http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2235.pdf

Media

Part of Wolny człowiek / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4

extracted text
Wolny człowiek
Małgorzata Niezabitowska

Jedyna na świecie jednoosobowa wytwórnia filmów fabular­
nych mieści się w chłopskim gospodarstwie na skraju wsi Boj­
szowa w południowej Polsce. Tutaj co niedziela pomiędzy psią
budą a gnojowiskiem powstaje miasteczko z Dzikiego Zachodu.
Stajnia zamienia się w bank, obora w urząd szeryfa, a żółte drzwi
saloonu prowadzą wprost do stodoły.
Na obszernym podwórzu tłoczno od dyliżansów i armat, wozów
pionierskich i wojskowych, które - jak głosi napis - należą do 58
regimentu armii Stanów Zjednoczonych. Oderwane od pługa,
ciężkie, robocze konie nerwowo kręcą się pod siodłem, a stateczni
mieszkańcy wioski przybyli prosto z kościoła po niedzielnej mszy
zrzucają pospiesznie świąteczne ubrania i przeobrażają się w barw­
ne postacie z XIX-wiecznego Teksasu.
Józef Kłyk, reżyser i producent, kamerzysta i scenograf, roz­
dziela role. Wódz Apaczów, Bufflo Bill, szuler, traper i przywódca
K u - K l u x - K l a n u sprawnie wyławiają odpowiednie kostiumy
z wielkich waliz wypełnionych skłębioną masą ubrań, butów,
kapeluszy i peruk. Przebieranie odbywa się publicznie, koło szopy
na narzędzia, tak jak charakteryzacja, w której aktorzy pomagają
sobie nawzajem. Tylko wąsy, rekwizyt cenny i delikatny, przykleja
Józef osobiście. A potem mężczyźni z namaszczeniem wybierają
broń z obfitego arsenału, walka jest bowiem głównym motywem
akcji.
Indianie walczą z białymi. Konfederaci z żołnierzami Unii,
zgłodniali ziem nowi osadnicy z kowbojami broniącymi potężnych
rancherów. Bandyci napadają na bank, poszukiwacze złota zabija­
ją się w bójce o podział łupu, a wszystko kończy samotny
pojedynek szeryfa z groźnym rewolwerowcem, który terroryzuje
okolicę. Przez kilka zaledwie godzin rozgrywa się cały wielki
dramat westernu, wszystkie klasyczne wątki tej męskiej przygody.
I chociaż leje się krew sztuczna, ciosy są prawdziwe, aktorzy
uważają bowiem, że "jak bić to bić".
" D o s t a ć w pysk otwartą ręką - to właśnie lubię - mówi Kłyk,
który w swoich filmach gra zawsze głównego bohatera. - Kung
Fu, karate czy gwiezdne wojny to raczej balet i tricki, można się
w tym zagubić, a mnie pociąga prostota i romantyzm... Niech
mężczyzna będzie mężczyzną, a dobro zwycięży zło." W ciągu 25
lat Józef nakręcił 68 filmów, w tym siedem pełnometrażowych.
Ogromna większość to westerny. Wszystkie powstały w obrębie
jednej wsi.
„Kiedy opowiadam o tym, co robię - mówi Józek - to ludzie m i
nie wierzą, a kiedy pokazuję filmy, to nie wierzą mi tym bardziej.
Skąd wziąłeś kaskaderów, kostiumy, dekoracje, kto dał ci pienią­
dze, pytają. Jeden zawodowy reżyser wyliczył, że na mój ostatni
film musiałem wydać piętnaście milionów, a on to by go i za
trzydzieści nie zrobił. Tłumaczę więc, że jako robotnik budowlany
zarabiam na miesiąc 60 tysięcy, więc milionów nie mam, kostiumy
i dekoracje robię sam, a grają amatorzy, kumple ze wsi za pół litra.
No i wtedy to mi już całkiem nie wierzą." Józek śmieje się i dodaje
po chwili: "Ja im się nawet nie dziwię, bo trzeba być naprawdę
upartym wariatem, aby życie temu poświęcić."
Józek urodził się w Bojszowej 39 lat temu jako najmłodszy
z czworga dzieci niezamożnego chłopa. "Zaczynałem od zera
- wspomina - nie wiedziałem nic. Kina uczyłem się tak, jak kiedyś
świat się uczył."
Jego pierwszą miłością był Charlie Chaplin, a pierwszą kamerą
prymitywna "ósemka produkcji radzieckiej z mechanizmem na
czterowoltową baterię. Chaplina poznał w objazdowym kinie,
które raz w tygodniu przyjeżdżało do wioski. Projekcje odbywały
się w starej karczmie, zamienionej po wojnie na "ośrodek kul­
tury". Był tu patefon na korbkę i stare płyty, stylowe stroje,
meloniki i pawie pióra, a także przedwojenny album o Hollywood.
Trzynastoletni chłopak uruchomił patefon, przebrał się za Chap­
lina i zaczął odgrywać przed kolegami podpatrzone w albumie
scenki. Wtedy właśnie przysiągł sobie, że będzie robić filmy.
Kamerę zdobył rok później. Był już uczniem szkoły budowlanej

