http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4997.pdf
Media
Part of Co w sercu to na języku? / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2
- extracted text
-
W
roku akademickim 1974-1975 w paryskiej
École pratique des hautes études rozpoczę
ło się seminarium poświęcone dyskursowi
miłosnemu. Prowadzący owe zajęcia Roland Barthes
jako ich nadrzędny temat wskazał język miłości-namiętności ("l'amour-passion"). I jakkolwiek najważ
niejszym omawianym dziełem były Cierpienia młodego
Wertera Johanna Wolfganga Goethego, a powstały
w rezultacie komentarz - zatytułowany Fragmenty dys
kursu miłosnego - sprzedano później w zawrotnej licz¬
bie stu tysięcy egzemplarzy, a nawet wystawiono na
deskach Théâtre Marie-Stuart, nie chodziło w tym
wszystkim wyłącznie o literaturę. Otóż podczas semi¬
narium odnoszono się do całej sfery kulturowej pamię¬
ci i wiedzy, zmagano się z problemem stereotypów ję¬
zykowych, które odciskały swoje dosadne piętno na ję¬
zyku miłości. Pragnienie bowiem, twierdził Barthes
z istoty swej niewysławialne, zaprzecza raczej możliwo¬
ści uprawiania miłości słowami. Nazwać można jedy¬
nie prostą potrzebę materialną, jakiś rodzaj chcenia,
ale nie prawdziwe (i rozumiane po Lacanowsku) pra
gnienie. Cóż z tego jednak, kiedy - wbrew temu - po¬
toczna symboliczność nieustannie mówi o miłości,
skoro wbrew temu posługujemy się konkretnymi ko¬
dami, figurami i topiką, skoro kreślimy "mapy czuło
ści" i układamy hasła w "encyklopedii kultury uczuć".
Kolizja pomiędzy narzucającym się, związanym
z wyobraźnią pragnieniem a podobnie zewnętrznym,
ale empirycznym dyskursem jest nie do uniknięcia.
Wniosek, jaki wywiódł z tej okoliczności Barthes, za¬
warty jest w znanym cytacie. Przytoczmy jego treść:
"dyskurs miłosny jest dzisiaj nadzwyczaj samotny. Mó
wią nim może i tysiące podmiotów (któż to wie?), ale
nikt go nie wspiera; został całkiem porzucony przez ję¬
zyki okoliczne lub też zignorowany, poniżony czy wy¬
kpiony, odcięty nie tylko od władzy, lecz także od jej
mechanizmów (nauk, wiedzy, sztuki)".
To kategoryczne, i smutne, stwierdzenie nie w ca¬
łości wszelako wydaje się potwierdzać. Trudno miano¬
wicie zaprzeczyć temu, iż miłość jest jednym z podsta¬
wowych pokarmów współczesnych przedstawień i tek¬
stów, ulubionym żerem popularnych mediów, że zaj¬
mują się nią zastępy specjalistów (od psychoanality¬
ków i ginekologów po producentów afrodyzjaków
i przepowiadaczy przyszłości), że namiętność trafiła do
serwisów informacyjnych, na posiedzenia parlamen¬
tów, do sal wykładowych i lekcyjnych. Miłość to nie¬
zwykle atrakcyjny towar w świecie, w którym wszystko
chyba zostało już roztajemniczone; przyciąga więc wi¬
dzów i pieniądze. Można by na tej podstawie sformu¬
łować tezę, wedle której wszystko jest dziś w kulturze
dyskursem miłosnym lub - w wersji łagodniejszej dyskursem tyczącym erotycznej namiętności. Samonarzucającym się spostrzeżeniem jest tutaj to, że teraź¬
niejszość oferuje wielką gamę języków i terminów opi¬
sujących miłość, utrzymuje i powołuje do istnienia
otwarte galerie, których bohaterami są postacie ko-
109
WALDEMAR
KULIGOWSKI
Co w sercu,
to na języku?
