-
extracted text
-
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
1.
ETNO LO G W PODRÓŻY (6)
N
a eweńskie sanie trzeba wskakiwać szybko,
najczęściej w biegu, zwłaszcza jeśli jedzie się
w zbiorowym zaprzęgu, w którym powiąza
nych jest jeden za drugim kilka pojazdów i tyleż ciąg
nących je par reniferów. Te ruszają z kopyta
i w mgnieniu oka można znaleźć się pod ich nogami,
a potem pod płozami sań. Wprawdzie reny to zwierzę
ta skoczne i w biegu zadziwiająco lekkie, ale też impul
sywne, trudno poddające się kierowaniu. Nierzadko
jadący musi najpierw przebiec obok nich kilkaset me
trów, by wdrożyły się do truchtu w określonym kierun
ku, podczas gdy one uparcie zawracają, chcąc wrócić
do stada, z którego zostały odłowione. Sztukę szcze
gólnie narowistą trzeba tego oduczać, waląc ją z całej
siły kułakiem w pokrytą długim włosem klatkę piersio
wą. Najbardziej oporne są osobniki mieszanego, dziko-domowego pochodzenia. Jesienią, w czasie rui, zdarza
się, że do samic z wypasanego stada podchodzi dziki
samiec z tajgi. Z zostawionego przezeń potomka poży
tek będzie niewielki: nie chce chodzić w zaprzęgu,
ucieka na swobodę. Zresztą takie powroty do natury
zdarzają się też osobnikom niby to oswojonym. Stado
jest w ciągłej fluktuacji, bo renifery to w gruncie rze
czy zwierzęta nie do końca udomowione. Przez noc
pasą się w tajdze, w ciągu dnia są dwu- lub trzykrotnie
przyganiane na krótko w pobliże obozowiska, by unik
nąć zupełnego ich rozproszenia i pogubienia. Ich zwią
zek z człowiekiem jest ostatnio jeszcze słabszy, niż był
dotąd. Otóż prawie wcale się ich nie doi, choćby z bra
ku kobiet w pasterskiej brygadzie, złożonej z samych
tylko młodych mężczyzn, podczas gdy kobiety, dzieci
i starsi żyją w osadzie odległej o kilkadziesiąt lub kilka
set kilometrów od stada i jego koczowisk. Nic zatem
dziwnego, że warstwa udomowienia, cywilizacji jest
dziś na renach szczególnie cienka. Pytanie, czy to sa
mo w jakiejś mierze nie odnosi się również do ludzi.
Kontakt eweńskich pasterzy z kulturą jest ponie
kąd okresowy. To, co odbywa się w tajdze, przy sta
dzie, można nazwać gołą egzystencją. Przebiega ona
w grupie kilku mężczyzn, kiedyś stanowiących bryga
dę. Dziś w miejsce tej starej, po komunistycznemu bo
jowej nazwy weszła zresztą nowa, przyjęta w „Unitar
nym Przedsiębiorstwie Państwowym” (tak prze
chrzczono większość dawnych sowchozów): podsta
wowa grupa wraz ze zwierzętami nazywa się jeszcze do
sadniej - stado.
Stado siódme, w którym jesteśmy, to niespełna
trzysta reniferów, brygadier - czterdziestolatek Stiepan - i trzej młodzi, dwudziestoparoletni: Kola, Anton
i Timur. Czasem któryś pójdzie w tajgę na polowanie
na dzikiego rena - mięsa starczy na tydzień, nie trzeba
będzie zabijać sztuki ze stada. Mieszkają w brezento
wej pałatce, która wyparła już wszędzie dawny, kryty
skórą namiot - czum. W niej śpią, gotują i jedzą, wy-
J E R Z Y S. W A S I L E W S K I
Smutek Arktyki
w masce święta,
w szamańskim
kostiumie
konują drobne prace gospodarcze i naprawcze, słucha
ją radia, grają w karty - tej listy aktywności nie da się
zanadto przedłużyć. Czasem któryś zagada coś do po
zostałych w zborsuczonym rosyjskim (Kola nie mówi
po eweńsku, bo ma ojca „Gruzina” - w ten delikatny
sposób daje się do zrozumienia, że spłodził go jakiś nie
zupełnie zidentyfikowany przyjezdny). Wieczorami
można się wzajemnie postraszyć opowieściami o niedź
wiedziu, który potrafi dokonywać przerażających ata
ków nawet na ludzi przy domowym ogniu.
W niektórych takich obozowiskach jest jeszcze
etatowa czumrabotnica —gospodyni-kucharka, jedyna
kobieta w tym towarzystwie. Wszystkie inne, młode
i stare, żyją w osadzie. Są przy dzieciach, niektóre
pracują w administracji albo w szkole, inne prowadzą
jakiś sklepik, łapią się dodatkowych prac, na przy
kład uszyją komuś unty, zimowe buty ze skóry zdjętej
z goleni łosia lub renifera, części najbardziej odpornej
na wilgoć.