178

w pobliskim mieście Tychy. Pragnął iść do liceum, marzył
0 studiach filmowych, ale „w życiu - jak surowo pouczył go ojciec
- liczy się solidny zawód, który szybko przynosi pieniądze." Józek
ugiął się przed rodziną, lecz oszczędzał każdy grosz ze szkolnego
stypendium, aż zebrał majątek - siedemset złotych. Tyle kosz­
towała najtańsza kamera. Była tak mała, że kiedy ją wreszcie wziął
do ręki, nie mógł uwierzyć, iż jest prawdziwa i upewniał się
u zdumionej sprzedawczyni, czy to aby nie zabawka.
Wypróbował j ą tegoż popołudnia. Założył czarno-białą taśmę
1 w stodole przeobraził się w Chaplina. On grał, kolega kręcił,
a potem razem otworzyli kamerę myśląc, że tam będzie od razu
gotowy film. I wszystko się prześwietliło. Józek wpadł w rozpacz,
bo uznał, że kamera jest zepsuta. Po namyśle postanowił jednak
ponowić próbę. Tym razem chcąc przewinąć taśmę po ciemku
zamknął się w szafie. Przechodząca obok matka usłyszawszy
szelest z okrzykiem "Mysz!" otworzyła drzwi i Józek znów miał
w ręku mlecznobiałą kliszę.
"Byłem jak dziecko we mgle - wspomina - nie było literatury
fachowej ani nikogo, kto mógłby mnie nauczyć, sam więc
musiałem dojść do wszystkiego."
Pomiar robił na oko, a filmy oglądał pod lampą, kamera nie
miała bowiem światłomierza, a on projektora. Dopiero kiedy go
wreszcie kupił, rodzina, koledzy i on sam patrząc na fikającego
kozły Chaplina uwierzyli, że się udało. Projektor był używany,
silnik zacierał się co chwilę, ale oglądanie własnych filmów
sprawiało taką radość, że Józek kręcił je nieomal codziennie.
Ukochany Charlie przeżywał moc przygód. Potem dołączył do
niego Buster Keaton odgrywany przez Józka w chlewiku, bo
"wyżarty amoniakiem przypominał Bronx". Były to parominutowe historyjki grane jak w teatrze zgodnie z przebiegiem akcji
i nakręcane od jednego podejścia, aby uniknąć cięć taśmy
i prymitywnych sklejek, które rwały się podczas projekcji.
Ta produkcja pochłaniała czas i pieniądze. Józek rzucił szkołę
i po krótkim przeszkoleniu zaczął pracować w kinie. Teraz on
objeżdżał wioski i wyświetlał ludziom westerny i melodramaty. To
były jego studia filmowe. Każdy tytuł oglądał co najmniej
pięćdziesiąt razy i analizował scena po scenie. Tak uczył się
warsztatu, przerysowywał stroje i dekoracje, podpatrywał tricki.
Jego pierwszą próbą w kolorze byli Trzej muszkieterowie.
Kulminacyjną scenę, nocny pojedynek D'Artagnana, nakręcał
w świetle potężnych lamp. Żar był straszliwy, jasno niczym
w kościele, ale na wywołanej kliszy widoczny był zaledwie zarys
postaci. I powtarzało się to tak długo, aż Józek zrozumiał, że do
filmu trzeba używać innego światła, niż to, którym oświetla się
mieszkanie.
Muszkieterzy byli filmem kostiumowym, a więc Józek nauczył
się także szyć. W tajemnicy przed matką rozpruł stare ubranie i po
kawałku obrysował na gazecie. Potem według tego modelu kroił
pstrokate, tanie materiały, zszywał je ręcznie i sam na sobie
mierzył. Używane podczas letnich prac w polu słomiane kapelusze
przybrał gęsimi piórami, a do krótkich butów przymocował
wysokie, wywijane cholewy, które uszył z grubego sukna. Szable
wymodelował z listewek i pomalował na srebrno, uchwyty do nich
zrobił z miedzianej blaszki a pasy z kilku wstążek.
Kiedy wszystko było gotowe, ośmiu wspaniale wystrojonych
aktorów udało się na ojcowską łąkę. Tam gwardia kardynała
Richelieu napadła na muszkieterów z taką furią, że po chwili
wszyscy, łącznie z Józkiem, zapomnieli o filmie i bili się całkiem na
serio. Szable się połamały, mundury porwały w strzępy, a kame­
rzysta trząsł się ze śmiechu tak, że scena wyszła jakby w konwuls­
jach. Była to świetna, kolorowa komedia i Józek już na zawsze
porzucił Chaplina oraz czarno-białą taśmę.
Na poddaszu rodzinnego domu urządził "małe Hollywood".
Było tam atelier z mnóstwem rekwizytów, które zbierał po całej
wsi. Stare zegary, meble, instrumenty, które inni z pogardą
nazywali "gratami" i wyrzucali na śmietnik, jemu służyły świetnie

