http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4983.pdf

Media

Part of Starorzecze [III] / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2

extracted text
ANTONIKROH

- N o , wreszcie powiedział p a n coś mądrego. A to
n i e c h p a n i przyjmie ode m n i e na pamiątkę. Proszę.
- Ależ nie mogę, nie wypada.
- Bardzo panią proszę!

Starorzecze*

- Przecież nie mogę przyjmować prezentów o d nie¬
znajomych.

Bezmiar gorzkiej zadumy,
Kasetka metalowa, Ciało kobiety,
sygnet i pierścionek

- N a t y c h m i a s t podrę, jeśli p a n i nie przyjmie! - huk¬
nął artysta, gotów rzucić się na mamę z pięściami.
Zdjęcie przedstawiało szuwary na jeziorze. K i l k a
źdźbeł, ledwo widoczny ślad poruszonej w o d y i cie¬
n i u t k a kreska h o r y z o n t u . Poza t y m szarość, cisza,
mgła. M a m a nie mogła sobie później darować, że nie
zapamiętała nazwiska autora.
Pojęcia nie m a m , w j a k i sposób Bezmiar Gorzkiej

P

Zadumy

rzed wojną ukazywał się w Warszawie tygodnik
ilustrowany Świat. M a m a jako studentka przez

j a c h Jerozolimskich, kilkaset metrów o d ulicy Szpital¬

parę miesięcy miała t a m praktykę.

nej, gdzie przed wojną była redakcja Świata.

Opowiadała o młodym człowieku, który przyszedł

A t m o s f e r a października 1956 r o k u sprawiła, że po¬

do redakcji z p l i k i e m zdjęć. W i d a ć było, że bardzo po­

stanowiono zrekonstruować f i r m o w y sklep W e d l a .

trzebował pieniędzy. Redaktor jęknął: - N o dobrze,

Miał być staroświecki, przytulny, j a k za czasów Prusa,

dobrze, niechże p a n pokaże te swoje dzieła, skoro już

Sienkiewicza i carskich oficerów. W s t a w i o n o nieczyn¬

p a n był łaskaw nas odwiedzić... M m m m . . . To ostatecz­

ną zabytkową kasę z korbką, udrapowano f i r a n k i , po¬

nie moglibyśmy kupić... Tego nie kupimy... N o , n i e c h

wieszono r y s u n k i Uniechowskiego. Co prawda sprze¬

t a m , kupimy, c h o ć mogłoby być lepsze... D o niczego...

dawczynie miały fartuchy, fryzury i maniery jak w są¬

Jak p a n u nie wstyd? Słabiutkie... To interesujące, ale

siednim warzywniczym, ale zaopatrzenie lepsze, wy¬

się nie nadaje...

strój elegantszy. U W e d l a stało się w kolejce dłużej niż

- Czemu się nie nadaje? - spytała mama.

w zwyczajnym spożywczym, lecz mordęga miała od¬

- Bo w d r u k u straci wszelkie walory i wyjdzie jako

świętny charakter, bo cel był szlachetniejszy.

szary placek. Zdjęcie dobre, nastrojowe, tylko nie do

Fabryka jak dawniej nosiła nazwę: „Zakłady i m . 22

p u b l i k a c j i w czasopiśmie.

Lipca", ale sklep był wedlowski, wyroby na eksport we¬

- Szkoda, bo m n i e się bardzo podoba.

dlowskie. W k r ó t c e rodzina Wedlów wytoczyła proces

Młody fotograf, który błądził w z r o k i e m po suficie,

(Polsce L u d o w e j ! W głowie m i się to nie chciało po­

wypatrując haka, na którym za chwilę wszystkich po¬

mieścić)

wywiesza, niespodziewanie się rozpromienił.

o bezprawne używanie znaku firmowego,

skutkiem czego nazwę „E. W e d e l " zmieniono na „d. E.

- Naprawdę się p a n i podoba?

W e d e l " . N i e b a w e m nastąpiły dalsze metamorfozy, cza-

- Tak. Uważam, że to znakomite zdjęcie.

ry-mary z wielkością liter, kolejnością słów, maskujące

- Jakby je p a n i zatytułowała?

wywijasy wokół „d.", długo by prawić.