Takie buty nie są tanie: latem trzeba za nie dać
dziewięć tysięcy rubli, czyli ok. tysiąca złotych, a kto
się spóźni z zamówieniem, ten zimą zapłaci i dwana
ście tysięcy, przyciśnięty koniecznością. Od stycznia
do początków marca mrozy będą dochodzić do minus
sześćdziesięciu stopni i tylko w miejscowym obuwiu da
się wytrzymać. Mogą to być też filcowe walonki albo
prawdziwie myśliwskie torbaza, nader wygodne, bo
luźne i miękkie, nie tylko miękkością wyprawionej na
zamsz skóry, ale i zostawionym na niej futrem, stano
wiącym wnętrze buta. O ich wartości przekonuję się
w trakcie jazdy w prawie czterdziestostopniowym mro
zie połowy marca. W moim markowym obuwiu alpini
stycznym, mimo dwóch par grubych skarpet (a może
właśnie z ich winy - krew w tak ściśniętej stopie ma
utrudnione krążenie) wytrzymuję tylko cztery godziny,
po czym muszę ratować się przed odmrożeniem, zmie
niając je na unty.
Sanie Ewenów są niższe niż ich pobratymców
Ewenków, więc siedzi się blisko ziemi, z lewą nogą wy
ciągniętą przed siebie, podczas gdy prawa, opuszczona
z niedbałym szykiem, spoczywa na płozie, by w razie
5
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODROŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
2.
potrzeby stabilizować pojazd albo hamować. Trzeba
tylko uważać, by nie trafiła między kamienie czy gałę
zie. Saniom nic się nie stanie - mają niezbędną gięt
kość, którą zapewniają im rzemienie, łączące ze sobą
również elastyczne brzozowe pręty oraz deski wymosz
czonego skórami siedzenia.
Reny, nie zwalniając tempa, przeskakują ponad
zawałami - wywróconymi w czasie wiosennych powo
dzi drzewami, które wmarzły w lód i teraz tarasują
drogę. Naszym traktem jest bowiem rzeka zamarznię
ta do dna, co umożliwia komunikację. To paradoks
Syberii: siarczyste mrozy i śniegi, gdzie indziej będące
przeszkodą w transporcie, tu umożliwiają łączność.
Ogromne obszary są podmokłe i błotniste, bo leżą na
wiecznej zmarzlinie, a te na niżu mają do tego nie
wielki stopień nachylenia. Dlatego latem są z reguły
nieprzejezdne - nawet wierzchowy renifer pod prymi
tywnym, niepewnym siodłem nie gwarantuje długo
dystansowego transportu: zbyt często zdarzają się
upadki z jego grzbietu w błoto. Jako że pomniejsze
rzeczki są zbyt płytkie dla łodzi, trzeba czekać, aż za
marzną, tworząc zimniki, którymi będzie mógł ruszyć
cięższy transport. Wielkie, takie jak Lena, stają się na
czas od listopada do maja szlakami i mostami dla naj
cięższych maszyn oraz lotniskami dla samolotów. 20,
30, 40 ton - kolejne komunikaty określają dopusz
czalne obciążenie lodowej pokrywy, jesienią w po
rządku rosnącym, na wiosnę w malejącym. Ale dwa
okresy pośrednie, ledostaw i ledochod, kiedy to lód jest
jeszcze zbyt słaby lub już niepewny, a kry wykluczają
użycie łodzi i promów, oznaczają zupełne przecięcie
komunikacyjnych arterii na wiele tygodni.
Do siódmego stada jechaliśmy najpierw po lodowej
tafli Tompo (dopływu Ałdanu, który z kolei wpada do
Leny), w górę rzeki, by wkrótce skręcić w jej dopływ
Sach, a potem jeszcze w głąb potoku Chułania. Rzeki
te wiją się wśród szczytów Gór Wierchojańskich, któ
re teraz, w marcu, wyglądają jak osypane cukrem,
z powtykanymi w środkowych partiach zapałkami
drzew, przechodzącymi u podnóży w gęstszą, burą
szczecinę tajgi. Jej prawie wyłącznie modrzewiowy
drzewostan jest o tej porze roku praktycznie bezbarw
ny, koloru nie dodają też nadbrzeżne smugi topoli
i wierzby koreańskiej, na której łuszczą się krótkie, wy
schłe na wiór paski kory.
Punktem wyjścia była osada Topolinoje, położo
na w połowie odległości między Leną a Kołymą, dwa
dni drogi od Jakucka - siedemset kilometrów, z cze
go większość po dobrze przeprowadzonym, gładkim
w zimie jak stół magadańskim trakcie. Budowali go
w latach czterdziestych więźniowie GUŁagu, wyście
łając nie tylko modrzewiem, ale i swymi martwymi
ciałami; resztki otoczonych drutem kolczastym bara
ków bez skrępowania znaczą tę drogę do dziś. Łagro
wy rodowód to grzech pierworodny większości tutej
szych osad.