do urządzania planu. Tam też malował dekoracje, szył kostiumy
i pokazywał swoje filmiki zaledwie kilku zaufanym, bo koledzy
i sąsiedzi wyśmiewali się z niego, a rodzina narzekała. Ojciec nie
mógł darować Józkowi, że podczas gdy jego rówieśnicy już
pracują w kopalni i powoli zaczynają się dorabiać, on gania po
polach z szabelką. Matka zaś, kiedy ksiądz chodził po kolędzie,
schowała kamerę pod pierzynę, bo "to taki wstyd".
Przełom nastąpił niespodziewanie, a jego sprawcą był Tomasz
Rogulski, zamożny gospodarz i chłop z wielką fantazją. Dosko­
nały woźnica, który wszystkich we wsi woził do ślubu, lubił
wprowadzać swoje konie schodami do knajpy i jeszcze zamawiał
dla nich po kieliszku wódki. Dla nowożeńców miał specjalną,
malowniczą bryczkę i właśnie ten pojazd upatrzył sobie Józek jako
dyliżans do swojego pierwszego westernu.
Bał się do tego przyznać, więc kiedy prosił o pożyczenie bryczki,
bąkał coś o wyprawie na ryby. Wymodelowane przez siebie
-

A « 1

w drzewie strzelby miał nawet pochowane w futerały niczym
wędki. Tomek nie dał się jednak nabrać i wydusiwszy z Józka, że
chodzi o film, zamiast odmówić, zaproponował samego siebie do
roli poczmistrza. Gębę miał zresztą świetną, jednocześnie mroczną
i zawadiacką, zarośniętą i ogorzałą. W kowbojskim stroju wy­
glądał niczym jeden z "siedmiu wspaniałych", grał też niewiele
gorzej i Józkowi zamiast planowanej komedii wyszedł pierwszy
poważny film.
W tej opowieści o napadzie na dyliżans wszystko było wedle
klasycznych wzorów: zła banda, pogoń, rabunek i dzielny rewol­
werowiec - grany oczywiście przez Józka. Bohater ów w brawuro­
wy sposób rozprawił się ze złoczyńcami, poszkodowanym oddał
zrabowane skarby a szeryfowi schwytanych przestępców. Pędzący
dyliżans Józek filmował z jadącego równolegle motocykla. Polna
droga była tak pełna wertepów i wybojów, że Józek mocno
przywiązany pasami do kierowcy z ledwością utrzymywał w rę-

j-fi

179

kach kamerę. " O mało żeśmy się nie pozabijali - wspomina
- szczególnie, że Tomek poganiał konie jak szalony, ale scena
wyszła bardzo dramatycznie."
Premiera filmu odbyła się w domu Tomka. Był to wielki sukces.
Dotąd wieś uważała filmiki za głupią zabawę dzieciaków, mimo że
Józek w międzyczasie dorósł do lat osiemnastu. Teraz jednak po
raz pierwszy razem z młokosami wystąpił dorosły, dwa razy
starszy mężczyzna i wcale się tym nie ośmieszył. Józek wędrował
z projektorem od chałupy do chałupy, wszędzie zbierając po­
chwały, a młodzi i starzy z nagłym entuzjazmem garnęli się do
nowego filmu. Józek obiecywał "prawdziwy western". Tytuł:
Dyliżans do Kansas.
Akcja miała się rozgrywać dwa kilometry za wsią, w opusz­
czonej piaskowni, po środku której stał mały domek. Józek
uruchomił super produkcję. Szył kostiumy, malował szyldy,
wytwarzał colty i winchestery, strzały i łuki. Domek przekształcił
w stację pocztową. Oczyma wyobraźni widział wyruszający stąd
dyliżans pełen kobiet i dzieci, potem ścigających go Indian,
zapierającą dech pogoń, straszliwą walkę, ścielące się trupy
i niespodziewaną odsiecz. Pierwszy raz w życiu mógł działać
z rozmachem, miał bryczkę, konie, aktorów i doskonałą scenerię