- Bezmiar gorzkiej zadumy - powiedziała szczerze.

O b o k sklepu o t w a r t o stylową cukiernię, jedyne

- O c h , jakie to pretensjonalne! - westchnął redak¬

miejsce w Warszawie, gdzie podawano gorącą czekola¬

tor - i p a n i chciałaby pracować w dziennikarstwie?

dę. Siedzę z m a m ą i siostrami, uroczysty nastrój, pła¬

Zanudzi p a n i czytelników na śmierć. Poza t y m - p r o ­

w i m y się w luksusie, rozmawiamy półgłosem, trochę

szę wybaczyć, p a n i Zosieńko, ale osóbce w p a n i w i e k u
doprawdy nie przystoją takie

zdołał przetrwać powstanie, wysiedlenie,

przeprowadzki. Potem wisiał w p o k o j u m a m y w Ale¬

nieśmiało, aż t u wołanie o d sąsiedniego stolika:

cierpiętniczo-przemą-

- W imię O j c a i Syna! Pani Zosieńka?! To p a n i żyje?

drzałe miny.

Coś podobnego! N o proszę, proszę. A mówiono, że

- Z a m k n i j się p a n ! - warknął n e r w o w y młodzieniec.

zginęła p a n i na Czerniakowie. Pamięta m n i e Pani?

- D r o g i przyjacielu. Jeśli p a n u zależy, żebym kupił

Ależ co za pytanie, przecież terminowała p a n i u m n i e

pańskie zdjęcia, to niechże p a n przynajmniej nie pod¬

przed wojną t u , na Szpitalnej, jakże mogłaby Pani za¬

nosi na m n i e głosu. M a p a n w pobliżu sklep Wedla,

pomnieć!

d o m braci Jabłkowskich, inne magazyny. Proszę t a m

Pan redaktor przeniósł filiżankę na nasz stolik,

pójść i łaskawie sprawdzić, czy subiekci krzyczą na

c m o k n ą ł M a m ę w rękę, usiadł zamaszyście.

klientów. Zresztą, weź p a n na zdrowy rozum: czy to

- Przyszedłem porozmawiać z d u c h a m i , i proszę, j a k i

w ogóle możliwe? Z jakiejże racji k l i e n t miałby znosić

powabny d u c h ! Dlaczegóż

afronty ze strony sprzedawcy? Czy widział p a n coś po¬

to duchu zażywasz

dziś ru­

chu? Tak mówi H a m l e t w pierwszym akcie, wersja

dobnego?

młodzieżowa, nauczyłem się o d syna. M a m z n i m krzyż

- Kupujesz p a n , czy nie?

pański, postanowił zostać sławnym a k t o r e m . A p a n

Redaktor się uśmiechnął.

k i m chce zostać, młodzieńcze?

- Kupuję.
32

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

- Alchemikiem.

rodziejski młotek do wybijania niedorzecznych myśli

- W ł a ś n i e mieliśmy wyjść - dodała mama.

z młodocianych głów... Pani Zosieńko, może Pani ma

- To świetnie, bo ja też - ucieszył się domyślny re­

t a k i młotek? Nie? W i e l k a szkoda. Przeplatał te w y w o ­

daktor. Odprowadzę państwa.

dy w y b u c h a m i radości: j a k to wspaniale, że jesteśmy

M a m a miała pewną przykrą dolegliwość. Może nie

sąsiadami, o n mieszka dosłownie parę kroków stąd, na

tyle dolegliwość, co m a n k a m e n t . Niedostatek, który

Nowogrodzkiej 24. Obiecuje solennie, że się p o p r a w i

okropnie jej doskwierał. Była zbyt uprzejma. O wiele

(?), będzie wpadać albo telefonować, c h o ć jest czło­

za uprzejma j a k na w a r u n k i , w których przyszło jej żyć.

w i e k i e m ogromnie zajętym i nie m a skąd dzwonić.