„Smutek Arktyki”, to oczywiście formuła zapoży
czona, i to podwójnie: tytuł klasycznej pozycji strukturalizmu sprzed półwiecza w ten właśnie sposób prze
tworzył przed laty profesor Dynowski, zbierający się
stale i bezskutecznie do spisania wspomnień ze swych
młodzieńczych podróży po Syberii, Dalekim Wscho
dzie i Północy. Bo syberyjska Północ już w tamtych
czasach, przed stu laty, robiła na przybyszu przygnębia
jące wrażenie. Beznadzieja egzystencji w żałosnych,
oddalonych od świata osadach, pijaństwo mężczyzn
i apatia kobiet, na próżno wypatrujących kandydata
na męża - niechby i przelotnego - wśród rzadkich
przybyszów, kupców czy marynarzy, uzupełniających
ograniczoną lokalną pulę kandydatów, co dałoby
szansę wyjścia poza chów wsobny (i może jakieś bły
skotki, podarki, jeśli na rzecz patrzeć nie w katego
riach interesów gatunkowych, genetycznych, lecz
osobniczych, ekonomicznych).
Dzisiaj role się poniekąd odwróciły: to mężczyźni
na próżno wypatrują kobiet - kandydatek na żony.
Nastąpiło bolesne rozszczepienie resztek rdzennej kul
tury i lokalnych społeczności na część produkcyjną,
pasterską, męską, koczującą w tajdze i pozaprodukcyj
ną, kobiecą, osiadłą. „A która chciałaby tu przyjść
i żyć w pałatce?” - odpowiada retorycznym pytaniem
Anton, kiedy pytam go o perspektywy żeniaczki. No
tak, one mieszkają w osadzie niewielkiej wprawdzie,
ale noszącej w oficjalnej nomenklaturze miano „typu
miejskiego”, z takimi jego wykładnikami jak kilka blo
ków mieszkalnych, drewnianych, ale piętrowych, nie
dość że z bieżącą wodą (leci wszędzie z kranów przez
całą dobę, bo inaczej zamarzłaby w rurach), to jeszcze
z toaletami w mieszkaniu, co przy tych mrozach ma
niemałe znaczenie.
Usadowione w otwartym miejscu, nad rzeką, na
tle gór, Topolinoje nie razi brzydotą, co może zdziwić,
jeśli widziało się takie połagrowe miasteczka jak
Chandyga czy Batagaj. Tam odnosiłem wrażenie, że
budujący je i żyjący w nich skazańcy nienawidzili tych
miejsc i mszcząc się na nich za swoją tragedię dokła
dali starań, by wyglądały jak najgorzej: zeszpecone
koszmarną infrastrukturą rozpadających się rur i ko
minów, zabłocone i niemożliwie zaśmiecone wszelki
mi odpadkami, po sowiecku byle jakie i zdewastowa
ne. To zresztą jeszcze przedradziecka specyfika. W a
cław Sieroszewski, zesłany do Wierchojańska w la
tach 80. XIX wieku, opisuje w czarnych barwach tę
osadę w autobiograficznej powieści Ucieczka, tyle że
ukrywa ją przez uprzejmość pod nazwą Dżurdżuj.
Można by pomyśleć, że to jakaś fikcja, groteskowa
przesada. Ale kiedy w powieści pada nazwa Morze
Gnoju, jaką zesłańcy obdarzyli wielki staw zajmujący
do dziś centrum osady, to wiem - po ubiegłorocznym
tam pobycie - że czytelnik dostaje najszczerszą praw-
6
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODROŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
dę geograficzną bez żadnego zmyślenia. Okropieństwo, doprowadzające do skrajnej rozpaczy. To tu już
na trzeci dzień po przyjeździe popełnił samobójstwo
młodziutki student z Petersburga skazany za udział
w zamachu na cara. Zostawił list do matki i powiesił
się na Baranuckiej Górze, po drugiej stronie rzeki Jany, co do dziś wspominają mieszkańcy, jakby nieświa
domi tego, że jest to najgorsze w historii świadectwo
wystawione ich małej ojczyźnie.
Topolinoje dopiero niedawno wkroczyło w fazę za
uważalnego kryzysu. Przedtem, za rządów lokalnego
satrapy, stanowiło siedzibę pokazowego sowchozu,
skupiającego eweńskich pasterzy renów. Staraniem
owego wpływowego dyrektora zbudowano tu nawet
kombinat hodowli świń (dziś oczywiście w ruinie), do
którego pasza - produkowana gdzieś w Europie - była
dostarczana helikopterami... Taniej byłoby pewnie
dowozić gotowe obiady z najlepszych kalifornijskich
restauracji, ale przecież nie rachunek ekonomiczny
wtedy decydował. Pasterze mieli za wszelką cenę pro
dukować mięso, którego brakowało dla robotników
w zakładach wydobywających cynę, złoto, diamenty...