przypominającą pustynne bezdroża Teksasu.
Wszystko jednak wyszło na odwrót. Ciągnąca dyliżans czwórka
koni, mimo wysiłków Tomka, nie chciała iść po piachu tylko po
normalnej drodze między polami. Konie Indian zamiast ścigać
dyliżans zawróciły w stronę wsi i nie zważając na protesty
jeźdźców galopem powróciły do stajni. Dla kilku Indian w ogóle
zabrakło koni. Ci wprawdzie gonili dyliżans, ale na piechotę, więc
żeby sobie ułatwić jeden z Komanczów wsiadł na rower, a reszta
wybrała się na skróty przez kartofliska. Zamiast trzymającego
w napięciu dramatu, wyszła taka komedia, że widzowie płakali ze
śmiechu.
Józek nie zniechęcił się jednak, bo dzięki tym dwóm filmom
odkrył wielką pasję swego życia - robienie westernów, a zarazem
zrozumiał, że nie może mechanicznie naśladować wzorów z Hol­
lywood. Wtedy właśnie postanowił połączyć Śląsk z Teksasem
i wymyślił Józka Złotko, chłopa z Bojszowej, który w połowie X I X
wieku w poszukiwaniu pracy jedzie do Ameryki. Odtąd Złotko,
zawsze grany przez Józka, który ginie i zmartwychwstaje w kolej­
nych filmach, staje się postacią łączącą wszystkie historie.
Był Emigrantem i Człowiekiem znikąd, ponieważ dla Ameryka­
nów Polska to kraj nieznany, a Śląsk to "już zupełnie nic".
Przemienił się w Obcego, gdyż nie zna języka, obyczajów ani
kultury, ale jednocześnie współtworzył legendę Dzikiego Za­
chodu, którą "pisali przecież obok sławnych rewolwerowców
także prości ludzie". Złotko przeżywał w Ameryce niezliczone
przygody, zawsze jednak według pewnego schematu - najpierw
pokonany na końcu zwycięża, ponieważ jest mężczyzną zaciętym
i odważnym, obrońcą słabych i p o d p o r ą prawa.
Korzeniami Złotko tkwi w ojczystej ziemi, co pozwala Józkowi
na wykorzystanie wielu autentycznych, śląskich elementów, które
albo pojawiają się we wspomnieniach bohatera, albo w jego snach,
nieraz zabawnie splatane z realiami Dzikiego Zachodu. Westerny
Józka nie są jednak komediami ani inną mieszanką gatunków.
Nigdy nie lubił on filmów demaskujących Dziki Zachód, gdzie jak
u Sama Peckinpaha - wszystko jest biedne, szare, byle jakie
i bezmyślnie okrutne.
"Jeśli nawet ci wspaniali mężczyźni mają pod spodem brudne
overalle - mówi Józek - to my nie musimy o tym wiedzieć. Mnie
- na odwrót - w kinie pociągają właśnie mit i legenda, dlatego też
wolę western piękny w kolorach i klasyczny niczym mądra bajka.
I taki próbuję robić. Powielam pewne archetypy gatunku świado­
mie zapożyczając z najsławniejszych filmów. Rekonstruuję znane
sceny bawiąc się nimi, ale jest to gra na serio."
Namiętność Józka do robienia filmów, jak każde wielkie
uczucie, nie wolna była od kryzysów. "Nie raz wydawało mi się, że
ten cały piekielny wysiłek pozbawiony jest sensu i wyznaczyłem
sobie datę, kiedy z tym wszystkim skończę. Pierwszą taką granicą
miało być wojsko, ale kiedy po dwóch latach służby wróciłem do
domu, byłem taki szczęśliwy, że od razu nakręciłem Wolnego
Człowieka." Miał ogoloną głowę, więc film zaczynał się od
ucieczki z więzienia.
Wtedy też prezes gminnej spółdzielni w Bojszowej zapropono­
wał, że kupi Józkowi nowy sprzęt w zamian za filmową obsługę
różnych wydarzeń i uroczystości. Dzięki szczodrości prezesa Józek

