http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2893.pdf

Media

Part of Sąd Ostateczny artystów polskich / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4

extracted text
Aleksandra h&mhm*ka-Luty

* SĄD OSTATECZNY ARTYSTÓW POLSKICH

ciwu wobec wszelkich nakazów i norm społecznych
(co ma się jakoby tłumaczyć wszechogarniającym d u ­
chem tolerancji).
W popularnym obiegu tzw. kultury masowej, w tym
co przekazuje prasa, radio i telewizja, narasta fala róż­
nych informacji i opinii dotyczących końca pewnej
epoki i Wielkiego Sądu - wiadomości, często sensa­
cyjnych, grających na emocjach szerokiej publiczno­
ści. Jedne z nich są rodem z brukowej prasy, inne, bar­
dziej rozumne, dotykają istotnych problemów. W su­
permarketach sprzedaje się nachalnie reklamowaną
Wielką księgę przepowiedni, ale w księgarniach można
też znaleźć poważne Rozmowy na koniec wieku ze
współczesnymi mędrcami. Przywołuje się pamięć
o ekscytujących wizjach Nostradamusa i zapowiedziąnadejściu antychrysta Mabusa, ale pisze się też

ALEKSANDRA
MELBECHOWSKA-LUTY

Sąd Ostateczny
artystów polskich
Dedykuję Ince Bal - wiernej przyjaciółce

O

statnie lata XX wieku skłaniają ludzi do spójrżenia wstecz i w przyszłość, niekiedy do filo­
zoficznych refleksji i metafizycznych odczuć;
budzą lęki związane z nieuchronnością przemijania
i trudnym do wyobrażenia nadejściem Dks irae, kiedy
to nie zostanie kamień na kamieniu. Bo, jak mówi
Ewangelista, wtedy „powstanie naród przeciw narodo­
wi i królestwo przeciw królestwu, i będą mory i głody,
i trzęsienia ziemi po miejscach [...]. I wielu fałszywych
proroków powstanie i wielu zwiodą. A iż się rozmnoży
nieprawość, oziębnie miłość wielu. A kto wytrwa aż do
końca, ten będzie zbawiony" (Mat., 24, 7-12).
Katastroficzne nastroje związane z końcem wieku
i przeczuwanym końcem świata powtarzają się cyklicz­
nie. Pojawiały się w średniowieczu i w czasach nowo­
żytnych. Znamy dobrze scenariusz podobnych zjawisk
występujących u schyłku X I X wieku. Nadawali im ton
ówcześni dekadenci, pisarze, artyści, zarażeni epidemią
pesymizmu, neurotyczni apologeci cierpienia przeko­
nani o kryzysie wszelkich wartości. Postawą życiową
tych zdesperowanych nerwowców była melancholia,
ciemne przeczucia, poczucie beznadziejności, ale i wy­
bujały hedonizm. Niepewność celów, udręki tworzenia
i egzystencji, kierowały ich k u pragnieniu nicości w postaci nirwany lub śmierci . Dziś świat pędzi jak
szalony, nie ma miejsca dla „nerwowców".
1

Koniec drugiego tysiąclecia przynosi nowe utrapie­
nia - lęk przed bronią masowego rażenia i epidemia­
mi ( A I D S ) , przed globalną katastrofą i chaosem jaki
wyzwala pogoń za władzą, pieniądzem, konsumpcją,
chęcią użycia za wszelką cenę. Człowiek żyje bardziej
faktami niż pryncypiami, szamocze się w niewoli do­
czesności i materii, a równocześnie ciągle poszukuje
swojego miejsca w świecie i często kontrowersyjnych
wartości rozpiętych na dwóch biegunach - nie wie czy
zbliżyć się do Boga czy do szatana. Niektórzy sądzą, że
dzisiejsza postmodernistyczna postawa, pojmowana
jako sposób na życie i twórczość, skłania do relatywi­
zmu moralnego, zaprzeczania pojęciu absolutu i sprze­

0 niekontrolowanym rozwoju sekt, o praniu mózgów
przez wszechwładnych guru i praktykach satanistycz­
nych, o zwrocie do religii Wschodu (buddyzmu, Hare
Kriszna, medytacyjnej filozofii Zen). Są tacy, którzy
upatrują jakiejś nadziei w nadchodzącej epoce. Ta
nowa, promieniująca pozytywną energią Era W o d n i ­
ka, wywodząca się z kontrkultury hippisów, wedle
przekonania jej wyznawców ma wyzwolić i ziścić
upragnioną harmonię między człowiekiem a ziemią
1 kosmosem.
W ostatnich dziesięcioleciach modna stała się też
idea neopoganizmu, powrotu do źródeł, do archetypicznych wątków dawnych bóstw, mitów, wierzeń, ma­
gicznych obrzędów. W Szwecji obchodzi się prastare
Święto Światła, w Niemczech obserwowany jest na­
wrót do mitologii germańskiej, do Wotana, W a l k i r i i ,
legendy Nibelungów (co ma już w tym kraju swoją kul­
turową i polityczną tradycję). W krajach Europy Środ­
kowej i Wschodniej odprawia się święto Kupały
(zwłaszcza na Ukrainie) i inne ceremonie kultowe ku
czci pogańskich bóstw, m.in. Światowida i Perkuna.
W Anglii szczególną fascynację budzi położony na
Równinie Salisburskiej megalityczny kromlech, potęż­
na, kolista budowla, której przeznaczenia dotąd nie
wyjaśniono. Ów kamienny okrąg w Stonehenge daje
pole szczególnemu działaniu wyobraźni - czy była to
świątynia słońca, czy miejsce kultu innej religii? Czy
snują się tam jeszcze cienie nieznanych kapłanów, Cel­
tów, druidów?
Tak objawia się m.in. mitologizacja fanomenów
współczesnego życia, które są dziedzictwem XX wieku
i jego „historii spuszczonej z łańcucha" (Gustaw Herling-Grudziński). Mity są wyobrażeniem zbiorowym,
ale przecież każdy z nas nosi je w sobie. Być może to
właśnie stanowi odreagowanie i ucieczkę od wspo­
mnienia koszmarów naszego wieku, jego dwóch wojen
światowych (i setek pomniejszych trwających do dziś),
dwóch totalitaryzmów, łagrów i obozów, ludobójstwa,

512

513

Akksandra M&eduwika.Luts * SĄD OSTATECZNY.... Ahkscmfa Jackowski * APOKALIPSA..