Stada reniferów osiągały wielkość nieznaną w prze
szłości i ten nienaturalny stan jest dziś wspominany ja
ko „tradycyjny obraz gospodarowania” !
Obecnie, gdy gigantomania minęła, bo nie ma
środków na jej finansowanie, ci którzy pracowali w jej
chorobliwym ideologicznym czadzie, stracili sens ży
cia. Pasterze są w stanie zupełnej frustracji: na ich pro
dukt nie ma prawdziwego rynkowego zapotrzebowa
nia, skoro amerykańskie kurczaki („nóżki Busha”)
kosztują połowę tego, ile musi kosztować mięso rena,
by jego producent mógł przeżyć. Ta rąbanka nie ma
zresztą dobrej marki u jakuckich gospodyń. A komu
potrzebne są dziś skóry czy rogi? Nawet panty - młode,
ukrwione poroże, przedtem sprzedawane do Chin i na
Zachód z przeznaczeniem farmaceutycznym - nie
znajdują już odbiorcy.
Gdzie widzieć pocieszenie i sens życia? Czym re
kompensować sobie wyrzeczenia i trud bytowania
w skrajnie trudnych warunkach tajgi? Jak zachować
zdrowie psychiczne, żyjąc miesiącami bez kobiet,
w oddaleniu od rodzin - bo helikopter nie przywiezie
już w tajgę dzieci po szkole, jak to bywało w dobrych
czasach. Co może robić chłopak w osadzie pełnej bez
robotnych rówieśników, poza szabaszką —jakąś doryw
czą pracą czy usługą dla sąsiada? Jak bronić młodych
przed alkoholizmem, który doprowadza do tylu no
żowniczych bójek kończących się śmiercią? Jak odwo
dzić od samobójstw młodych ludzi, którzy widzieli w telewizji, w wojsku - zgoła inny świat, i wiedzą, że
nigdy się w nim nie znajdą? Triste Arctique, zaiste.
Czy zatem na naszych oczach odchodzi w niebyt
trwająca od tysięcy lat aktywna symbioza człowieka
i renifera? Może tak, skoro nie uwzględniają jej żela
zne reguły światowej ekonomii, nie ma dla niej miej
sca w systemie skutecznych subsydiów, nie będzie
kontynuacji wiedzy i doświadczenia pasterskiego przy
sztucznym, brygadowym systemie pracy, gdzie rozbity
zostaje przekaz rodzinny i kontakt pokoleń.
No i ta plaga samobójstw. Wiadomo, to problem
całej Arktyki, nie tylko poradzieckiej. Uczestnicząc
w debatach zachodnich antropologów tego obszaru
w ramach projektu Boreas spotykałem się z wyspekulowaną hipotezą, że jednym z czynników ułatwiają
cych decyzję o samobójstwie jest tradycyjna wiara
w reinkarnację; takie opinie bulwersowały mnie, po
nieważ wiem, że było ono zawsze traktowane ze zgro
zą, kończyło się nietypowym, hańbiącym pochów
kiem, samobójca miał przeradzać się w upiora itp.
Tak - myślę teraz - ja to wiem, ale czy wiedzą dzisiej
si młodzi kandydaci na samobójców? Czy mają jakąś
znajomość tych spośród dawnych treści wierzenio
wych (opowieści, obrzędów), które odwodziłyby ich
od strasznego zamiaru? Przecież w głowach zostały
tylko marne ich resztki, może więc mgliste wspomnie
nie wiary w reinkarnację rzeczywiście pozwala im wi
dzieć w samobójstwie nie tylko doraźną ulgę, ale tak
że jakąś nadzieję?
3.
Zadaniem święta jest dostarczanie sensu. Wbrew
realiom, wbrew temu, co widać gołym okiem, ma ono
przekonać, że hodowla reniferów ma przyszłość, że
władze wysoko cenią trud pasterzy, że kultura ludowa
Ewenów ma się dobrze. Kwietniowy Dzień Pasterza
Rena jest typowym świętem biurokracji, bez uzasad
nienia w tradycji, ale przecież ma tę tradycję okresowo
ożywiać. Gospodynie wyciągają więc pochowane stro
je, które imitują dawne. To nic, że większość z nich cienkie skórzane kurtki, zdobione haftem - nie nada
je się na zimę. Nakłada się je dwa razy do roku, na
stępnym razem w czerwcu, w czasie święta narodowe
go, a ściślej republikańskiego, wywodzącego się z jakuckiej tradycji Ysyachu. Renifery też dostaną ozdob
ne, poobszywane koralikami popręgi, czasem z ra
dzieckimi jeszcze symbolami.