180

stał się właścicielem kamery ze światłomierzem i teleobiektywem,
a także magnetofonu, synchronizatora oraz nowego, lepszego
projektora. Była to prawdziwa rewolucja techniczna - koniec
epoki niemego kina.
Dotąd wszystkie historie były naiwne i nie trwały dłużej niż
piętnaście minut, tak aby każdy potrafił je zrozumieć. Teraz Józek
mógł wreszcie porzucić krótki metraż i zająć się robieniem tego,
0 czym od dawna marzył - filmów długich o skomplikowanej
akcji. Od tej chwili towarzyszyły i m muzyka i narracja, ale nigdy
dialog, bo "żeby Indianin czy szeryf po polsku mówili, to po
prostu niemożliwe. W westernie nie uznaję żadnego dubbingu. T u
dialog musi być amerykański, a każda wstawka włoska, polska czy
szwedzka to jak zgrzyt szkłem po metalu. Raz słyszałem Johna
Wayna przemawiającego po niemiecku i ta wersja Rio Bravo
męczyła mnie później przez wiele nocy jako senny koszmar."
Spółka filmowa działała doskonale. Józek dokumentował ze­
brania spółdzielni albo organizowane przez nią "akcje żniwne"
1 bale w remizie. Prezes miał co prezentować władzom zwierzch­
nim i otrzymywał liczne nagrody za wydajną pracę. Z wielkim
zapałem grywał także w filmach Józka - zawsze wielkiego
przemysłowca. Najpierw był teksańskim milionerem, właścicielem
pól naftowych, kiedy zaś w Bojszowej nastała zima i akcja
westernu musiała przenieść się na północ, prezes splajtował na
południu i błyskawicznie dorobił się majątku na handlu skórami
wśród śnieżnych pól Alaski. Z magazynów swej spółdzielni
dostarczał również rekwizyty, które uwiarygodniały grane przez
niego postacie - wielkie beczki z ropą do rafinerii oraz wyprawione
skórki nutrii, które udawały lisy i wilki.
Idylla z prezesem skończyła się, kiedy przybyła niespodziewanie
na plan filmowy żona przydybała go w scenie miłosnej z panienką
z saloonu. Dziewczyna była znacznie młodsza i ładniejsza od
prezesowej, która też i nie dała sobie wytłumaczyć, że to tylko gra
i po gwałtownej awanturze zakończyła filmową karierę męża.
Kobiety były zawsze problemem dla Józka. Przede wszystkim
od samego początku brakowało mu aktorek. Dziewczyny niby
garną się do filmu, marzą o zostaniu gwiazdą, ale jak przychodziło
co do czego, to wstydziły się, albo też bały, że je ludzie we wsi
wezmą na języki. Co gorsza nie tylko same nie chciały grać, ale
jeszcze swoich chłopów odciągały od filmu. Najpierw jako narze­
czone, bo podczas randki zamiast siedzieć biernie na planie
i nudzić się, wolały pójść do prawdziwego kina albo do dyskoteki.
Potem jako żony, ponieważ uważały, że miejsce mężów jest
w domu. W dzień powszedni zawsze się tam jakaś robota znajdzie,
niedzielę zaś trzeba zgodnie z bożym przykazaniem święcić, a nie
wygłupiać się w indiańskim pióropuszu na głowie.
Drugim punktem niezgody był alkohol. Kobiety nie lubią, kiedy
mężczyźni piją, i z tym akurat Józek, który sam jest abstynentem,
gotów był się zgodzić, ale gdyby nie postawił piwa czy pół litra,
nikt by mu grać nie przyszedł. Zaczęło się jeszcze od Tomka, który
chętnie dawał konie, bryczkę i własną osobę pod jednym warun­
kiem jednak, że " m i tu zaraz synki butelkę przyniesiecie". I tak już
zostało. To, co aktorzy piją na planie, jest zawsze prawdziwe,
dlatego też najbardziej lubiane są sceny w saloonie. A kiedy
scenariusz ich nie przewiduje, urządza się bar w komórce. Józek
dostarcza tam alkohol w rozsądnych dawkach, ale trudno mu
upilnować, aby inni nie dołożyli czegoś od siebie.
Nauczony doświadczeniem Józek, nie zostawia już teraz scen
walki na koniec dnia zdjęciowego, bo zdarzało się, że rozochoceni
aktorzy nie potrafili rozróżnić prawdy od fikcji i zamiast zastrzelić
się elegancko, łapali za cepy i tłukli do nieprzytomności. Nic
dziwnego więc, że czasem kobiety mają pretensje.
Sam Józek swoją przyszłą żonę poznał w kinie. T o był dobry
omen i sprawdziło się. Są już ze sobą szesnaście lat. Początkowo
pomagała mu przy robieniu filmów, potem znudziła się, a narodzi­
ny dziecka stały się dobrym pretekstem, żeby przestać. Nigdy mu
jednak nie przeszkadzała, nie miała pretensji, że na filmy wydaje
pieniądze, że niszczy zdrowie, traci czas. W niedzielę, gdy Józek
kręci, żona z synkiem urządzają piknik nad rzeką, idą do lasu na
grzyby albo odwiedzają krewnych we wsi.
Kiedy pobrali się w 1976 roku, Józek przeniósł się do Pszczyny,
miasta odległego o 20 kilometrów, gdzie zamieszkał u rodziców
żony. W Pszczynie zaczął też pracować jako robotnik w brygadzie
remontowej, jednak wszystkie wolne chwile spędzał nadal w ro­
dzinnej wsi. Jeśli pogoda pozwalała, kręcił westerny w gospodarst­
wie Tomka, który raz na zawsze użyczył mu swego podwórza.