A p o k a l i p s a S w . J a n a , rozdz. 2
1.

D o anioła zboru w Efezie napisz: T o mówi T e n , który trzyma
siedem gwiazd w prawicy swojej, który się przechadza pośród
siedmiu złotych świeczników:

2.

Z n a m uczynki twoje i t r u d , i wytrwałość twoja, i w i e m , że
nie możesz ścierpieć złych, i że doświadczyłeś t y c h , którzy
podają się za apostołów, a n i m i nie są, i stwierdziłeś, że są
kłamcami.

3.

Masz też wytrwałość i cierpiałeś dla imienia mego, a nie

4.

Lecz mam ci za złe, że porzuciłeś pierwszą twoją miłość.

5.

W s p o m n i j więc, z jakiej wyżyny spadłeś i upamiętaj się, i

ustałeś.

spełniaj uczynki takie, jak pierwej; a jeżeli nie, to przyjdę do
ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie
upamiętasz.
6.

Na

swoją

obronę

ma,z

t o , że nienawidzisz

uczynków

nikolaitów, których i ja nienawidzę.
7.

K t o ma uszy, niechaj otucha, co D u c h mówi do zborów.
Zwycięzcy d a m spożywać z drzewa żywota, które jest w raju
Bożym.

8.

A do anioła zboru w Smyrnie napisz: T o mówi pierwszy i
ostatni, któr> hyf umarły, a ożył;

9.

znam ucisk twój i ubóstwo, lecz tyś bogaty, i wiem, że bluźnią
tobie c i , którzy podają się za. Żydów, a nimi me są, ale są
synagogą szatana.

10.

N i e lękaj się cierpień, które mają przyjść na cię. O t o diabeł
wtrąci niektórych z was do więzienia, abyście byli poddani

A p o k a l i p s a S w . J a n a , rozdz. 20

próbie, i hędziecie w udręce ptzez dziesięć d n i . Bądź wierny aż

1.

do śmierci, a dam ci koronę żywota.
11.

I widziałem anioła zstępującego z nieba, który miał klucz o d
otchłani i wielki łańcuch w swojej ręce.

K t o ma uszy, niechaj słucha, co D u c h mówi do zborów.
Zwycięzca nie dozna szkody o d dtugiej śmierci.

2.

I pochwycił smoka, węża statodawnego, którym jest diabeł i
szatan, i związał go na tysiąc lat.

(Biblia Warszawska)

514

(Biblia Warszawska)

mm

%,1l-1?

A

i

-

'i

a

]ĘĘĘ

f

2,

ii

-23

af

A p o k a l i p s a S w . J a n a , rozdz. 2

A p o k a l i p s a S w . J a n a , rozdz. 2

12.

A d o anioła zboru w Pergamie napisz: T o mówi T e n , który ma
ostry miecz obosieczny.
W i e m , gdzie mieszkasz, tam, gdzie jest t r o n szatana; a jednak
trzymasz się mocno mego imienia i nie zaparłeś się wiary we
mnie, nawet w dniach, kiedy Antypas, świadek mój wiemy,
został zabity u was, gdzie szatan ma swoje mieszkanie.

18. A do anioła zboru w Tiatyrze napisz: T o mówi Syn Boży, który

14.

Lecz mam c i nieco za złe, mianowicie, że są tam tacy, którzy
trzymają się n a u k i Balaama, który naucza! Balaka, jak
uwodzić synów izraelskich, by spożywali rzeczy bałwanom
ofiarowane i uprawiali nierząd.

20.

Lecz m a m c i za zle, że pozwalasz niewieście Izebel, która się
podaje za prorokinię, i naucza, i zwodzi moje sługi, uprawiać
wszeteczeństwo i spożywać rzeczy ofiarowane bałwanom.

21.

15.

T a k i ty masz u siebie takich, którzy również trzymają się

I dałem jej czas, aby się upamiętała, ale nie chce się upamiętać
we wszeteczeństwie swoim.

nauki nikolaitów.

22.

Toteż rzucę j ą na loże, a tych, którzy z nią cudzołożą, wtrącę

Upamiętaj się więc; a jeżeli nie, przyjdę do ciebie wkrótce i
będę z n i m i walczył mieczem ust m o i c h .

23.

w ucisk wielki, jeśli się nie upamiętają w uczynkach swoich.
A dzieci jej zabiję; i poznają wszystkie zbory, że Ja jestem T e n ,
który bada nerki i serca, i oddam każdemu z was według

13.

16.
17.

ma oczy jak płomień ognia, a nogi jego podobne są d o
mosiądzu.

19. Znam uczynki twoje i miłość, i wiarę, i służbę, i wytrwałość
twoją, i wiem, że ostatnich uczynków t w o i c h jest więcej niż
pierwszych.

K t o m a uszy, niechaj słucha, c o D u c h mówi d o zborów.
Zwycięzcy dam nieco z manny ukrytej i kamyk dam m u biały,
a n a kamyku rym wypisane nowe imię, którego n i k t nie zna,
jak tylko ten, który je otrzymuje.

uczynków waszych.
24.

szatańskich głębin, powiadani: N i e nakładam na was innego
ciężaru;

(Biblia Warszawska)

J. Chełmowski,
J. Chełmowski,

A p o k a l i p s a . Ilustracja rozdz. 2,1-29
A p o k a l i p s a . Ilustracja rozdz. 20,1-2

515

W a m zaś, pozostałym, którzyście w Tiatyrze, wszystkim,
którzy nie macie tej nauki, którzyście nie poznali, jak mówią,

25.

trzymajcie się t y l k o mocno tego, co posiadacie, aż przyjdę.

