerowane na
metalowej płytce nazwisko Andre Bretona, „papieża''
surrealistów. Te metalowe tabliczki, przyśrubowane
do stołów, przy
których siadywali sławni klienci, to jakby telegramy z. wielkiej
historii, główna specjalność zakładu, o którego
teraźniejszości
przywykło się mówić źle. Picasso, Bracpie, Jules Remain, Blaise
Cendrars. O Hemingwayu była już mowa, Steinbeck... kolejna
,,książka telefoniczna, przechodzących
geniuszów".
Właściciel „La Rotonde", Libion, na swej restauracji zrobił
ogromną fortunę, ale krwiopijcą nie był. Przeciwnie. W wielu
pamiętnikach
zachowały
się wspomnienia o tym, jak „nie
zauważał"
w rachunku paru rogalików i kawy, jeśli sądził, ż.c
artysta nie ma czym zapłacić. Oberżysta twierdził, że odbija
sobie na bogatych Amerykanach i Skandynawach,
ale-jakpisze
Robert Courtine w Życiu Paryskim - nawet tym pożyczał.
Po I wojnie światowej, w okresie największego rozkwitu, „La
Rotonde" swą atmosferą przyciągała
intelektualistów
i turys
tów z całego świata, kandydatów
na malarzy, tak samo jak
kandydatów
na mecenasów.
Ta kosmopolityczna
atmosfera
drażniła porządnych
Francuzów.
W sierpniu 1924 Georges
Savoie pisał o „Rotondzie"
w monarchistycznej
gazecie
,,1'Action Francaise":
„Tu się instaluje swe wady i perwersje, swe pasje i manie; tu
zrywa się jarzmo przymusu, ograniczeń i konwencji. I nikt na to
nie zwraca uwagi w tej chorobliwej wspólnocie
amoralności."
W tym opisie musi być sporo prawdy. Giraudox, wielbiciel
i bywalec „La Rotonde"
widział ją dosyć podobnie, tylko
wnioski z tego widoku inne wyciągał:
„Nie sądzę, by w jednym życiu można było dwa razy poznać
podobną atmosferę: sztuczną, to prawda, wymuszoną grzeszno,,
ale przecież jakże podniecającą
i będącą zapowiedzią długich
lat malarstwa, literatury i poezji, które na nas oczekiwały,"
W tym świecie elektrycznej muzyki modernizmu (nie wspomi
namy o futurystach, dada, letrystach i innych awangardach
literackich,
których wodzowie nu Montparnasse przegadali
wszystkie przyszłe rewolucje społeczne, filozoficzne i techno
logiczne) na pozór niewiele miejsca jest dla gastronomu
a nawet dla zwykłego jedzenia. To miejsce zajmują
najstraszl' '
sze narkotyki, co nieraz sugerowali potępiacze kosmopolityc*
nego zepsucia. W rzeczywistości nawet adepci kokainy i konsu
menci peyotlu lubili sobie pojeść - niektórzy dobrze, niektórzy
dużo, a niektórzy dobrze, ale za to dużo.
Francuska awangarda odkryła „Closerie des Lilas'' i Mont
parnasse trochę przypadkiem. W tej dzielnicy mieszkał uwiel
biany przez kubistów celnik Rousseau. W roku 1908. pod batutą
Apollinaire'a,
artyści mieszkający w Bateau Lavoir na Montmartre, urządzili wielki bankiet na cześć geniusza. Bankiet się
Vlaminck opowiadał,
że ulubioną rozrywką
Apollinaire'fl
były konkursy obżarstwa.
Wchodzili we trójkę (trzecim Wj
De rain) do knajpy i zamawiali wszystkie dania z karty po W * *
- od przystawek do deserów i owoców i - jeśli nikt nie spasow
- znów zaczynali od początku. Ten kto pierwszy wysiadł placu -
156
w
wszystkich. Wielki malarz przypomina sobie, jak wytrzymał po
raz. drugi do drugiego dania - a to dlatego, że nie miał dosyć
pieniędzy.
Chagall w tym okresie głównie śledzia zagryzał
ogórkiem:
zaproszony na obiad przez. Apollinaire'a
nie mógł
wyjść
z podziwu dla nie podejrzewanej przez siebie
wspaniałości
francuskiej kuchni. ,,La Rotonde", gdzie artyści pili na kredyt,
szczyciła sie kuchnią wykwintną
i finezyjną.
W roku 1925
figuruje w przewodniku Paryż Smakoszy. Jednak jej bywalców,
czyli niemal domowników,
rzadko tylko stać było na posiłek.