W zimne i deszczowe popołudnia natomiast wyświetlał swoje filmy
krążąc od domu do domu. To było jego prywatne objazdowe kino.
Po ukończeniu nowego filmu pierwsze pokazy urządzał w świet­
licy lub remizie. Schodziły się tłumy - dwieście,trzysta osób na
jeden raz i dopiero wtedy Józek przeżywał katusze, bo "filmować
to nic, ale pokazywać to jest egzamin. Tłok, upał, każdy komen­
tuje, pyta, przerywa, a do tego sprzęt prymitywny, więc cały czas
drżę, żeby synchronizator nie zawiódł, bo jeśli najpierw z armaty
leci dym, a strzał słychać później, to natychmiast z dramatu robi
się farsa."
Na własne mieszkanie czekali trzy lata. O trzy za długo, bo kiedy
się ożenił, ojciec kazał mu zlikwidować "Małe Hollywood", które
przez lata rozrosło się do trzech pokaźnych pomieszczeń. Był tam
wytworny saloon z barem i pianinem, urząd szeryfa, w którym
mieścił się skład wszelkiej broni oraz areszt, gdzie za solidnymi
kratami stały prycze więźniów. Eksmisja była tym boleśniejsza, że
Józek nie miał co zrobić z meblami i rekwizytami. Co się dało,
poupychał w piwnicy, a rzecz najcenniejszą, pianino, kolega
obiecał przechować w swoim domu. Kiedy jednak Józek przywiózł
tam na drabiniastym wozie ogromny instrument, powiedziano
mu, że jedyne wolne miejsce znajduje się w chlewie.
Skutki tego okazały się tragiczne. Przez zimę myszy i szczury
rozprawiły się z pozostawionymi w piwnicach rzeczami, zjadły
nawet zrobione ze sznurka peruki, a co oszczędziły, zgniło.
Natomiast wyciągnięte z chlewika pianino nadawało się tylko na
śmietnik. Zrozpaczony Józek postanowił urządzić mu godny
pogrzeb. D o filmowej sceny, w której przejęci słusznym gniewem
mieszkańcy miasteczka Woodortd wieszali koniokrada, dorobił
efektowny koniec. Stojącego już pod stryczkiem złoczyńcę uwal­
nia banda podobnych mu opryszków. Podczas walki, która się
potem rozpętała, nie posiadający broni koniokrad schował się
w pianino, w zamieszaniu jednak jeden z jego kumpli rzucił
w instrument laskę dynamitu. Amunicja była prawdziwa, pianino
wyleciało więc w powietrze z ogłuszającym hukiem, a okaleczałe
struny dźwięczały, grały i rzęziły tak przeraźliwie, że zbiegła się
cała wieś w przekonaniu, iż pod lasem rozbił się samolot.
Kiedy z żoną i synkiem otrzymali wreszcie swój własny pokój
z kuchnią, Józek od razu przekształcił go w magazyn rekwizytów
i pracownię, gdzie z powodu braku miejsca półleżąc na podłodze
cierpliwie, kawałek po kawałku, malował dekoracje. Powoli
odtworzył to, co zostało zniszczone i kręcił kolejny pełnomet­
rażowy western Ful śmierci. Skończył go niedługo przed swoimi
trzydziestymi urodzinami, datą graniczną, która każdego męż­
czyznę skłania do rozrachunku z samym sobą.
Właśnie wtedy Józek uznał, że zaczyna się powtarzać i że czas
skończyć tę wspaniałą przygodę, lecz trzeba to zrobić z roz­
machem, "tak, aby coś po nas pozostało". Tym pożegnaniem miał
być western zrobiony bardziej profesjonalnie, w nowej technice,
który byłby syntezą tego, co dotychczas stworzył łącząc w sobie
najlepsze wątki, sceny i postacie z jego filmów. Z ogłoszenia kupił
rosyjską kamerę, "szesnastkę" z trzema obiektywami. Model
przestarzały, sprężynowy, ze skomplikowaną zmianą taśmy
w trzech małych kasetach, był jednak prawdziwą rewolucją,
ostatecznym przejściem od prymitywnego amatorstwa do tech­
niki, którą posługiwali się zawodowcy.
Film zaczął w sierpniu 1980 roku, gdy cała Polska ogarnięta już
była strajkami, a w gdańskiej stoczni rodziła się "Solidarność".
Moment był dramatyczny, ludzie bali się występować, patrole
kontrolowały wszystkie drogi i kilka razy Józek przeżywał gorące
emocje, kiedy na oczach milicjantów musiał otwierać bagażnik
pożyczonego samochodu wypełniony bronią, dolarami i amery­
kańskimi sztandarami. "Sam siebie wtedy kiąłem, że tak dobrze
umiem podrabiać, bo w pierwszej chwili brali mnie za terrorystę,
a potem długo musiałem się tłumaczyć i udowadniać, że to
wszystko lipa."
Praca nad Człowiekiem znikąd trwała z przerwami do roku
1983. Józek wykorzystał wszystkie swoje doświadczenia, zrealizo­
wał najbardziej szalone pomysły. Sfilmował nawet bizony - żubry
w znajdującym się nieopodal Pszczyny parku narodowym. Te
ogromne i niebezpieczne zwierzęta oglądać można tylko z daleka
na specjalnym wybiegu, a wstęp do puszczy, gdzie chodzą na
wolności, jest surowo wzbroniony. Józek dostał się tam przez płot.
Ponieważ nie miał dobrego transfokatora, musiał podchodzić do
żubrów bardzo blisko.
Na głównego bohatera wybrał wspaniałego samca, który stał po