Fragmenty dyskursów
miłosnych
chanków, tworzy wzorce osobowe oparte na wierze
w niezbywalność tego uczucia. Czyżby zatem istniała
potrzeba weryfikacji Barthesowskiego twierdzenia
0 samotności dyskursu miłosnego? Poszukując odpo
wiedzi na to pytanie, chciałbym podjąć próbę przed
stawienia wybranych dyskursów miłości-namiętności,
jakie na różnych poziomach obecne są w dzisiejszej
kulturze. Zacznijmy od dyskursów naukowych (bądź
do naukowości aspirujących).
Dobrym, jak sądzę, wprowadzeniem w generalne
problemy pojawiające się w mówieniu o miłości są ele¬
menty filozofii Ludwiga Wittgensteina. W swoich do¬
ciekaniach pytał on, czy rzeczywiście potrafimy odczuć
to, co przydarzyło się innej osobie, czy jesteśmy w sta¬
nie doświadczyć jej radości, zwątpienia, boleści? Skąd
bowiem dowiadujemy się o czyimś bólu - oczywiście
"z języka". Tym samym więc ból nie jest wyrażany, ale
jedynie zastępowany słowem 'boli'. Nasza znajomość
tego pojęcia wynika zaś nie tyle z aktualnego odczuwa¬
nia bólu, co raczej z faktu przyswojenia sobie języka
1 jego reguł znaczeniotwórczych. Zamiast zjawiska ma¬
my w rezultacie pojęcie, zamiast współodczuwania
(współkochania) pozostaje technologia języka, istotę
uczucia imituje bezduszna gramatyka.
Ten tok myślenia doprowadził Wittgensteina do
wniosku o "urzeczeniu językiem", któremu powszech¬
nie ulegliśmy, filozof dostrzegał też wyraźne guzy, jakie
nabija sobie rozum, próbując przebić głową granice ję¬
zyka. Ale nie tylko w ciężkiej materii figur językowych
doszukiwano się przyczyn zaburzeń, które utrudniają
(a może wręcz czynią niemożliwym) komunikowanie
uczuć. Oto Jacques Lacan przekonuje, że nasza pod¬
miotowość ufundowana jest na unikalnym doświad¬
czeniu: wynika z tego, że staję się podmiotem tylko
i wyłącznie z tego powodu, że nikt nie może odebrać
mi sposobu, w jaki postrzegam i odczuwam. Mało te¬
go, jako podmiot pozbawiony jestem najbardziej in¬
tymnego, subiektywnego wejrzenia w siebie, w to, jak
rzeczy naprawdę m i się wydają. Moja nieświadomość
jest fenomenem zamkniętym i niedostępnym. Tym, co
charakteryzuje podmiotowość nie są bynajmniej, jak
podpowiada stereotyp, oznaki "życia wewnętrznego".
Jadwiga Rodowicz 'WIZJA W LUSTRZE
Podmiot nie jest obiektywnym mechanizmem regulu
jącym ludzkie zachowanie: dla mnie samego, powiada
Lacan, jest on pusty.
Lektura Wittgensteina i Lacana pokazuje wyraź
nie, że nie tylko język separuje mnie od uczuć innych,
nie tylko mowa odbiera mojej miłości istotowość; sa
ma natura podmiotowości sprawia, że pozostajemy
wzajemnie nieprzenikalni, osobni, zamknięci w swojej
prywatności. Skoro zatem język nie może być wiary¬
godnym świadectwem, sięgnąć należy do innego ro¬
dzaju dowodów na miłość.