Żywili się w pobliskiej cremerie, czyli sklepie z nabiałem, gdzie
właścicielka przygotowywała
skromne dania ,,na wynos'', które
spożywali na miejscu. Innym rozwiązaniem było istniejące od lat
siedemdziesiątych
,,Foyer des artistes"
(stołówka
artystów),
założone przez. Marię Wasiliewą. Przed rewolucją
przychodził
tu Władimir Iłjicz, ,,Miał on jednak przykry zwyczaj wskakiwa
nia na stół, skąd wygłaszał
wywrotowe przemówienia,
co
zmusiło gospodynię
do wyrzucenia go za pomocą
miotły
-policja
wszak czuwała".
Pani Wasiliewą zasłynęła
również
: lego. żc pisywała listy do papieża na papierze firmowym ..La
Denne''.
I cóż nam zostało z tych lat'.' Cóż. oprócz, wspomnień i kilku
zdjęć z. epoki na ścianach tegoż. „Le Dóme", nie do poznania
przemalowanego i przemeblowanego?
Myślę, że wszystko zostało jak było. Mam nadzieję,
że
jutrzejszy Lenin nie przychodzi do dzisiejszej „La
Coupole".
Pamiętam jednak doskonale jak kiedyś wszedłem tam z Paco
lbanez.em, hiszpańskim pieśniarzem, przyjacielem Ewy Demar
czyk. Na tarasie siedział jego brat. aktor Roger
Ibanez,
w towarzystwie przystojnego mężczyzny, który coś perorował po
hiszpańsku, podkreślajcie swe słowa zamaszystymi ruchami rąk.
Młody człowiek miał na imię Felippe. Spotkałem go jeszcze kilka
razy na Montparnasse w tym samym towarzystwie. A kilka lat
później, podobnie jak zdarzyło się Leonowi Daudet z Leninem
(niczego oczywiście nic porównuję
i nie insynuuję),
rozpo
znałem go na zdjęciu jako hiszpańskiego
premiera.
W „lxi Coupole'', o północy, pierwszy raz zobaczyłem z bliska
sardoniczny uśmiech Rolanda Topora. Niedawno o tej samej
porze i przy tym samym stoliku siedział Woody Allen, który do
Paryża przyjechał z okazji premiery Strzałów na Broadwayu.
Ostatnio wybrałem się do „La Coupole" na
popołudniową
kawę z paryskim poetą i malarzem Stanem
Wieżniakiem.
teoretykiem i praktykiem automatyki - wynalezionego przez
siebie kierunku w sztuce, życiu i filozofii. Poznał go stary kelner,
a że o tej porze było pustawo, więc stanął przy naszym stoliku, by
ponarzekać na złe czasy, na upadek świata. Montparnasse 'u
i „La Coupole".
Wszyscy wielcy klienci umarli - skarżył sę
- pan Sartre i pani de Beauvoir. pan Bunuel i Simenon. Stan
przyznawał mu rację, skromnie zapominajcie o sobie. A ja
patrzyłem dookoła i zauważyłem
najbardziej dziś we Francji
mediatycznego filozofa i pisarza, Bernarda-Henry
Leviego. A co
ważniejsze, wiedziałem bez. cienia wątpliwości, że osiemnastolatka w ciemnym męskim płaszczu to przyszła łsabelle
Adjani,
zas chłopiec, z którym pije piwo zaćmi niedługo sławą Yves
Montanda (któty na Montparnasse przychodził bardzo rzadko).
„Paryż - napisał na Montparnasse Ernest Hemingway - jest
niezbędną częścią edukacji człowieka. Paryż jest jak kochanka,
która się nie starzeje''.
Przecinamy skrzyżowanie bulwarów i prawoskos wchodzimy
ulicę de la Grande Chaumiere. Mieściła ona w początkach
•teku aż trzy (!) uczelnie malarskie. W najstarszej - Akademii
Colarossi (nr 10.) wykładali Rodin, Whistler i Guerin; w Akade
mii Grande Chaumiere: Bourdellc i Boutct de Monvel; w La
^allettc wreszcie: Chagall, Roger de la Fresnaye i jego młodzi
.. 'systenci. Akademie te miały wcale wysoki poziom, były też
*zględnie tanie. Dwudziestominutowa lekcja rysunku kosz
towała pół franka, godzina - franka i dwadzieścia pięć centymów (dla porównania jedna doba w maleńkich, zaplusk; clonych pokoikach okolicznych hoteli kosztowała franków 30).
w
Istnienie aż trzech Akademii spowodowało logicznie niewy
czerpany niemal, popyt na modelki. Były to dziewczyny nie
zawsze najcięższych obyczajów zwabione nie tyle perspektywą
pieniędzy (zarobki były marne), ile wejścia w esktrawaganckie
i barwne środowisko. Jakoż i wiele z nich zrobiło głośne,
bardziej zresztą erotyczne, niż matrymonialne kariery. Gruba
Wenus - Rosalia Tobia, eks-kochanka Fernanand Legera
otworzyła przy Campagne Premiere jadłodajnię dla artystów,
w której sute spaghetti kosztowało zaledwie dwa franki,
a można było też zamawiać połowę i nawet jedną czwartą porcji.