środku stada. Z nozdrzy buchała mu para i był tak zdumiony, że
ktoś odważył się doń zbliżyć, iż początkowo w ogóle nie reagował
na intruza. Kiedy wreszcie ruszył do ataku, Józek który ledwo
zdążył uruchomić kamerę, rzucił się do ucieczki i nieomal w biegu
przeskoczył parkan. Ta sytuacja powtarzała się, aż Józek wpadł na
pomysł, aby schować się w żłobie stojącego na rozległej polanie
karmnika. Stamtąd filmował skubiące trawę olbrzymy modląc się,
by żadnemu z nich nie przyszła ochota na siano.
Scena wyszła znakomicie i lepsza od niej była tylko ta, w której
brały udział świnie. Prawie sto macior i prosiaków stłoczono na
podwórzu w pobliżu saloonu. T u właśnie rozegrał się finał
dramatu - rozprawa szeryfa Złotko z bandą, która urządziła nań
zasadzkę. Bandyci mieli znaczną przewagę, lecz Złotko znakomi­
cie strzelając spod płaszcza zabił wszystkich. Zalani krwią padli
w błoto, a przerażone hukiem wystrzałów świnie deptały po ich
martwych ciałach. Wówczas Złotko odpiął i rzucił na ziemię swoją
gwiazdę szeryfa. Podczas gdy także ją tratowały zwierzęta,
zwycięzca samotnie odjeżdżał w dal.
Swoje ostatnie dzieło Józek postanowił udźwiękowić. Dyrektor
wytwórni filmowej w Katowicach zgodził się za sporą opłatą
udostępnić sprzęt. Józek szukał sponsora, każdy jednak usłyszaw­
szy, że zrobił western, tylko się w czoło pukał. Udało mu się
wreszcie namówić D o m Kultury w Pszczynie. Za astronomiczną
wówczas sumę pół miliona złotych Człowiek znikąd ożył. Znako­
mity dźwiękowiec Zygmunt Nowak oczarowany filmem po mist­
rzowsku podłożył wszystkie efekty. Narratorem był Józek, bo
"każdy aktor brzmiałby sztucznie, a jestem prosty i prymitywny
jak ci na ekranie". Muzykę - na bębnach i gitarach - nagrała
orkiestra z Bojszowej, a dźwięki towarzyszącej i m fisharmonii
z 1905 roku były "równie dychawiczne i rzężące jak pokazany na
filmie świat, który też odchodzi, umiera".
Potem zdarzył się cud. Gotowy już film zobaczył przypadkiem
w wytwórni pochodzący także ze Śląska Kazimierz Kutz, jeden
z najlepszych polskich reżyserów, i uznał go za rewelację. "Jeśli
Amerykanie kiedykolwiek wymyślą Oskara dla a m a t o r ó w
- oświadczył speszonemu Józkowi - to Człowiek znikąd dostanie
go na pewno." Póki co jednak zaprosił Józka na festiwal Filmów
Amatorskich, gdzie początkowo inni twórcy, demonstrujący
swoje parominutowe dzieła, przyjęli go nieufnie. Pełnometrażowy
western zrobiony poza wszelkimi strukturami - to nie mieściło się
w głowach. Dopiero w czasie projekcji rozbawili się i zachwycili.
Skończyło się wśród powszechnego entuzjazmu, chociaż bez
nagrody, bo film pokazano poza konkursem.
Nagrodę otrzymał Józek niedługo potem od Śląskiego Towa­
rzystwa Filmowego. Największym tryumfem jednak był pokaz
w Bojszowej. Spełniły się wieloletnie marzenia Józka, jego film
został pokazany w prawdziwym kinie, na wielkim ekranie, tym
samym na którym on zobaczył po raz pierwszy Chaplina, a potem
podziwiał wszystkich swoich mistrzów. Na trwające przez całą
niedzielę projekcje stawili się wszyscy mieszkańcy wsi. Rodzina
Józka płakała ze wzruszenia, a aktorów rozpierała duma. D o tej
pory mogli oglądać siebie wśród trzasków i szumów na małym
skrawku płótna, teraz poczuli się po raz pierwszy uczestnikami
wielkiego filmowego misterium. I oczywiście wszyscy - widzowie
i twórcy - domagali się dalszego ciągu.
Tak oto, to co miało być końcem, stało się początkiem.
Poprzeczka poszła wyżej i ludzie z Bojszowej dostali ostróg.
Chcieli robić więcej i lepiej, deklarowali swój udział i pomoc. Józka
nie trzeba było namawiać. Sam w głębi serca nigdy nie wierzył, że
naprawdę porzuci film. W następnych latach powstał więc drugi
pełnometrażowy western, który czeka na udźwiękowienie, a obec­
nie Józek pracuje nad następnym, będącym trzecią częścią sagi
0 losach Ślązaka Złotko na Dzikim Zachodzie.
W międzyczasie Józek przeniósł się do małego domku, jednego
z wielu bliźniaczych klocków tworzących przedmieście Pszczyny.
Z szarej, pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu ulicy wchodzi się tu
wprost w świat fantazji, zapełniony dziesiątkami przedmiotów,
mebli i obrazów, które zdają się być przeniesione w czasie
1 przestrzeni z XIX-wiecznej Ameryki, a w rzeczywistości są
dziełem Józka. W piwnicy znajduje się saloon z obszernym barem,
a każde z pomieszczeń mieszkalnych jest jednocześnie malowniczą
rekwizytornią.
Obróbka techniczna filmu odbywa się w jadalni, gdzie całą
nieomal podłogę przykrywa sfatygowany dywan, który po do­
kładnym odkurzeniu zmienia się w stół montażowy. Każdą scenę