26.

Zwycięzcy i temu, k t o pełni aż do końca uczynki moje, d a m
władzę nad poganami,

27.

i będzie rządził n i m i laską żelazną, i będą jak skruszone
naczynia gliniane;

28.

taką władzę i Ja otrzymałem o d Ojca mojego; d a m m u też
gwiazdę poranną.

29.

K t o ma uszy, niechaj słucha, co D u c h mówi do zborów.
(Biblia Warszawska)

AWtwmíra MtUxchowska-Luty • SĄD OSTATECZNY ARTYSTÓW PQLSKKH

Edward D w u r n i k , 138 polskich artystów malarzy,

517

1999

518

Au,!>;->•( P i n i f e * • W U L K A N *

|. C h . D a h l , Wezuwiusz w i d z i a n y z b r z e g ó w C a p r i ,
J. P h . H a c k e r r , W e z u w i u s z w r o k u 1774,

519

Kassel

1822
1774

Andrzej Piiiifeos • WULKANICZNE SPEKTAKLE NATURY W SZTUCE NOWOCZESNEJ

Mámdm mBmimtimJMti * S Ą D O S T A T E C Z N Y A R T Y S T Ó W P O L S K I C H
bomby atomowej. Wszystko to niby jest wiadome, ra­
cjonalnie badane i poddane ocenie; człowiek mniema,
iż jest panem wszelkiego stworzenia, ale jednak nad na­
szym czasem unosi się atmosfera niepokoju, coś, co
przyprawia o dreszczyk atawistycznego lęku.
W 1999 roku bywalcy warszawskich muzeów i gale­
rii mogli obejrzeć dwa Sądy Ostateczne: ten zrodzony
ze średniowiecznej imaginacji, namalowany przez
Hansa Memlinga i drugi, wyobrażony w różny sposób
przez współczesnych artystów polskich. Dzieło M e m ­
linga - pokazane wiosną w Muzeum Narodowym jest wspaniałą inscenizacją eschatologii chrześcijań­
skiej, zgodną z ikonografią późnego gotyku. Jego pięk­
ne opisanie zawdzięczamy polskiemu jezuicie Marci­
nowi Hinczowi. „[Miasto Gdańsk] ma jeden kleynot
kosztowny w kościele Farskim [...]. N a tym obrazie
jest Michał Święty trzymający tarczę, w której wyrazi­
ło się z grobu ludzi powstanie, jednych w piekielny
ogień wpadanie, drugich k u niebu drogę odprawujące,
a zaś od tej tarczy na jabłku, które Bóg Oyciec trzyma
w Niebie, refleksem toż się wszystko wyraziło. Piękny
zaiste kunszt tego obrazu że tarcza Michała Świętego
pokazuje y wyraża jak w zwierciadle, co się na ziemi
dzieje y zaś do świata w ręce Boga Oyca będącego,
też dzieła odbiciem puszcza" .
2

Dla ludzi średniowiecza wyczulonych na kontempla­
cję rzeczy ostatecznych, dzieło to było wstrząsającym
przeżyciem. Wrażenie potężnej wizji ziemskiego i ko­
smicznego dramatu nasilała jeszcze jego rozbudowana
narracja i mistrzostwo pędzla Memlinga. Okazały tryp­
tyk przyciągał wzrok precyzją szczegółów, wyważoną
kompozycją i świetnością barwnej powierzchni: feerią
wyrazistych kolorów stapiających się w lśniącą, jakby
emalierską powłokę. W Memlingowym opowiadaniu
wszystko odbywa się, jak należy. Bezgrzeszni spokojnie
powstają z mogił w swojej czystej nagości i dostąpiwszy
zbawienia wchodzą po kryształowych schodach do
gmachu Cimas Dei, gdzie witają ich święci, królowie
i prorocy Starego Zakonu wraz z tłumem muzykują­
cych aniołów, trzepoczących skrzydłami jak ptaki\ Po
lewicy sędziego, osaczeni przez diabły, rozpaczliwie
walczący grzesznicy, spadają w ziejące wyziewami pie­
kielne czeluście.
Biblijna i tradycyjna wykładnia Sądu Ostatecznego
budziła przerażenie przez wiele stuleci. Wszelako l u ­
dzie grzeszyli i grzeszą, bowiem różne paskudne cechy,
a zwłaszcza imperatyw agresji, są wpisane w naszą na­
turę. H o m o sapiens szuka jednak usprawiedliwienia.
Jak powiada Carl Gustaw Jung, człowiek, kierując się
instynktem samozachowawczym, wypiera z siebie
świadomość i pamięć występków i złych intencji za­
truwających mu spokój sumienia. Lecz szata archa­
nioła czeka. Zostaje mała furtka nadziei: bądźcie cho­
ciaż dobrzy dla zwierząt - prosi święta Katarzyna Sie­
521

neńska - wtedy one upomną się za wami na Sądzie
Ostatecznym.
Dziś żyje się w oderwaniu od wielu sprawdzonych za­
sad, przykazań i symboli, którym niegdyś prawdziwie
dawano wiarę i które w istotny sposób wpływały na za­
chowanie człowieka. Narastająca laicyzacja, polaryza­
cja postaw, zawrotny rozwój techniki, wyobraźnia zdo­
minowana przez media, wojny, zamęty polityczne, nie­
szczęścia narodów rządzonych przez szaleńców, presja
egzystencjalnych potrzeb i konieczności, szum infor­
macyjny, kryzys rodziny i więzi międzyludzkich wszystko to doprowadza do rozpaczy, niszczy ducha, za­
ciera tradycyjne wartości. Paroksyzmy współczesnego
życia przekładają się na paroksyzmy sztuki. A jeżeli
przedsmak sądnego dnia wisi w powietrzu, to jak go wi­
dzą artyści polscy?
Wystawa pod nazwą Sąd Ostateczny miała się odbyć
w Zachęcie, ale zabrakło na nią środków. Została zor­
ganizowana w mniejszej skali, w czterech warszawskich
galeriach. Prezentowane są na niej prace Magdaleny
Abakanowicz (w Kordegardzie), Eugeniusza Geta
Stankiewicza (w galerii Pokaz), Edwarda Dwurnika,
Izabelli Gustowskiej i Gabtieli Morawetz (w galerii
Studio), Zuzanny Janin, Jerzego Kaliny i Jacka Sempolińskiego (w galerii Teatr Akademia) . Eksponowane
tam dzieła nie są oczywiście w najmniejszym stopniu
ilustracją owego „zdarzenia z przyszłości" i zadanego te­
matu, lecz jego obrazową metaforą, wyrazem doznań
eschatologicznych.
4