Przemówienia, odznaczenia, gratulacje. Zawraca
nie kijem rzeki Tompo: rocznicowe wspominanie dy
rektora - bohatera pracy socjalistycznej, nostalgia za
okresem świetności, gołosłowne napominanie, żeby
utrzymywać ducha tamtej epoki. Wreszcie akcja prze
nosi się z salonów władzy lokalnej na gładką po
wierzchnię zamarzniętej rzeki za osadą, gdzie obok ofi
cjalnej areny każda brygada - teraz już wzmocniona
o kobiety z osady - postawiła swoją pałatkę, w niej
przyjmuje odwiedzających i częstuje ich wszystkim, co
ma najsmaczniejszego. Wczoraj, dziś i jutro występują
w domu kultury amatorskie zespoły pieśni i tańca,
miejscowe i przywiezione z innych ułusów. Pokazują
etniczność odświętną, kostiumową, choreograficzną.
7
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODROŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
Fot. 1 Wyścigi,
Fot. Lech Mróz
Fot. 2 Radzieckie symbole,
Fot. Lech Mróz
Fot. 3 Na saniach,
Fot. Lech Mróz
8
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODROŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
Ostatni prawdziwy szaman eweński, Stiepan Spiridonowicz Kriwoszapkin nie zostawił następcy, ale
przecież natura nie zniesie próżni; Ewenowie z Jakucka przyznali to miejsce pobratymcowi, Ewenkowi
z Nieriungri, Siemionowi Stiepanowiczowi Wasiliewowi znanemu pod imieniem Sawieja. To pewnie rzeczy
wiście ostatni prawdziwy szaman ewenkijski, przynaj
mniej w Jakucji (pamiętajmy, że lud ten, choć o li
czebności nieprzekraczającej kilkunastu tysięcy, żyje
na całym ogromnym obszarze od Jeniseju po Ocean
Spokojny). Zarówno jego asystentka, w średnim wie
ku kobieta o wymownym imieniu Oktiabrina, jak
i uczeń Soduot to Jakuci. Ponoć on sam pytał duchy,
czy są jeszcze w Jakucji szamani, a one odpowiedziały
mu, że jest jedyny. Stosownie do tego utrzymuje się za
potrzebowanie na jego praktyki wróżebne i lecznicze.
Sawiej mieszka na prowincji, ale klientela jest przecież
głównie w stolicy, więc i on, jak Mahomet do góry,
musi czasem przyjechać do Jakucka.
Mamy szczęście. Nasz eweński przyjaciel, etnograf
z Jakucka Anatolij Aleksiejew współpracuje z nim od
dziesięciu lat, pełniąc funkcję organizatora jego wizyt
w mieście. Tak się szczęśliwie składa, że właśnie będzie
się odbywać leczenie. Anatolij ma też nadzieję, że
w trakcie seansu pojawią się tajemnicze ognie, jakie
od kilku lat ujawniają się na fotografiach, które Sawiej
pozwala mu robić w czasie seansu.
Jest późny wieczór, ale jeszcze nie ciemno, bo
w marcu zmrok zapadnie dopiero po dziewiątej. Stary,
parterowy dom przy ulicy Ojuńskiego, jednej z głów
nych ulic Jakucka. Pokrzywiony jak wszystkie tu bu
dynki drewniane od ruchów płytkiej warstwy ziemi na
wiecznej zmarzlinie. Wygódki i szopy na podwórku,
ciasne dwupokojowe mieszkania w budynku. W cho
dzimy przez kuchnię do pokoju stołowego. N a stole
czeka obfity poczęstunek z przywiezionych ze wsi,
z tajgi surowców: wędzone mięso rena, kiełbasy, kon
fitury. Są i ryby w kilku postaciach, głównie nelma
z Kołymy czy Indygirki (pobliska Lena w dobrą rybę
nie obfituje, skażona pewnie nieczystością z kursują
cych po niej statków). Jemy zarówno soloną w dzwon
kach, mniej smaczną, jak i największy przysmak Sybe
rii, stroganinę —kawałki surowej, zamrożonej na kość
ryby, strugane wzdłuż grzbietu w jego najlepszej części.
Szaman musi się najeść, bo czeka go daleka droga,
a my jemy razem z nim, i w odróżnieniu od niego tak
że pijemy - na etykietce ma to napis Zołoto Jakutii. Jest
nas razem 17 osób (ktoś zwraca uwagę, że to dobrze liczba nieparzysta), prawie same kobiety, z których po
łowę stanowią Jakutki, a drugą Rosjanki. Wszystkie
miastowe, a jedna, ta najważniejsza, przyjechała nawet
z Moskwy. Jest artystką estrady, ma stosowną tuszę
i puszystą fryzurę blond. Skarży się na ciężkie nogi, to
dla niej zorganizowany jest seans, z którego dobro
dziejstw także i my będziemy mogli skorzystać. Sawiej
wychodzi do pokoju obok, gdzie po kolei wchodzimy
Oczywiście, występy swojaków, zwłaszcza małych dzie
ci, cieszą widzów i nie mam poczucia zupełnego braku
autentyczności. A jednak przypomina mi się masowa
sztuka ludowa, taka jaką widziałem w Jakucku
w warsztatach jubilerów, którzy na nowoczesnych ma
szynach tłuką „ludową” srebrną biżuterię, mówiąc na
tę produkcję lekceważąco: nacjonałka.