W s t y d powiedzieć: zupełnie nie umiała opędzać się o d

Dotrzymał słowa. W p a d a ł , telefonował.

natrętów i wariatów. Przyjmowała jako rzecz oczywi¬

W k r ó t c e przyszedł podzielić się smutną wiadomością.

stą, że rozmówca jest człowiekiem k u l t u r a l n y m , zrozu¬

Otóż syn wkręcił się do f i l m u . Wygrał jakieś eliminacje,

mie aluzję i nie będzie się narzucać. A p o t e m k o l e j n y

dali m u rolę. Zasmakuje, w głowie m u się przewróci, już

raz nie mogła wyjść z podziwu, że jej przewidywanie

m u stary ojciec tego aktorstwa z głowy nie wybije. Złama­

okazało się nietrafne. Zaskakiwało ją to j a k zima dro­

ne życie, szkoda chłopaka... - A może dostanie po nosie

gowców. Zżymała się na rozmaitych pseudoprzyjaciół

i zrezygnuje? - pocieszała M a m a . - Ależ pani Zosieńko,

i ćwierćznajomych, nie c h c ą c (nie mogąc?) przyjąć do

co też pani mówi najlepszego. O n , zrezygnuje? Nigdy,

wiadomości, że po raz k o l e j n y popełnia t e n sam błąd

przenigdy. Zresztą trudno. Będzie, co ma być.

poznawczy. N a t o m i a s t ja dobrze wiedziałem, że p a n

I t a k oto przez k i l k a lat, c h c ą c nie c h c ą c , śledziłem

redaktor wejdzie za n a m i do mieszkania,

zostanie

początki kariery jednego z najwybitniejszych p o l s k i c h

uprzejmie

prosimy,

aktorów.

potraktowany

(„ależ prosimy,

ogromnie n a m miło, wcale p a n nie przeszkadza, ni¬

Podczas jednej z o s t a t n i c h wizyt p a n redaktor przy¬

gdzie się nie śpieszę"), dostanie herbaty, zasiedzi się,

niósł M a m i e rewelacyjne ziółka z bardzo skompliko¬

będzie gadać o D u n i M a r y n i , zapamięta adres, a póź¬

w a n y m sposobem użycia, który musiałem natychmiast

niej nie znacie dnia a n i godziny.

przepisać na maszynie. - To świetny, wypróbowany

Tymczasem szedł o b o k M a m y , paszczęka m u się nie

środek, zobaczy p a n i . Tylko, p a n i Zosieńko, niechże

zamykała.

p a n i nie będzie gapcia i regularnie zażywa, bardzo pro¬

Nagle przerwał w pół słowa i wykonał głęboki ukłon

szę. Przeczytałem w gazecie, że A d e n a u e r ciężko cho¬

w stronę ubogo, ale schludnie odzianego staruszka.

ry, posłałem. N i e c h wie, że m y Polacy jesteśmy szla¬

- M o j e uszanowanie p a n u ! Co słychać? Jak się p a n u

c h e t n y m n a r o d e m i stać nas na t a k i gest. I wyobraźcie

powodzi?

sobie państwo: dwa tygodnie później czytam w Expres-

Staruszek uchylił kapelusza, mruknął coś.

sie, że stan zdrowia A d e n a u e r a znacznie się poprawił.

- A jak łaskawy p a n znajduje sklep i cukiernię?

N i e w i e m , czy o d ziółek, czy o d tego, że t e n człowiek

- Jeszcze nie oglądałem, jakoś się nie złożyło - wy¬

na łożu śmierci zapewne miał wyrzuty sumienia i cze¬

mamrotał opryskliwie staruszek i minął nas bez zatrzy¬

kał na jakiś gest z Polski. Może jedno i drugie.
W k r ó t c e wyprowadziliśmy się z A l e j , p a n redaktor

mania.
- W i e c i e państwo, k t o to był? Pan W e d e l we własnej

nie zadzwonił do M a m y p o d n o w y adres, zaś Adenau¬

osobie. Mieszka t u , w swojej przedwojennej kamieni¬

er, m i m o ziółek, zmarł.

cy. N i e w i e m detalicznie - może w stróżówce, a może

Kasetka metalowa

m u przydzielili p r z e c h o d n i pokój z używalnością kuch¬
n i i łazienki.
- Prawdziwy W e d e l , nie 22 Lipca? - spytałem.