Magdalena Abakanowicz powołuje do życia figury
ludzi, drzew, kamieni i nadaje im duchową, ponadcza­
sową egzystencję. Ustawia je w rytmicznych grupach
na ogromnych plenerowych przestrzeniach lub w zam­
kniętych pomieszczeniach sal wystawowych. Te rzeźby
poświęcone są kondycji ludzkiej i temu, co człowieka
otacza. Powstają w wyobraźni artystki, a urzeczywist­
niają się wytrwałą pracą rąk zmagających się z opor­
nym materiałem. Widzieliśmy wielokrotnie rzędy jej
hieratycznych, bezgłowych postaci: stały w bezruchu,
były jej „stadami", układami zbiorowymi organizujący­
mi przestrzeń - jak architektura lub wytwory natury,
jak silva
W Kordegardzie Abakanowicz poszła
„o krok" dalej; przyprowadziła tam dwadzieścia podob­
nych istot stworzonych z płótna workowego utwardzo­
nego żywicą, bezrękich i bezgłowych - bo wystarcza i m
mowa ciała, a twarze nie muszą kłamać - ale t y m ra­
zem Kroczących, obdarzonych ruchem (ich przeciwwa­
gą była drobna, „bolesna" postać, siedząca w bocznej
sali). C i ludzie postępują naprzód z wysuniętą prawą
lub lewą nogą; widziani wprost zdają się napierać na
widza jak anonimowy tłum na przypadkowego prze­
chodnia. Ich pólplastyczne, puste w środku ciała są na­
gie i nie nagie, bo ubrane we własną, ciasno nawleczo­
ną skórę: zmiętą, pofałdowaną, spękaną. Ta powłoka

Aleksandra Mdbecluwska-Lun

*

SĄH OSTATECZNY ARTYSTÓW POLSKICH

wyraźnie wystrzępia się przy kostkach nóg. Poniżej w i ­
dać już tylko foremne, anatomicznie ukształtowane,
a więc „prawdziwe" stopy. T o one kumulują w sobie
energię pozwalającą poruszyć się i kroczyć owym nie­
pełnym, niedopowiedzianym figurom, które idą przed
siebie, lecz nie wiadomo dokąd - na Sąd Ostateczny,
czy ku nam, a może wychodzą naprzeciw swemu prze­
znaczeniu.' Pytania się mnożą, ale nie trzeba na nie da­
wać odpowiedzi.
Magdalena Abakanowicz jest artystką od lat dobrze
znaną na świecie, uznawaną i podziwianą. Wiele napi­
sano o jej sztuce, co nie znaczy, że wszystko jest wiado­
me. Ona sama broni się przed nadinterpretacją i docie­
kaniem znaczeń swoich dzieł. Mówi więc, że „trzeba
zostawić jako tajemnicę pewne sprawy, również
w twórczości. Wyjaśniając kaleczymy je albo unice­
stwiamy. Nałóg objaśniania wszystkiego jest katastrofą
naszego czasu. Nie należy utożsamiać tajemnicy z pro­
blemem. Problem można podzielić na strefy poddające
się analizie, tłumaczeniu, a tajemnica jest całością,
która nas ogarnia, choć niechętnie się do tego przyzna­
jemy" .
5

Ściany kameralnej galerii Pokaz wypełnia podłużny
szereg drobnych rysunków, rycin, kolaży, obrazów
i plakatów Eugeniusza Geta Stankiewicza, zestawia­
nych w najrozmaitszych konfiguracjach - prawdziwy
fryz rebusów, groteski, ostrego dowcipu, czarnego h u ­
moru i przewrotnej satyry. Znamy ten repertuar: misty­
fikowane i wietne autoportrety, różne „mordy na łbie",
zdefonnowane cielska, ucięte głowy, maski, nosy-marchewki, penisy wyrastające komuś pod pachą, wymiot­
ne odruchy, siusiające krasnale, istoty fantastyczne,
myszy i ludzie, śmieszne stworzenia rysowane jak dzie­
cięce obrazki, aluzyjne, metaforyczne plakaty.
T ę wstęgę osobliwości - jak zawsze zadziwiającą m i ­
strzostwem warsztatowym - Get Stankiewicz nazwał
Korowodami. Przewijają się w nich „szablony" rzeczywi­
stości, obrazoburcze pomysły i prowokacje, choć może
nie tak szokujące jak przed laty. Artysta nie oszczędza
nikogo i niczego, zaprzecza stereotypom, dogmatom
i banałom, narusza tabu i świętości; pamiętamy jego
dawne kontrowersyjne przedstawienie krzyża: figury
Chrystusa, młotka i trzech gwoździ, z napisem „zrób to
sam". Ale te pastisze, paradoksy, „głupstwa", ironia
i Rabelais'owski gruby dowcip często bywają podszyte
podskórnym smutkiem, goryczą i bólem. Get dotyka
sutrealistycznych wątków, ale unika czystej abstrakcji,
posługuje się zasobem znanych symboli i znaków przy­
należnych kulturze europejskiej - toposami czytelny­
m i , ale zwykle widzianymi na opak. Ceni nade wszyst­
ko konkret, fachową wiedzę, materiał, dzieło ręki. Pra­
cuje jak mistrz cechowy, na zamówienie, i obraca się
głównie w kręgu sztuki użytkowej, łatwo dostępnej
(gtafika, plakat). W swoim wnikliwym studium o tym