Siebia pokazat’ i liudej posmotret’ —ta ogólnorosyjska
dewiza przyświeca i temu świętu. Każdy nakłada na
siebie najlepszą, odświętną maskę, usiłując pokazać się
od najlepszej strony. Urzędowy optymizm władzy po
zwala zapomnieć o marnych perspektywach. Bardzo
tego potrzebują zwłaszcza ci w brygadach, więc pozjeż
dżali tu po miesiącach izolacji. Dla tych, co koczują
400-500 kilometrów dalej, nieobecność mogła trwać
nawet pięć lat. Święto daje nadzieję na poznanie
dziewczyny, na ożenek - tak przynajmniej chcieliby to
widzieć starsi, którzy przy każdej okazji robią do tego
aluzje; pasterska młodzież sceptycznie ocenia widocz
nie swe szanse, skoro oddaje się piciu w zamkniętym,
męskim towarzystwie.
Nie wszyscy zresztą odważą się na konfrontację
oczekiwań z rzeczywistością. Nasz Kola z siódmego
stada dobrowolnie został sam w pustym obozowisku.
Wie, że świętowanie oznaczałoby bezustanne picie,
przy czym każda kolejna butelka wódki będzie sprze
dawana coraz drożej. Narobiłby długów, których nie
ma jak spłacić z mizernej pensji; a zresztą, od począt
ku roku jeszcze jej nie wypłacano.
Jego koledzy ekscytują się udziałem w wyścigach re
niferowych zaprzęgów. Tu naprawdę mogą i siebie po
kazać, i na innych popatrzeć. Wskakiwanie na grzbiet
rena wierzchowego, w mgnieniu oka, z wykorzystaniem
pasterskiego kija jako podpórki, to prawdziwie cyrkowa
sztuczka. Zawody obejmują kilka biegów na różnych
dystansach i w różnych grupach wieku, widać więc, ja
ką rolę gra eksperiencja: starzy prowadzą sanie dokład
nie po szlaku, młodym reny uciekają na boki tak samo
jak w tajdze. Najwięcej emocji budzi ostatni bieg, któ
rego uczestnicy sami fundują nagrodę: zwycięzca zabie
ra renifery pokonanych. Tylko siedmiu pasterzy decy
duje się na takie ryzyko, ale po aplauzie publiczności
widać, że Ewenowie lubią hazard i doceniają śmiałków.
4.
Rozszczepienie pasterskiej kultury przebiega nie
tylko po liniach codzienność - święto albo brygada osada. Pewne treści przeniosły się jeszcze dalej, wywędrowały bowiem do miasta. Do nich należy szama
nizm, którego próżno by szukać w tajdze. Pasterze pa
miętają, który z ich przodków był szamanem, prze
strzegają też przed żartowaniem lub niedowiarstwem
w tej kwestii, przytaczając z respektem przykłady nad
zwyczajnej a groźnej mocy jakiegoś dawnego szamana,
ale nie stykają się z takimi praktykami osobiście.
9
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODROŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
Fot. 4 Topolinoje osada,
Fot. Lech Mróz
Fot. 5 Łagier,
Fot. Lech Mróz
Fot. 6 Galop,
Fot. Lech Mróz
10
005-14 Wasilewski.ps
8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODRÓŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
Fot. 7 Ofiara ogniowi
na początek święta,
Fot. Lech Mróz
Fot. 8 Ubój rena,
Fot. Lech Mróz
Fot. 9 Obozowisko, reny,
Fot. Lech Mróz
11
005-14 Wasilewski.ps
8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODRÓŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
Fot. 10 Występy artystyczne,
Fot. Lech Mróz
Fot. 11 Łagier,
Fot. Lech Mróz
Fot. 12 Szaman, Fot. Lech Mróz
12
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODROŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
i przedstawiamy mu swe prośby; ja proszę o zdrowie
dla mojej dwuletniej córki; szaman nie mówi po rosyj
sku, więc jego pomocnica tłumaczy mu, że proszę
o ochronę dziecka przed czarami i urocznym okiem.
Nareszcie zrobiło się ciemno, można zaczynać.
Wynosimy do kuchni stół z jedzeniem, rozsiadamy się
na podłodze i na krzesłach z rękami położonymi luźno
na kolanach, trzymając je otwartymi dłońmi do góry.
Szaman i jego pomocnica nakładają skórzane stroje,
oba są obficie haftowane kolorową nicią, płaszcz Sawieja jest poobwieszany żelaznymi przywieszkami.