Przenośna, zamykana na jeden klucz. Pełno t a k i c h .

- N o wiesz, synku! - napomniała m n i e M a m a i spoj¬

W y k o n a n e z grubej emaliowanej blachy, służą do pod¬

rzała trochę weselej.

ręcznego przechowywania pieniędzy, biletów, kwitów.

- Prawdziwy - odpowiedział poważnie p a n redaktor.

W t e d y takie kasetki nazywały się „ogniotrwałe" albo

- To czemu p a n pytał, j a k m u się powodzi? To prze¬

„pancerne". H a , były to czasy wiecznych ołówków,

cież oczywiste.

a t o m o w y c h okularów słonecznych, niemnących tka¬

- Bo tego wymaga grzeczność, młodzieńcze.
ność nie jest nauką

łatwą ani

Grzecz­

n i n i i n n y c h d u m n y c h nazw.

małą.

Leżała na dnie szafy. Parę razy pytałem M a m ę , co

- Faktycznie - powiedziała M a m a i łypnęła w b o k .

w niej jest.

A p o t e m spytała:

- N i e wtykaj nosa do cudzego prosa.

- Może Pan wpadnie do nas na chwilę?

Rozeszliśmy się w różne strony, M a m i e przypadła

Pan redaktor krygował się staroświecko: gość nie

kawalerka na M u r a n o w i e . Pierwsze piętro, b a l k o n , ci¬

w porę gorszy Tatarzyna, pewne zwierzę i gość nigdy

sza, drzewa za o k n e m .

nie ma dość - ale przecież dał się ubłagać, wszedł, za¬

Zaprosiłem ją na lato do Zakopanego, ale powie¬

siadł na h o n o r o w y m miejscu, dostał angielskiej herba¬

działa, że o d czasu do czasu znajduje w drzwiach

ty z paczki i przez bite dwie godziny opowiadał o swo¬

skrawki papieru albo ułamane zapałki. Stary złodziej¬

i m synu. O c h , gdyby gdzieś można było pożyczyć cza-

ski sposób sprawdzania, czy lokator jest w d o m u .

33

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

- Boję się wyjeżdżać na dłużej. Namierzają m n i e .

wprost. Mężczyzna m a być mężczyzną, a dopiero po¬

Jeździła więc do przyjaciółki na działkę w Komoro¬

t e m ewentualnie poetą.

wie. Co dzień, d w a wracała podlewać k w i a t k i , opróż¬

N o i tak.

n i a ć skrzynkę na listy, puszczać głośno radio i wyjmo¬

Wiesz, zeszłego r o k u zdarzyło m i się coś bardzo

wać papierki z drzwi wejściowych.

dziwnego. Idę ulicą, m a m pełną głowę kłopotów, mar¬

Któregoś d n i a niespodziewanie wpadłem do War¬

nie się czuję - i nagle n i z tego n i z owego staje m i

szawy. Zapukałem, M a m y nie ma. Wyciągnąłem z ple¬

przed oczyma t e n wiersz. Chwilkę wcześniej nie wie¬

caka klucze, c h c ę otworzyć, o t w a r t e . D r z w i balkono¬

działam, że znam go cały na pamięć. Zrobiło m i się sła¬

we też o t w a r t e . W mieszkaniu ślady włamania. Za¬

bo, przysiadłam na ławce, zażyłam lekarstwo. A po

dzwoniłem po milicję, p o t e m do K o m o r o w a . M a m a

dwóch d n i a c h w gazecie n e k r o l o g A d a m a . N i e myśla¬

przyjechała, gdy ekipa kończyła oględziny.