świetnym artyście Mirosław Ratajczak podkreślił, że
ignoruje on zupełnie podziały na sztukę wysoką i niską,
elitarną i masową, a duch jego nie błąka się na wyży­
nach, szukając sposobu na zbawienie świata. I przywo­
łał słowa artysty o twórcach grafiki użytkowej, którzy
żyją ze zleceń: „Mówię o solidnym wykonywaniu zawo­
du. A jeśli w tej profesji pojawi się moment sztuki, to
cieszmy się i chwalmy, bo to jest wartość dodatkowa
[...] Jesteśmy nauczeni, że nad przedmiotem ma duch
ulatać, z góry nastawiamy się na odbiór takich momen­
tów, i ducha sprzedają artyści, a kupują ludzie. Nie
można tym handlować, można sprzedać robotę" .
6

W wywiadzie przeprowadzonym z okazji wystawy,
autor powiedział, że nie chciałby nadużywać pojęcia
Sądu Ostatecznego do swego pokazu, bo znajdą się tam
rzeczy dawne, nie wykonane na to zamówienie , ale że
Korowody to jednak jego grzechy, a te najcięższe wiszą
na metalowych łupkach. Jakie tam grzechy? Należy się
spodziewać, że tak pięknie pracujący, przekorny, rze­
telny, uczciwy i prawdomówny Get będzie kiedyś zba­
wiony w pierwszej kolejności.
7

Prace drugiego refleksyjnego prześmiewcy Edwarda
Dwurnika można było obejrzeć w galerii Studio. Znala­
zło się tam 14 płócien malowanych przez kronikarza
współczesnego życia. Jego sala zaludniła się tłumem
postaci, typami i charakterami, była też miejscem róż­
nych dziwnych zdarzeń (kar dla faszystów i komuni­
stów, Prawdziwej histońi z Otwocka). Malowidło zamy­
kające wystawę zawiera rejestr grzechów artysty, m . i n .
mniemanie, że wojsko jest najważniejsze, że bijem, bo
musiem, pisma kobiece są cudowne (ma je na biurku),
a Polska jest krajem ochroniarzy. Wszystkie obrazy po­
dzielił Dwurnik na nieregularne szachownice, nadał im
ruchliwe rytmy przesuwających się kwadratów i prosto­
kątów, w które wrysował pędzlem dobroduszne lub zja­
dliwe karykatury osób z różnych środowisk. Bo środo­
wiska i rytmy to dwa ważne elementy sztuki Dwurnika.
Rytmy organizują przestrzeń jego płócien: panoramicz­
nych widoków miast, ze skłamaną, poplątaną zabudo­
wą (czasem przypominającą jakiś ornament), portre­
tów zbiorowych i „płaskich" błękitnych obrazów IIU H 1
bez horyzontu, łamanego tylko grzbietami fal.
Dwurnik śmieje się z siebie i z nas. N a wystawionych
płótnach
według własnego klucza, serki fi­
gurek igrających w swoich „klateczkach". Są tam: ko­
biety jego życia, funkcjonariusze mundurowi, malarze,
rzeźbiarze, plastyczki polskie, politycy sztuki, 154 mę­
czenników i 22 czarownice oraz 450 kamieni szlachet­
nych, m.in. Jan Kott i Kora, Wiłkomirska i kontestator
Liroy, Ficowski, Bryll, Kapuściński i piosenkarka Kay­
ah. Cała ta gromada kręci się, wygina, gra, śpiewa, ma­
luje lub pisze, biega nago i wdzięczy się do widza. Pe­
wien artysta zakrywa sobie newralgiczne miejsce świę­
tym obrazkiem, a inny wygraża mu palcem; znane pi-

522

zgrupował,

Aleksandra imtchewska-Luty * SĄD OSTATECZNY ARTYSTÓW POLSKICH

sarki, plastyczki, skrzypaczki paradują nago jak święty
turecki. I wreszcie, rozlokowane na osobnym płótnie,
mruczą i miauczą wielce urodziwe i sprytne Koty, m.in.
Pipka, Ksipek, Boniek, Pieróg, Leon, Kojak, Kiler,
Teoś i Wycior. Być może to one łatwiej niz my dosta­
ną się do Raju. Tylko co począć z Behemotem?
W drugiej sali galerii Studio znalazło się tylko jedno
dzieło - ogromna, podłużna instalacja, sprawiająca
oszałamiające wtażenie. T o praca Izabelli Gustowskiej,
opatrzona metaforycznym tytułem W podróżyJej
kształt i konstrukcja przypomina ramię dźwigu, a zara­
zem szalę Michała Archanioła, chwiejącą się na boki
wahadłowym ruchem, ważącą złe i dobre uczynki. Na
szczycie owej wagi zainstalowane są tajemnicze Świetli­
k i , błyszczące fioletowo małe ekrany (jakby wideo?),
a w ich wnęttzu miarowo poruszają się cienie ludzkich
stóp. Idą przed siebie czy drepczą w miejscu? Z boku,
przy ścianie można obejrzeć osobliwe urządzenie: ekra­
nik z podłączoną żarówką i zwojem drutów. Jego efekt
optyczny i sposób działania jest sekretem artystki. Or­
ganicznymi elementami potężnej, a zarazem powścią­
gliwie czystej kompozycji Izabelli Gustowskiej są świa­
tło i dźwięk. Można ją oglądać w ostrym blasku lamp
lub w ciemności, a towarzyszy jej szmer niezrozumia­
łych rozmów, nierozpoznawalnych głosów i słów. T o
piękne, tajemnicze, niedopowiedziane dzieło nie pod­
daje się łatwo interpretacji I nie ma potrzeby gruntow­
nie dociekać jego znaczeń, bowiem tłumaczyć „na siłę"
cudzą wizję to tak jakby wyrywać sztuce jej język
Widz może się tylko poddać własnemu przeżyciu,
chwytając tę iskrę, którą nadaje mu artysta, pisarz, po­
eta, muzyk. Bo - jak mowi Janusz Tazbir - nuędzy
twórcą a odbiorcą odbywa się nieuchwytny przepływ
energii, wznosi się swoiste p r z ę s ł o , które istnieje,
czy się to komuś podoba czy nie. Nie trzeba więc upy­
chać wierszy, nut i obrazów po szufladach i schowkach,
bo ukryte przestają zyć.
W ostatniej sali Studia zawisło siedem wielkich pio¬
nowych płócien Gabrieli Morawetz, na których wid­
nieje zwielokrotniony czlowiek-zjawa. Jego ciało odry­
wa się od ziemi i ulatuje z grobu na Sąd Ostateczny.
Podstawowa figura tych kompozycji podlega metamor­
fozie - dzieli się na wiele postaci, z których spadają,
osuwają się całuny i pasy płótna, podobne do tych, ja­
kimi owijano mumie. Bezwładni ludzie wymykają się
nam, pociągają za sobą, może nawet chcą, by ich ści­
gać? D o tej, jak się zdaje, czytelnej alegorii dołączony
jest jeszcze jeden akcent kompozycyjny: rząd czterech
postumentów - symbolicznych kamieni nagrobnych.
Spod ich szklanej powierzchni prześwitują sylwetki
drobnych, delikatnie zarysowanych drzew - znak odra­
dzającego się „życia po życiu".
Gabriela Morawetz czerpie inspirację z tradycyjnego
repertuaru ikonograficznego, ale w pewnym stopniu