Ona zapala w żelaznej miseczce ogień, a on to ziewa,
to czka, i jeszcze łapczywie wypala papierosa.
Sawiej bierze do rąk bęben, który suszył się dotąd
ponad płytkami kuchenki elektrycznej i zaczyna ryt
miczne uderzenia w tempie ok. 120 na minutę. Nie
przerwie ani nie zmieni tempa przez następną godzinę.
Najpierw siedzi, po kwadransie pomocnica pomoże
mu się podnieść, a on zaczyna niemrawy taniec z czę
stymi skłonami ciała do ziemi i rzadszymi półobrotami,
czemu towarzyszy cichy, przerywany śpiew, a raczej zu
pełnie nieczytelne zawodzenie.
Zaczyna się faza wróżb: szaman rzuca pałkę od bęb
na kolejno ku każdemu z nas, a na podstawie tego, czy
upadła ona właściwą stroną do góry, pomocnica orze
ka, czy wróżba jest dobra czy zła. Może niewłaściwie to
odczytuję, ale chyba pałka musi upaść przed każdym
trzy razy z rzędu w pozycji „dobrze”, a to niełatwo uzy
skać, dlatego rzutów jest co najmniej kilkadziesiąt.
Teraz czas wziąć się do leczenia głównej chorej.
Kładzie ona ręce na bębnie, a szaman i pomocnica
białą szmatką zbierają z jej ciała choroby. Już po chwi
li mają ich materializację - pokazują brud na szmatce.
Potem choroba z ciała zostanie wydobyta za pomocą
bębna przeciąganego ponad ciałem - znów nazbiera
się w nim całkiem sporo jakiegoś śmiecia, które zosta
nie demonstracyjnie wysypane na szmatkę.
Minęła już godzina od początku seansu. Sawiej
zdejmuje kolejno strój, nakrycie głowy i bęben, odda
je je chorej, która na kilka minut podejmuje szamanienie. Jeszcze kilka kobiet przejmuje rekwizyty, ich
taniec jest momentami żywszy, a uderzenia w bęben
energiczniejsze aniżeli u samego Sawieja. On zaś,
zmęczony, siedzi w kącie, odpoczywając ze szmatą na
głowie, która zakrywa mu oczy. Wreszcie wychodzi
do pokoju obok, a razem z nim chora - pewnie opo
wie mu, tak jak to potem zadeklaruje nam, że od ra
zu poczuła się lepiej, a szaman da jej jeszcze ostatnie
wskazówki.
Znów zasiadamy do poczęstunku w kuchni; kobie
ty, zwłaszcza Rosjanki, są podekscytowane i rozrado
wane, Jakutki przeżywają to spokojniej. Wychodząc,
żegnają się wylewnie, mówiąc nam, że choć zdawało
by się, iż spotkaliśmy się tu przypadkiem, to przecież
w życiu nie ma przypadków, a wszystkim pokierował
Gospod.
5.
Ale na najwyższe piętro wtajemniczenia wprowa
dza nas Anatolij. Otóż stanowczo zapewnia, że cały
czas widział wspaniałe ognie. Jedna czy dwie osoby
nieśmiało to potwierdzają; przypuszczam, że nazajutrz
będą o tych ogniach z przekonaniem opowiadać...
Gdybyś chciał, łaskawy Czytelniku, wiedzieć, jak
one wyglądały, nie pytaj o to sceptycznego zachodnie
go obserwatora. Sam spójrz na zdjęcia Anatolija, któ
re ukazują dziwne złociste czy pomarańczowe smugi.
Czasem wychodzą one szerokim płomieniem z sza
mańskiego bębna albo też z naczynia z rozpalonym na
wstępie oczyszczającym ogniem, czasem przebiegają
przez kadr wąskimi, zapętlonymi sznurami. Niekiedy
towarzyszą im mroczne plamy, w których Anatolij do
patruje się to głowy niedźwiedzia, to ptaka, to ludzkiej
dłoni. Wyjaśnia, że efekt pojawił się dopiero po latach
jego współpracy z Sawiejem, pewnie też w związku
z tym, że i sam szaman zdobył już wtedy większą moc
- mógł docierać do dwunastego, a nie tylko do dzie
wiątego nieba.
Szamańskie duchy-pomocnicy? Trajektorie sił sa
mego szamana, jego mocy duchowej? Resztki tej ener
gii, które zostały w przestrzeni po jakichś niegdyś żyją
cych ludziach, przywołanych w seansie? Obraz eweńskiej „gospodyni ogniska domowego”, Tow muhonni?