łam o n i m , nie widziałam go o d wojny, chociaż miesz¬
kał w Warszawie. Chyba umierał właśnie wtedy, gdy

- Co p a n i zginęło?

m i się to stało. Strasznie jesteśmy mądrzy, latamy na

Najcenniejsze rzeczy były t a m , gdzie je pochowała:
dolary w kuble na śmieci, sygnet w kaszy gryczanej,

księżyc, ale nie m a m y zielonego pojęcia o podstawo¬

złota obrączka babci w kieszeni fartucha.

w y c h sprawach. Pewnie, że nalej. N i e pytaj. C h o r y c h

- U k r a d l i metalową kasetkę. Leżała w szafie.

pytają.
N i e chcę cię martwić, synku, ale wy, mężczyźni, je¬

- Co było w tej kasetce?

steście czasem strasznie d u r n i . Takie bałwany, że tylko

- Listy miłosne mojego świętej pamięci męża. Z pod¬
chorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim.

stanąć i podziwiać w n i e m y m zachwycie. Pawian za¬

- Coś więcej?

dręczał się przez k i l k a lat, czy wyjdę za niego. Otóż nie
zwrócił się z t y m p r o b l e m e m do m n i e , osoby bądź co

- Chyba nic więcej.

bądź k o m p e t e n t n e j , tylko do wróżki. Ta za odpowied¬

Podpisaliśmy protokół, wyszli. M a m a zdjęła z półki

nią opłatą powiedziała, co chciał usłyszeć, że mianowi¬

k i l k a tomów, zanurkowała, wyjęła butelkę k o n i a k u .
- O d p a r u lat myślałam, żeby je spalić. A l e jakoś

cie planety m u sprzyjają i m a m n i e j a k w b a n k u . Pla¬

t r u d n o m i było. Skocz, k u p żółtego sera na zagrychę.

nety może sprzyjały Pawianowi, ale ja zaczęłam sprzy¬

Poszedłem na dłuższy spacer. G d y wróciłem, już nie

j a ć t w o j e m u ojcu, więc Pawian poważnie się zaniepo¬

płakała. Nalała k o n i a k u , pokroiła ser w kosteczki. Z zi¬

koił, jeszcze raz poszedł do wróżki. Przyjęła drugie ho¬

m o w y c h , m o c n o zniszczonych butów wyjęła srebrne

n o r a r i u m i po raz d r u g i zapewniła go solennie, rzuca¬

secesyjne widelczyki.

j ą c na szalę całą swoją wiedzę fachową i autorytet mo¬

- Ależ o n i musieli być wściekli! Tyle przygotowań,

ralny, że tylko o n , Pawian, się liczy, zaś A n t e k to prze¬

nadziei. Wreszcie skok, wszystko idzie j a k z płatka. Po¬

l o t n y dziewczęcy kaprys.

r w a l i kasetkę, więcej nie szukali. Fart! W i o na melinę!

G d y ogłosiliśmy z A n t k i e m datę ślubu, Pawian się

Pewnie jeden dłubał, i n n i go popędzali. Trzask, zamek

upił, dostał szału i pogalopował do wróżki. Mieszkałam

ustąpił. M a c i e , dzielcie się!

w t e d y z tatusiem, czyli t w o i m dziadkiem, w h o t e l u sej¬

Twój ojciec tyle lat nie żyje, a wciąż się m n ą opie¬

m o w y m . Drzemię sobie na kanapce o szarej godzinie,

kuje. N a l e j jeszcze.

aż t u wdziera się do p o k o j u jakieś przerażone, rozczo¬

Było i c h trzech przyjaciół: A d a m , Pawian i A n t e k .

chrane babsko. - Z a k l i n a m panią, n i e c h p a n i natych¬

A d a m i Pawian studiowali polonistykę, pisywali wier¬

miast zerwie zaręczyny i wyjdzie za tamtego. To strasz¬

sze.

n y człowiek. O n gotów na wszystko. Panią zabije, sie¬

Mieli,

j a k to się mówiło na kresach,

głowy

bie zabije, a co gorsza, m n i e zabije!

w c h m u r a c h i morze po kolana. A n t e k był na politech¬
nice i dobrotliwie się z n i c h podśmiewał. Później m i się