523

przetworzonego przez smak X I X wieku, przez jego za­
miłowanie do czarujących idylli i przez gust salonowy.
O d dawna maluje pejzaże do których wprowadza pobu­
dzonych erotycznie ludzi lub postacie mitologiczne
i fantastyczne, całe zastępy nagich nimf, boginek, efebów, elfów, duchów. Modeluje ich eteryczne ciała
światłocieniowo, na poły realistycznie, na poły umow­
nie, zjawiskowo.
Obecnie pokazane obrazy korespondują z hasłem
wystawy, są dobrze rozpoznawalne, i owszem, robią
wrażenie. Ich efekt jest uderzający. Wszelako ich
kształt plastyczny pozostaje kalką XIX-wiecznej figuracji i nośnikiem szczególnego nastroju budzącego nieco
staroświeckie sentymenta, jakim poddawali się nasi
pradziadowie w salonach paryskich i salonach Zachęty.
Gdyby wystawę Gabrieli Morawetz mógł na przykład
obejrzeć, przywołany z zaświatów, świetny malatz fan­
tazji i niesamowitych zjawisk W i l h e l m Kotarbiński,
byłby na pewno zadowolony.
Galeria Teatr Akademia mieści się w starej praskiej
kamienicy przy ulicy Targowej. Tam, na podwórzu
zniszczonej oficyny, Jerzy Kalina stworzył imponujące
rozmachem widowisko. Rzeźbiarz ten jest autorem nie­
konwencjonalnych, często szokujących pomysłów,
przystających do nurtu poszukiwań Kantora, Hasiora
i Szajny, instalacji wzbogaconych ruchem. T y m razem
przy ceglanym m urse oficyny ustawił setki płonących
zniczy na przeciwpożarowych schodach, i na tym tle zainscenizował spektakl dtogi na Sąd Ostateczny, w któ­
rym połączył elementy happeningu, performance art
i ulicznego teatru jednego aktora. Główną rolę odegrał
sam, jako jedyny bohater widowiska, bezimienny Czło­
wiek, Ktoś, Quidam. Posypywał głowę popiołem, po­
tem wspinał się po ognistych schodach do trzech bram
(okien): pieklą, czyśćca i nieba. Nigdzie go nie wpusz­
czono, więc zawrócił. Znicze spadły z hukiem, w górę
wznosiły się kłęby czerwonego dymu, strzelały race
iskier. Na ziemi Człowiek zrzucił nędzne odzienie (jak­
by jego dusza chciała pozbyć się ciała) i spalił je na l u ^ t r " a i Ti y 111 ołtarzu
Do tej fantasmagorii Jerzy Kalina dołączył jeszcze
efekty dźwiękowe: głuche rytmy muzyki, odgłosy prze­
mówień politycznych z czasów PRL-u i stukot kroków
maszerującego wojska. Ten piekielny teatr zapierał
dech w piersiach i przykuwał uwagę wizualnym przepy­
chem; można go było nawet odczuć jako parafrazę
Mamlingowej wizji. Ale chyba za dużo w n i m było „ilu­
stracyjnych" wątków i zbyt wiele dopowiedzeń, które
zakłóciły spoistość i osłabiły symboliczną wymowę dzie­
ła. Kiedy zaproszeni goście zwiedzili już wystawę
i opuszczali budynek, na podwórzu unosił się jeszcze za­
wiesisty zapach siarki.
Zuzanna Janin tworzy rzeźby i obrazy, które zaciera­
ją granicę między odbiorcą a dziełem, pozwala widzowi