Anatolij przyjmuje wszystkie te wyjaśnienia jednocze
śnie, a do tego zarzuca nas terminami i pojęciami, któ
re same w sobie mają wszystko wyjaśnić: a to ciała
astralnego, a to efektu Kirliana, falowo-korpuskularnej natury światła, strumieni elektronów, równań Maxwella i Heisenberga, jakiejś przestrzeni Kozyriewa
i równie dla mnie tajemniczej energii czasu. „Prawda
jest wielowariantowa, a rzeczywistość objawia się
w mirażach” - powtarza za którymś z rosyjskich ni to
mistyków, ni to profesorów, których dzieła zapełniają
dziś rosyjski rynek masowych czasopism i książek, do
cierając - jak to parę razy stwierdzałem w rozmowach
w syberyjskiej głuszy - do bardzo szerokich kręgów od
biorców, głodnych, jak się okazuje, tych iście pankosmicznych wyjaśnień.
„Wielowariantowość prawdy” to sformułowanie,
które bardzo odpowiada tricksterskiej naturze Anatolija. Ten Ewen z krwi i kości, niemłody, a późno przeflancowany z tajgi na uniwersytet, o bogatym życiorysie, łą
czy w sobie zarówno dalekosiężne ambicje poznawcze,
jak i fantastyczne poczucie humoru, dzięki któremu mi
strzowsko posługuje się tzw. mową nienormatywną (a
jak wiadomo, język rosyjski daje tu utalentowanemu
rozmówcy niemałe możliwości). To poczucie humoru
każe mu też mówić o sobie samym, stosując cytat
z Puszkina: „ja, Tunguz dziki”. Ma on też niewątpliwie
ów spryt tubylca, co to chętnie wykołuje obcego (Jaku
ta, Rosjanina, Europejczyka), by wykazać mu - przy
wszystkich swoich kompleksach i aspiracjach - wyż-
13
005-14 Wasilewski.ps - 8/30/2006 3:13 PM
Jerzy S. Wasilewski • ETNOLOG W PODRÓŻY (6). SMUTEK ARKTYKI
Fot. 13 Szaman i tricster, Fot. Lech Mróz
Fot. 14 Portret, Fot. Lech Mróz
szość własnej kultury. Czy nie postąpiłby on zatem tak
samo jak szaman, który pokazuje ukryty wcześniej
śmieć jako materializację wyciągniętej właśnie choroby,
a jednocześnie wierzy w prawdziwość swych działań?
Oglądam negatywy zdjęć i widzę te same co na od
bitkach smugi. Nie jestem specjalistą od fotograficz
nych trików, nie potrafię tych efektów przekonująco
objaśnić i zdyskwalifikować. Pytani o to praktycy nie
umieli mi dotąd pomóc - stale czekam na bardziej
kompetentne opinie. Wykluczmy, czytelniku, takie
czynniki jak zleżała błona albo defekt przesłony czy
lampy: na jednej i tej samej kliszy ognie pojawiają się
tylko na zdjęciach szamana i jego akcesoriów, z lampą
i bez, także bez związku z ewentualnym źródłem świa
tła w kadrze. Skądinąd, dokumentacja opisanego wy
żej seansu z naszym udziałem, robiona przez mego eks
pedycyjnego kolegę, nie ujawnia ogni, a przecież na
fotografiach Anatolija są one widoczne nawet wtedy,
gdy to my, widzowie, zaczynamy szamański taniec.
Może zatem same negatywy zostały już poddane
montażowi i skopiowane? Ale byłby to trochę zbytecz
ny, nadmierny trud. Skądinąd, identyczny efekt widnie
je na zdjęciu szamanów nepalskich, opublikowanym z wcale nie sceptycznym komentarzem - przez Piersa
Vitebsky’ego w jego popularnej książce Szaman (trzeba
też pamiętać, że Anatolij towarzyszył przez lata Piersowi w jego wyprawach do Ewenów).1 Słyszałem też o po
dobnym przypadku od godnego zaufania kolegi robiące
go zdjęcia tybetańskich ceremonii mistycznych cam. Na
dodatek, kiedy w Jakucji pokazywano mi pamiątkowe
zdjęcia z obchodów początków lata, organizowanych
przez newage’owe grupki nawiedzonych, a na tych zwy
kłych polaroidowych fotkach widać było niekiedy jakieś
małe, złociste plamki, to uczestnicy interpretowali to ja
ko zapis manifestującej się wtedy mocy.
Co ma zatem zrobić z ognistymi zdjęciami mój ra
cjonalny umysł? Pewnie muszę sobie powiedzieć, że
płomienne emanacje to coś, co funkcjonuje dużo po
wyżej moich potrzeb psychicznych czy duchowych, że
mogę je zostawić w tamtej wysokiej sferze nieba, gdzie
docierają tylko najwięksi szamani, a razem z nimi tak
że najlepsi tricksterzy.
Przypisy
1
Fot. 15 Szaman i duchy, Fot. Anatolij Aleksiejew
P. Vitebsky, Reindeer People. Living with animals and spirits in Si
beria, London 2005; tenże, Szaman, Warszawa 1996
Fot. 16 Szaman i duchy, Fot. Anatolij Aleksiejew
14