Opowiedziałam to A n t k o w i . W p a d ł w furię, wy¬

zwierzył, że też chciał być polonistą, ale ojciec uznał, że

krzykiwał, że Pawian jest cymbał, idiota, k r e t y n (to by­

to nieodpowiednie dla mężczyzny. Zresztą o jejku, poli¬

ły straszliwe wyzwiska), że m u mordę skuje. Ledwie go

technika, polonistyka, wielka m i różnica. Pewna moja

ubłagałam, żeby dał spokój.

koleżanka, nie p o w i e m ci k t o bo ją znasz, jako pensjo¬

Chodźmy na obiad. Muszę zjeść coś gorącego, a go¬

narka przeżyła dramat: przez parę tygodni wkuwała za¬

tować m i się nie chce.

wzięcie historię literatury polskiej, a p o t e m długo pła¬

Najbliżej była restauracja „Smok" na

Smoczej,

kała w poduszkę, bo się okazało, że jej A p o l l o studio¬

chluba M u r a n o w a . Usiedliśmy. M a m a włożyła okulary

wał nie polonistykę, lecz politechnikę, spór klasyków

i zaczęła studiować kartę.

z r o m a n t y k a m i nic go nie obchodził, natomiast był

- Czy możesz m i wyjaśnić, co to jest kotlet z gramatu¬

przekonany, że najlepszy sposób na dziewczynę to dwu¬

rą? - To znaczy, że t e n k o t l e t w ogóle waży. - Głodna

godzinny wykład o k r a t o w n i c a c h mostowych.

jestem, proszę mniej gramatury, a więcej kotleta. Spiecz

A d a m wydrukował erotyk w Wiadomościach Lite¬

to pewnie z pieczarkami....

Konsument

ma prawo

wybo­

r a c k i c h . Koledzy d o w c i p k o w a l i , a ja domyśliłam się o d

ru dodatków

razu, że to do m n i e . Wręczył m i egzemplarz, czekał co

wiedział: może by ją tak rozciągnąć na pracę zawodową

do dań głównych.

Piękna zasada. Co byś po¬

p o w i e m . N i e doczekał się, ponieważ to ja do cholery

i życie osobiste? Piwo sprzedaje się tylko do

czekałam aż zbierze się na odwagę i oświadczy m i się

N o , proszę - tutaj przymus, a w Pewexie, jak kupujesz

34

konsumpcji.

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

koniak, to możesz go skonsumować albo nie, w o l n a

Niektóre strony miały okienka, które można było

wola. Wiesz, tutaj piszą, że jeśli chcemy zachować pra¬

otwierać. Otworzyłem płuca, p o t e m n e r k i , zaglądam

w o do reklamacji, to nie w o l n o n a m zjeść więcej niż

co w środku. O t w i e r a m brzuch, patrzę - dziecko, zwi¬

jedną trzecią dania głównego. Jacy o n i m i l i . Wypadało¬

nięte w kłębek j a k śpiący kociak, ale już gotowe wy¬

by się czymś zrewanżować. Zrobię korektę tej karty.

rwać się na świat, głową w dół.

Myślisz, że się ucieszą? T u jest napisane jak się nazywa

- N i e masz się do czego śpieszyć - powiedziała Babcia

k i e r o w n i k lokalu, szef k u c h n i i k t o jest odpowiedzialny

opryskliwie. N i e zauważyłem, jak podeszła. - O d d a j to.

za recepturę. A l e zapomnieli podać k t o przepisywał na

Obejrzysz jak dorośniesz albo po mojej śmierci. A jeśli

maszynie. Odpowiedzialna

pójdziesz na medycynę, to ci o p o w i e m o wszystkich

za ortografię

Mańka

Alfabeta.

Zobaczysz, że tej karcie poświęcą najbliższą operatywkę

m o i c h porodach. N a razie jesteś na to za smarkaty.

i sytuacja ulegnie dalszej systematycznej poprawie. Bę¬

Ostatnie miesiące życia spędziła w S a n a t o r i u m

dzie w t y m jakaś cząstka mojej zasługi.