181

Józek najpierw ogląda na projektorze tak długo, aż zapamięta we
wszystkich szczegółach, co chce wyciąć. Potem w białych rękawi­
czkach zdejmuje taśmę i oglądając ją pod światło tnie na małe
kawałeczki. Część ścinków idzie do kosza, a reszta zostaje ułożona
na dywanie i precyzyjnie sklejona.
Jest to robota bardzo żmudna, ale skuteczna. I właśnie w tym, że
może sam pracować nad taśmą, widzi Józek wielką przewagę
techniki filmowej nad video. Tu ma w ręku konkret, tam oglądałby
wszystko na ekranie, a do montażu potrzebny byłby sprzęt
profesjonalny, który kosztuje fortunę.
Ta ukochana taśma jest jednocześnie jego zmorą. W sklepach
nie ma jej od lat. Kręci więc na tym, co uda mu się akurat zdobyć.
Do tego samego filmu używa Agfę i Orwo, Kodaka i Fuji, taśmy
różnej czułości, często przeterminowane. Kiedy nie ma kolorowej,
to nawet czarno-białą, którą kopiuje na sepię. Zdarza się, że rano
są zdjęcia, a w nocy jeszcze jeździ i szuka czegoś, na czym mógłby je
zrobić. I często musi korzystać z nielegalnych źródeł.
"Wszystko jest przestępstwem wokół tego filmu - śmieje się
Józek - tak że najpierw powinny być kajdanki, a potem pytania.
Gdybym chciał się trzymać prawa, to nic bym nie zdziałał i nie
dlatego, że tak lubię, tylko dlatego, że inaczej nie można. Brak jest
nieomal wszystkiego. Amunicję wynoszą mi więc z pobliskiej
fabryki, a taśmę z różnych instytucji, gdzie ją potem dla mnie na
lewo wywołują. Tak od lat działam na pograniczu prawa i bez­
prawia zupełnie jak bohaterowie moich westernów."
Józek ma także w domu małe laboratorium, w którym obok
barwników do skór i kleju do wąsów, wytwarza - z saletry, cukru
pudru i opiłków - proch do armat, a z tuszu, mąki i farby
emulsyjnej - krew. Potrzebuje jej dużo, lecz mimo licznych
eksperymentów, nie udało mu się wyprodukować substancji
o idealnej gęstości i barwie.
Kiedyś z ogromnym wysiłkiem zdobył puszkę krwi produkcji
Max Factora używanej przez zawodowców i cały dzień zdjęciowy
zaplanował jako serię efektownych bójek i pojedynków. Rozlał
krew do prezerwatyw, które jako jedyne nadają się do tego celu,
pierwsze porcje rozdał aktorom, a resztę schował do pojemnika.
Kiedy przyszło do kręcenia, okazało się jednak, że cała krew
znikła. Krótkie śledztwo wykazało, że była ona słodka niczym
cukierki, więc aktorzy zjedli ją błyskawicznie i potem tylko gęby
mieli w środku czerwone.

Zdjęcia wyk.

182

"Praca z amatorami to zawsze wielka niespodzianka - mówi
Józek. - Ja mogę sobie wszystko wyobrazić, przygotować w każ­
dym szczególe, a potem i tak będzie na odwrót. Dlatego cały
scenariusz do mojego filmu mieści się na jednej kartce z zeszytu,
a plan dnia zdjęciowego to zaledwie parę punktów. Zresztą nawet
do nich nie przywiązuję się za bardzo, żeby oszczędzać nerwy."
- Dlaczego to robisz? - pytam. - Podporządkowałeś życie
jednej idei, która nie przyniosła ci ani sławy ani pieniędzy. Na
początku, rozumiem, była przygoda, zabawa, ale to już przecież
ćwierć wieku ogromnego wysiłku i poświęcenia. Czy to ma sens?
- Sam się nieraz nad tym zastanawiam. Zdrowie straciłem, bo
doktorzy mówią, że astmy nabawiłem się właśnie przy filmach. Na
urlopy nie jeżdżę, żadnej niedzieli nie odpoczywam, a jeszcze
w tych filmach utopiłem majątek. Kiedy jednak patrzę wokół,
myślę sobie, Boże, jakie to życie może być monotonne. Ludzie
ciężko harują, aby dużo zarobić i kupić samochód, meble, video,
a gdy wszystko mają, to już tylko tak w kółko - jedzą, patrzą
w ekran i chodzą do fabryki. Ja bym oszalał. Mnie przynajmniej
udało się przedłużyć młodość, utrwalić ludzi i miejsca, które już
przeminęły, bo tak naprawdę to ja te filmy kręcę przecież o nas,
mimo że one rozgrywają się w Teksasie.
- A czy ważną przyczyną nie jest także chęć, by na chwilę stać
się bohaterem, zwycięzcą?
- Oczywiście. To jest właśnie cudowne w filmie, że z chabety
można zrobić ogiera, a z takiego cherlaka jak ja herosa. Myślę
zresztą, że każdy mężczyzna chciałby się sprawdzić, pokazać, że
umie strzelać, ujeżdżać konie, zwyciężać zło. Dlatego westerny są
takie popularne, lecz oglądanie ich w kinie to jak lizanie cukru
przez szybę. Dopiero gdy przemieniam się w Józka Złotko,
następuje prawdziwe spełnienie. I mam przy tym taki wewnętrzny
luksus, bo oto czytam w gazecie, że Kirk Douglas czy Robert
Redford grają w westernach, ponieważ kochają ten gatunek. Oni
jednak muszą być tym i robić to, co im karzą producenci i reżyser,
ja natomiast zamykam gazetę i wiem, że jutro będę filmować, co
tylko wymyślę - będę rewolwerowcem albo szeryfem, zwyciężę lub
zginę. I wtedy czuję, że jestem wolnym człowiekiem.
styczeń 1989
Małgorzata Niezabitowska ©

iasz Tomaszewski

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.