Tym razem nie chodzi już o skomplikowane wywo
dy filozofów, lecz o zjawiska obserwowalne gołym
okiem. Miłość można bowiem zobaczyć - przynaj¬
mniej wtedy, gdy jest się socjobiologiem. Przedstawi¬
ciele tej dyscypliny wiedzy utrzymują, że ludzkie za¬
chowania zdeterminowane są przez ewolucję i naszą
biologiczność. Z tego punktu widzenia, dla każdego
gatunku, także dla homo sapiens, zadaniem najwyższej
wagi jest zachowanie własnego trwania, a dokładniej
swoich najlepszych cech genetycznych. Uczucia wpi¬
sane są w konkretne strategie przetrwania i walki:
owulacja na przykład skrywana jest dlatego, że m꿬
czyzna mógłby zaniedbywać partnerkę w okresach nie¬
płodności; Robin Dunbar spekuluje, że pochodzenie
mowy może być związane z tym, iż pierwotny mąż znie¬
chęcał pierwotną żonę do potajemnych romansów,
dając jej do zrozumienia, że na bieżąco śledzi wszelkie
plotki; poezja miłosna z kolei jest domeną Hiszpanów,
a nie Szwedów, gdyż w niższych temperaturach gorzej
odbiera się feromony, a grube ubrania ograniczają
bodźce wzrokowe. Słynna wizja "wojny plemników"
roztoczona przez Robina Bakera objaśnia z kolei sekret
kobiecego orgazmu - otóż szczytująca kobieta zatrzy¬
muje w sobie większość nasienia, w innym wypadku
duża część spermy po prostu z niej wycieka. Funkcją
orgazmu jest więc zasysanie ejakulatu i ta forma pre¬
miowania wybranych partnerów jest odpowiedzialna
za miłosne uniesienia, masturbacje, marzenia senne,
seksualne fantazje, za kształt kultury w ogóle. W tym
więc kontekście, miłość jest swego rodzaju 'bonusem'
od natury, ekstrawagancją w mozolnym i precyzyjnym
procesie doboru naturalnego.
"Różnice w strategiach płciowych kobiet i m꿬
czyzn widać już na poziomie komórek rozrodczych przekonywał rodzimy fachowiec Bogusław Pawłowski
w jednym z wywiadów - Podczas gdy z męskiej linii
produkcyjnej schodzą miliony plemników dziennie,
żeński zakładzik opuszcza jedno jajo na miesiąc. Od
początku ona inwestuje w jakość, a on w ilość. A to,
że plemniki są aktywne, a komórki jajowe bierne Dar¬
win skomentował słowami: 'Świat tak już jest urządzo¬
ny, że samce zdobywają, a samice są zdobywane'".
Nie wszyscy jednak uważają te kategoryczne sądy
za prawdziwe. Oto na przykład Emily Martin zaprzecza
stereotypowi, wedle którego kobiece jajo jest wielkie,
pasywne i wyłącznie przesuwane, a plemnik jako mały,
sprawny i poruszający się samodzielnie penetruje jego
obrzeża i zyskuje tytuł zdobywcy. Najnowsze ustalenia
pokazują, że pojedynczy plemnik posiada bardzo małą
energię, a zapłodnienie jest raczej efektem aktywnej
roli jaja, co podważa nie tylko dotychczasową wiedzę
biologiczną, ale także wyobrażenia dotyczące 'natural
nych' ról płciowych. Bo też o symbole tu idzie, o pew
ne figury myślenia, o relacje między mężczyzną-plemnikiem a kobietą-jajem. Skoro więc to one są najwyż
szą stawką, tedy wystarczy w tym miejscu powiedzieć
o socjobiologii za Cliffordem Geertzem, że jest to "oso
bliwa mieszanka zdrowego rozsądku i zdrowej bzdury",
a przedstawiana przez nią wiedza oraz jej interpretacje
to po prostu efekt określonych gier społecznych.
"Obiektywne fakty biologiczne stają się subiektywny¬
mi kategoriami kulturowymi", dopowiada jeszcze traf¬
nie Kirsten Hastrup, pozwalając na odejście od kwestii
wielkości jąder czy gęstości ejakulatu.
Kolejny dyskurs miłosny, który wydaje się być oczy¬
wistą konsekwencją dotychczasowego wywodu, jest
dyskursem feministycznym. Rozpocznijmy od Adrienne Rich i jej głośnej książki Of Woman Born. Pisarka
prezentuje w niej pogląd, wedle którego kobietom od¬
mawia się ich własnej seksualności, narzucając im sek¬
sualność męską. Stąd bierze się powszechne przekona¬
nie o wrodzonym kobiecie pociągu do mężczyzn, któ¬
re jest w sposób oczywisty fałszywe. Ze względu na
matkowanie dzieciom, objaśnia sprawę Rich, u dzieci
obu płci występuje jeden pierwotny kierunek miłości:
jest to miłość do kobiet. I wyłącznie przy użyciu posia
danej władzy mężczyźni zmuszają kobiety do heteroseksualizmu! Mężczyzn zatem w rzeczywistości się nie
kocha, a jedynie naturalną tendencją namiętności jest
lesbianizm. Lesbijska egzystencja to ponadto forma
oporu, jawny atak na męskie prawo dostępu do kobiet.