OSTATECZNY ARTYSTÓW POLSKICH

Altkwuha Mtłbechowika-Utt) * SĄD

wejść w środek kompozycji. Stosuje „nierealne", ulot­
ne materiały, rozpylone mgły, puder, watę cukrową
i korzysta z biegu czasu zapisanego w kadrach filmo­
wych. W Teatrze Akademia ustawiła namiot z lekkiej,
wiotkiej, ruchliwej materii, na której odbijał się falują­
cy obraz wysyłany z kamery wideo - zwyczajne scenki
z mieszkania jakiejś kobiety zajętej błahymi czynno­
ściami, obracającej się w kręgu swojej byle jakiej co­
dzienności. Pokaz ten nazwała Głupią sprawą, ale do­
bry byłby jeszcze inny tytuł: Memento mori, bowiem
w środku przezroczystego namiotu wirował cień ledwie
rozpoznawalnej czaszki (sterowanej impulsem elektro­
nicznym), który zagarniał i zamykał kolistą obręczą tę
iluzję rzeczywistości. Naprzeciw tej instalacji Zuzanna
Janin zawiesiła wielki okrąg kwiatów (sporządzony
z mieszanych materiałów: fotografii, papieru, folii), wy­
soko spiętrzonych na czyimś grobie, a dołem osuwają­
cych się z owej mogiły.
W galerii na Pradze mogliśmy zobaczyć, jak Jacek
Sempoliński powraca do czasów młodości - w każdym
sensie i w najrozmaitszy sposób. Niedawno odnalazł
glinianą rzeźbę swego popiersia z 1953 roku, piękną
głowę zamyślonego efeba. I znowu chce mieć 26 lat.
Fotografia tego portretu zawisła na wystawie uwiązana
na sznurku; kołysała się w powietrzu, i stała się parabo­
licznym punktem odniesienia do autoportretów, aktów
i studiów intymnego ciała. Wizerunki Jacka wyznacza­
ją jakąś ważną drogę, bieg jego życia i nowy etap arty­
stycznej biografii. Teraz, po latach melancholicznych
nastrojów, zaczerpnął oddechu i nabrał niezwykłej,
prawie euforycznej energii. Studia własnej twarzy - wi­
dzianej „po drugiej stronie lustra" - rozwijają się na
ścianach galerii w logiczny ciąg, w szereg przedstawień,
punktowanych stanami napięcia psychicznego, zawie­
szonych między młodością a dojrzałością, między na­
dzieją a rezygnacją, a także wyrażających wewnętrzne
dramaty, skryte pragnienia, „walkę w człowieku". Bli­
sko autoportretów - tych widziadeł duszy - wiszą po­
dobizny innej głowy nie tak ascetycznej ale batdziej
okrągłej - krótkim ściętym nosem i dużymi oczami
upodobnionej do kulistego kształtu czaszki I jeszcze
jedno czy dwa tajemnicze oblicza bez rysów namalo­
wane tylko plamą i konturem Może są to kryptoautoportrety lub wizerunki kogoś innego — zasłoniętego
ukrytego nieobecnego?
Studia nagiego ciała, fallusa, genitaliów (zestawione
z autoportretami), są silnie umotywowane erotycznie.
Przypominają o tym źródle życia, radości, rozkoszy,
o archetypicznym symbolu płodności, ale wyzwalają też
poczucie grzechu. Charakterystyczne środki artystycz­
nego wyrazu znamy z dawniejszej twórczości Sempolińskiego, jego pejzaży, Czaszek, Ukrzyżowań. Ostatnie ry­
sunki są tak samo energiczne, budowane silnie doci­
śniętą kreską i intensywnym kolorem. Ale wnoszą jesz­

cze coś nowego: na realne, uchwycone z dużym podo­
bieństwem autoportrety - które zatrzymują na mo­
ment jedną chwilę życia - nakładają się czasem jakieś
maski, o których nic nie wiemy. Są typowym dla Sempolińskiego znakiem niedopowiedzenia, milczenia, ci­
szy. Niektóre twarze stają się pustą przestrzenią, płasz­
czyzną, pod którą drzemią utajone emocje. Plastyczną
urodę tych wszystkich studiów podnoszą jeszcze inne
niż zwykle środki techniczne - nowa materia i faktura
służącej za tło półprzezroczystej, groszkowej folii, lekko
wypukłej i migotliwej (czasem naklejanej na papier).
Wystawa Jacka Sempolińskiego gromadzi zespół
znakomitych prac i jest jedną z najpoważniejszych pre­
zentacji dorobku tego malarza. Szczególne znaczenie
dla zrozumienia jej przesłania ma wiodące motto wstrząsający wiersz Janusza Pasierba Przez ogień:
nie zbliża mnie do człowieka
jego moja krew i ciało
tylko ogień
Ten, kto przyjrzy się uważnie tym rysunkom, odkry­
je dla siebie ich głęboki wewnętrzny sens - artystyczne
objawienie współczesnego mitu Erosa i Psyche zbrata­
nych w jednym ciele, jednorodnych imperatywów ro­
zumu i instynktów, splatanych doświadczeń ducho­
wych i zmysłowych, pozornych sprzeczności, których
w ludzkiej naturze nie da się rozdzielić. Sempoliński
równocześnie dotyka absolutu i przestrzeni fizjologicz­
nych. Dlatego w ikonosferze jego dzieł widzi się i prze­
czuwa to, co jest istotą rzeczy - prawdziwą
pełnię człowieczeństwa.
Na koniec tego przeglądu kilka słów o nieobecnym.
Należy żałować, że na wystawie zabrakło dziel Leona
Tarasewicza. Chciał wziąć w niej udział, ale planował
tak ogromną kompozycję związaną z architekturą, że
żadna niewielka galeria by temu nie sprostała. Lubię
i podziwiam jego sztukę, monumentalną a wyrafinowa­
ną i delikatną zarazem. Cenię ją za wysokie walory ma­
larskie i szczególny stosunek do natury, za wrażliwą wi­
zję rodzimej przyrody która sprawia że Tarasewicz jest
- w najlepszym tego słowa znaczeniu — późnym wnu­
kiem Józefa Chełmońskiego spadkobiercą jego twór­
czości z późnego mistycznego okresu Tarasewicz jak
mało kto potrafi w naturalnym odruchu powiązać
i scalić w swoim malarstwie pierwiastki abstrakcyjne
z przenikliwym oglądem rzeczywistego świata Szkoda
że go nie było na naszym Sądzie O n mógłby nam po­
kazać jak wielki widnokrąg nieba szybuje ku ziemi i Sta­
n i a cif* 7

nią w dniu ostatecznym.
każe myśleć o sensie ziemskieeo bytowania i bieeu żv
cia Wybiia sie na niei watek oielerwmek i D
li
rysowany w Kroczących Koro\od2h
P d ńrs wJdri.'