Nic dziwnego, że Max Jacob zwał j ą „Najstrawniejszą z tutej
szych muz".
Oddalając się ulicami de la Grande Chaumiere i Notre Dame
des Champs od centrum Montparnasse niepostrzeżenie z krainy
symbolistów, impresjonistów i Szkoły Paryskiej wkraczamy
w domenę surrealistów. Jeszcze pod nr. 70. bis Notre Dame des
Champs jesteśmy pod siedzibą Emila Bayard - symbolisty.
ilustratora książek Alfonsa Daudet i Juliusza Vernego. Ale j u ż
dwieście metrów dalej i oto stoimy na progu „Closerie des
L i l a s " - kawiarni, która była surrealistów stolicą i bastionem.
Pewnego razu (jesteśmy w przededniu I wojny światowej)
pani Rachildc, ogólnie poważana autorka ckliwych romansów,
stwierdziła w ,,Closerie'' ,iż „Francuzki nie powinny wychodzić
za N i e m c ó w ' ' .Natychmiast wstał Andre Breton i zwrócił uwagę
obecnych, żc obraziła paniusia jego przyjaciela Маха Ernsta
najzupełniej germańskiego pochodzenia, nie omieszkając przy
tym dorzucić, że ta „czcigodna osoba zanudza nas od dwudzies
tu pięciu lat, ale nikt nie ma odwagi jej tego p o w i e d z i e ć " . D a m a
zapiszczała. , , - N i e traktuje się w ten sposób kobiety! Co za brak
galanterii" - krzyczał Saint Pol Roux. „ W dupie mamy
galanterię! "Breton wybił szyby, a Philippe Soupault uwiesił się
na karniszach od firanek. - „Precz z Niemcami!" - krzyczał
Max Ernst, na co natychmiast odpowiedział mu Michel Lciris
grzmiącym hasłem: „Precz z Francuzami!". W międzyczasie
wywrócono stoły i zdemolowano bar. Wezwana wreszcie
policja boleśnie spałowała Leirisa (trzy tygodnie zwolnienia
lekarskiego), solidaryzując się jednocześnie w pełni z nie
posiadającym karty pobytu Ernstem. Rzec by można, że
surrealizm zatriumfował...
W latach dwudziestych pojawiają się w „Closerie de Lilas"
Ernest Hemingway i Henry Miller. Ten pierwszy - młody
jeszcze, ale już wyniosły macho, usiłujący opowiedzieć swoje
życie w kategoriach: „kogom nie zerżnął, czegom nie d o k o n a ł ' ' ;
ten drugi - e t n o l o g i c z n ą mający prawie wrażliwość, zapatrzony
w absurd otaczającego go na rogu bulwaru Montparnasse i Saint
Michel wybujałego świata. Ten drugi pozostawił po sobie (a
może o sobie i o paryskich dziewczynach tej epoki) dwa
cudowne wspomnienia: Zwrotnik Raka i Zwrotnik Koziorożca;
oba utwory ukazały się najpierw w Paryżu, pierwszy w roku
1931. drugi w 1939, kiedy powrócił już do USA; i są do dzisiaj
czarującym świadectwem czasu i miejsca: „Closerie des Lilas''.
Hemingway wyjechał natomiast rozczarowany. Mógł zapewne
napisać sagę o Montparnasse i swoich na nim przewagach; cóż
jednak zrobić, gdy za dużo było wiarygodnych świadków. Na
biednego jednak nie trafiło. Odkuł się pisząc, co mu ślina na
język przyniosła o wojnie hiszpańskiej, o corridzie i polowa
niach w Kenii. „Król p o e t ó w " z Montparnasse - Paul F o r t - t a k ą
miał o Hemingway'u opowiedzieć anegdotkę: „Lubi jaja sadzo
ne, gdyż wydaje mu się, że to jaja byka. którego właśnie
pokonał. Zresztą, lubi jaja, gdyż każdy tęskni za tym, czego mu
brakuje. A gdy brakuje komuś istoty swego ducha, wtedy
- trudno zaprzeczyć - jest się nicością; w warunkach zaś
towarzystkich - nudziarzem. Nic więcej nie mam do powiedze
nia o tym panu z A m e r y k i . . . " N a p r a w d ę nie było w tym cienia
szowinizmu i antyamerykanizmu. T o ż do gruntu internacjonal
ny - rosyjski, polski, żydowski, japoński, niemiecki, murzyński
był Montparnase tamtych lat. Po prostu - i za to się go kocha
- nie było w nim strachu krytyki, ani magii dolara, ani lęku
potępienia - i taki mógł być świat. Choć chwila długo nie trwa...
757