Wniosek przedstawia się jasno, podsumowuje Rich,
wszystkie stosunki z mężczyznami mają charakter
opresyjny.
Równie radykalne stanowisko zaprezentowała Ma¬
ry Dale, filozof i teolog, pisząc, w pracy Beyond God the
Father, o kontrkulturowym "stawaniu się kobietą",
o potrzebie wyjścia z seksistowskiego świata, w którym
kobiety pozbawione są własnego języka i własnego wi¬
dzenia. Należy tu wykroczyć poza "patriarchalnego
Boga", gdyż Bóg to mężczyzna, bóg-tylko-mężczyzn.
Ten "Arcyfallus" (Supremę Phallus) "kastruje i będzie
kastrował kobiety, dopóki pozwoli mu się żyć w ludz¬
kiej wyobraźni".
Logika opowieści o zniewoleniu, ukazująca ko¬
chanków zachodniego świata w kategoriach oportunistycznych ofiar systemu, nieubłaganie prowadzi do
pewnych wniosków. Otóż w świetle dyskursu femini¬
stycznego (a raczej jego przywołanego tutaj fragmen¬
tu) wszystkie idee miłości - platoński eros, chrześci
jańska agape, dworny kodeks trubadurów i namięt¬
ność romantyczna - są rezultatem polityki płci, która
nosi miano fallogocentrycznej. Kobieta jest w każdym
Ewa Domańska • NEKROKRACJA
z tych wypadków obiektem uwielbienia, pożądania,
adoracji, a jednocześnie pionkiem w męskiej grze
0 dominację. Najbardziej bodaj paradoksalne okazuje
się jednak to, że ogromna część odpowiedzialności za
podtrzymywanie patriarchatu spada na postacie ma¬
tek: one nie tylko matkują swoim córkom, ale także
matkują przysposabianiu ich do życia w świecie rzą¬
dzonym przez mężczyzn.
Symboliczna (a czasem również jak najbardziej cie¬
lesna) przemoc nie ma rzecz jasna swojego jedynego
źródła w fallogocentryzmie - zwróćmy się teraz ku spe¬
cjalistom od sztuki masowego uwodzenia. Pewnego
poniedziałkowego poranka, na ruchliwym skrzyżowa¬
niu w amerykańskim Buffalo, pojawił się nowy billbo¬
ard. Wielkie czerwone litery przekazywały osobistą
wiadomość: "Aniele w Czerwieni. Widziałem Cię
w Garcia's Irish Pub. Chciałbym się z Tobą spotkać.
William". Tysiące ludzi z rosnącym zainteresowaniem
śledziło ów osobliwy uliczny telegram, z którego przez
dziewięć kolejnych tygodni wyczytywano nowe wyzna¬
nia zdesperowanego kochanka. Tajemnicza historia
znalazła się wkrótce na ustach całego miasta, kobiety
wydzwaniały do agencji reklamowej, próbując wydo¬
być adres romantycznego Williama, mężczyźni nato¬
miast oblegali Garcia's Irish Pub w nadziei ujrzenia
Anioła w Czerwieni. Wreszcie na billboardzie pojawi¬
ła się upragniona wiadomość: "Drogi Williamie. Chy¬
ba oszalałam. Do zobaczenia w Garcia's. Piątek 20.30.
Anioł".
Pub nie przeżył jeszcze takiego oblężenia, jak w ten
piątkowy wieczór: chętnych do ujrzenia pary zakocha¬
nych było tak wielu, że nie mieścili się we wnętrzach.