524

OSTATECZNY ARTYSTÓW POLSKICH
Aleksandra Melbeckm-ska-Luty • SĄD

jących czaszkach i szeregach przesuwających się posta­
ci i portretów. Tak powstał zbiór eschatologicznych
drogowskazów vanitas. T o przesłanie kojarzy się z k i l ­
koma strofami cudownego wiersza Cypriana Norwida
Bema pamięci żałobny - rapsod. Tam, w orszaku pogrze­
bowym generała:

pokusom pieniądza, mody, kariery, władzy, łatwego
sukcesu; że nie czynią tego, przed czym przestrzegał
ich Norwid:
Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały;
Przedawać laury starym znajomościom,
Myśląc, że dziejów-ryrm zgłuszą tymbały!

Idą panny żałobne: jedne, podnosząc ramiona
Ze snopami wonnymi, które wiatr w górze rozrywa;
Drugie, w konchy zbierając Izę, co się z rwarzy odrywa,
Inne, drogi szukając, choć p r z e d w i e k a m i
zrobiona...
Te panny to płaczki, narzekalnice, których rzeźbiar­
ską personifikacją są figury stojące przy pomnikach
grobowych, w świątyniach i na cmentarzach. A to, cze­
go szukają, to trakt konduktu, ścieżka cmentarna,
szlak żałobny, droga dobrze znana ludzkości od zarania
dziejów, najdawniejsza z dawnych.
August Strindberg mówił: „malować należy to, co
się widzi w sobie". Dziś bardzo trudno wyrazić własne
ego, tak by się nie powtarzać. Wydaje się, że wszystko
już było. A l e to nieprawda. Artyści uporczywie szuka­
ją nowych rozwiązań. Jedni czerpią z zasobów daw­
nych wyobrażeń, przekształcając je po swojemu, i n n i
stosują nowoczesne środki techniczne dla uzyskania
przejmujących efektów wizualnych i tworzą własną
ikonografię, która czasem wchodzi do trwałych kano­
nów, ale najczęściej trwa moment, chwilę. Obiektem
dtastycznej penetracji staje się ludzkie ciało, jego i n ­
tymność, a także choroba, patologia, cierpienie
i śmierć. I kult brzydoty. Pewna artystka zagraniczna
nagrała na taśmie wideo etapy własnej operacji, nada­
jąc temu zdarzeniu rangę dzieła sztuki; inna (Katarzy­
na Kozyra), podejrzała ukrytą kamerą Łaźnię kobiecą
i męską. Na wystawy przynosi się gnijące truchła zwie­
rząt, odchody, śmiecie. T o szokuje, wywołuje skanda­
le (niekiedy na skalę międzynarodową). Nowe, ekscy­
tujące zjawiska rodzą się w zawrotnym tempie,
a awangarda goni awangardę. Nie wdając się tu w żad¬
ne oceny i etykietki, warto powiedzieć, że to dobrze, iż
ten płomień nie gaśnie

Nie trzeba s t y l u nastrajać ulicznie
Ni Ewangelii brać przez rękawiczkę;
Być zacnym ckliwo, być podłym praktycznie,
Zapełniać p r ó ż n i ę - s e n s u przez p o t y c z k ę ,
] rejterować... lubo - heroicznie!...

Przypisy
1

525

(niski, Kraków 1987,

s. 91
1

M . H i n c z , Glos Pański : Ewangelyi

Adwentowych

/.../, W i l n o

1643, cyt. za: M . W a l i c k i , Hans Mending, Sąd Ostateczny. Nie¬
dokończony rękopis opracował i uzupełnił J. Białostocki, W a r ­
szawa 1981, s. 8-9
1

W a l i c k i , j . w . , s. 16, 27

4

C y k l wystaw p.t. Sąd Ostateczny w galeriach: Kordegarda, Po¬
kaz, Studio i Teatr A k a d e m i a , według koncepcji Elżbiety Dzi­
kowskiej i Wiesławy Wierzchowskiej, Warszawa X I I 1999

-

I 2000
Przygotowanie wielkiej wystawy pod hasłem Sąd Ostateczny
było pomysłem Pań Elżbiety Dzikowskiej i Wiesławy Wierz­
chowskiej, powziętym już w 1995 r o k u . Miała być ona zorgani­
zowana na przełomie stuleci, w terminie o d 17 grudnia 1999 do
17 lutego 2000 r o k u , w salach Galerii Sztuki Współczesnej
„Zachęta". Zaproszono 22 artystów polskich i obcych, którzy
wkrótce rozpoczęli pracę inspirowaną zadanym tematem. Za­
mierzenie to nie doszło do skutku : powodu braku funduszy.
Poprzestano więc na pokazie prac ośmiu polskich twórców
w czterech mniejszych galeriach.
Materiały wystawy opublikowane są w piśmie krytyki „Po­
kaz", numer specjalny, I I I kwattal 1999.
'

Wypowiedź Magdaleny Abakanowicz z 1983 t o k u [ w: | Magda­
lena Abakanowicz, Kroczący,

katalog wystawy, galeria Korde­

garda, z serii wystaw Sad Ósu,tecviy,

Warszawa X I I 1999

-

I 2000, s. 16
"

M . Ratajczak. O mordzie na ibie. Eugeniusz Get Stankiewicz,

Ga­

leria Sztuki Współczesnej „Zachęta", Warszawa 1996, s. 5-26;
cyt. s. 6
7

Dobrze jest też wierzyć w to, że nasi artyści kierują
się czystymi intencjami i nie poddają się nadmiernie

K . W y k a , Młodu Polska, t. I : Modernizm

Rozmowa W . Wierzchowskie, z E. Getem Stankiewiczem [ w : ]
Eugeniusz Get Stankiewicz, Korowody, Galeria Krytyków „Po­
kaz", S B W A , Warszawa, grudzień 1999

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.