Co najważniejsze - podobno nikt, z pracownikami
wspomnianego pubu włącznie, nie zorientował się, że
miasto pochłonięte romantyczną historią uległo w rze¬
czywistości zręcznej manipulacji. Postacie Williama
1 Anioła w Czerwieni oraz rodzącego się między nimi
uczucia były elementami strategii reklamowej, odegra¬
nymi w ostatni wieczór przez wynajętych modeli. Na¬
miętność okazała się świetnym towarem marketingo¬
wym, a promowany przezeń towar dobrem pożądanym
przez tysiące.
Przykład powyższy uzasadnionym czyni pytanie
0 autentyczność kolejnego dyskursu miłosnego, wyra¬
żonego tym razem w kontrowersyjnym języku nowej
dramaturgii brytyjskiej. Jej czołową - i bodaj najgło¬
śniejszą - przedstawicielką jest Sarah Kane i jej "flago¬
wy" dramat "4. 48 Psychosis". Główna osoba tego
przedstawienia woła rozpaczliwie "Miłości moja, cze¬
mu mnie opuściłaś?", a potem wielokrotnie powtarza,
niczym zaklęcie, niczym mantrę, słowa: "Zobacz mnie.
Dotknij mnie. Kochaj mnie. Uwolnij mnie". Występu¬
jąca na deskach poznańskiego Teatru Polskiego Mag¬
dalena Cielecka, wykrzykując te kwestie, bije całym,
półnagim ciałem o ścianę, krew zalewa jej twarz, ręce
1 piersi. Chwilę później umiera.
Zestawienie brutalizmu wtopionego w "4.48 Psy111
chosis" z niewinną przecież, żartobliwą reklamą pubu
może wydawać się ryzykowne, ale łączy je to samo py¬
tanie o status i autentyczność, ta sama wątpliwość ty¬
cząca realnego istnienia (i mówienia) o miłości. Czy
Sarah Kane naprawdę łaknie bliskości, naprawdę wzy¬
wa miłość? Kto lub co ją opuściło, jakiego pragnęła
wyzwolenia - czy takiego, jakie wybrała w momencie
samobójczej śmierci?
Powróćmy w tym miejscu do przywołanej na po¬
czątku tezy Barthesa mówiącej o samotności miłosne¬
go dyskursu. Założenie słynnego semiologa wymaga
bowiem korekty - najpierw na poziomie liczebników.
Otóż miłość jest obecnie, jak starałem się to pokazć,
tematem nie jednego, ale bardzo wielu dyskursów. Ich
mnogość nie oznacza jednak, że wykreśleniu ulega ce¬
cha samotności; przecież krążące w kulturze dyskursy
nie wspierają się, ale walczą o wyłączność i dominację.
Jak zatem rozumieć dzisiaj sens popularnego porzeka¬
dła mówiącego, że "co w sercu, to na języku"? Wszak
współczesna namiętność przez jednych uważana jest
za rzecz nie do wypowiedzenia; inni widzą w niej jedy¬
nie proste strategie doboru partnerów z możliwie do¬
skonałym łańcuchem D N A ; kolejne głosy mówią
o tym, że związek mężczyzny i kobiety jest rezultatem
patriarchalnej tyranii; ikona miłości bywa też wykorzy¬
stywana jako środek do uwodzenia klientów i pomna¬
żania kapitału; w idiomie nowej dramaturgii przemie¬
nia się zaś w ciągi brutalnych, często obscenicznych
obrazów, które ranią nawet teatromanów nawykłych
do jatek urządzanych przez Szekspira. Co począć z ta¬
kimi elementami układanki, i czy wzorem, jaki winien
się ułożyć, będzie jeszcze miłość? Czy maski, jakie na¬
kłada nań współczesna kultura nie skrywają aby pust¬
ki? Co stanie się, gdyby odwrócić tytułowe pytanie te¬
go tekstu i nadać mu postać "co w sercu, to na języ¬
ku"? Mam nieodparte wrażenie, że odpowiedź na nie
byłaby jednak zbyt przygnębiająca, by warto było to
czynić: lepsze już samotne dyskursy, niźli przeraźliwie
samotni ludzie.