Przeciwgruźliczym i m . L u d w i k a Waryńskiego przy uli¬

Ciekawe, dlaczego kobiety tak długo przechowują

cy PZPR n r 16 w O t w o c k u . N a tej samej ulicy było Sa¬

listy miłosne. Pierwszym listem narobiłam A n t k o w i

n a t o r i u m i m . Feliksa Dzierżyńskiego oraz k i l k a in¬

kłopotu. Wielmożny Pan A n t o n i K r o h , Szkoła Pod¬

nych, także i m i e n i a sławnych rewolucjonistów. K t o

chorążych Rezerwy A r t y l e r i i , Włodzimierz Wołyński.

i dlaczego je tak ponazywał, t r u d n o powiedzieć, c h o ć

Stoją chłopaki w dwuszeregu, porucznik rozdaje listy. -

co racja to racja, wszyscy u h o n o r o w a n i b y l i gruźlika¬

Wielmożny Pan, wystąp! Cisza. - Co, Wielmożny Pan

m i . D o S a n a t o r i u m i m . L u d w i k a Waryńskiego wcho¬

ogłuchł! Wystąp! A może Wielmożny Pan nie raczy?

dziło się albo przez bramę, o b o k gazetki ściennej Za­

D a l i m u przeze mnie wycisk. Jeszcze tego samego dnia

chowanie się obywatela po ogłoszeniu

telegrafował, żeby listy adresować kapral podchorąży.

albo na skróty, przez jedną z licznych dziur w siatce,

alarmu

atomowego,

zrobionych przez kuracjuszy wymykających się do mia¬

O c h , synku. Opowiedzieć ci jeszcze o m o i c h ado¬

sta po wódkę.

ratorach? Bo jeśli myślisz, że to wszystko, to się gruuubooo mylisz...

Gasła p o w o l i . Pod niektórymi względami umarła

Podszedł kelner.

kilkanaście l a t przed śmiercią. Gdy ją widziałem ostat¬

- Chciałbym państwa skasować, bo zaraz będzie dzia¬

n i raz, już nie mogła mówić. Miała w sobie k r e w tatar¬

łalność rozrywkowa.

ską, a przed śmiercią jej twarz stała się jeszcze bardziej
orientalna: wystające kości policzkowe, jastrzębi nos
i wielkie, szklane oczy j a k u wypchanego drapieżnika.

Ciało kobiety

N a w e t ręce zmieniły się w szpony. N a l e p k i m szpital¬

To nie tytuł brukowej powieści a n i t o m i k u młodo¬

dła, a ja chętnie byłbym zjadł. O b o k pomarańczy róża¬

n y m nakastliku leżały pomarańcze. Babcia i c h nie ja¬
niec, papierosy i m o d l i t e w n i k .

p o l s k i c h wierszy, lecz atlasu anatomicznego, należące¬
go do Babci; w y d a w n i c t w o A r c t a , Warszawa

Było jasne, że wkrótce umrze, wszyscyśmy się tego

1906.

spodziewali. Gdy więc wywołano m n i e z l e k c j i trygo¬

W p a d ł m i w ręce, gdy miałem dziesięć, może jedena¬

n o m e t r i i do sekretariatu, domyśliłem się. Za b i u r k i e m

ście lat. O g r o m n i e lubiłem oglądać atlasy. Geograficz¬

siedziała p a n i profesorka o d polskiego, za d r u g i m biur¬

ne. N i e wiedziałem, że prócz n i c h istnieją jeszcze ja¬

k i e m sekretarka, a p o d ścianą stała woźna. Wszystkie

kieś i n n e . Kobieta jako nieznany ląd - coś w sam raz

trzy gapiły się na m n i e dłuższą chwilę, z czegoś zado¬

dla mężczyzny w m o i m w i e k u .

w o l o n e . Czekałem. Aż wreszcie p a n i profesor powie¬

N a okładce dama w ciemnej brązowej spódnicy,

działa właściwym sobie t o n e m : „Dzwoniła twoja mat¬

białej bluzce z k o r o n k o w y m żabotem, eleganckim ka¬

ka, kazała c i powiedzieć, żebyś po szkole nigdzie się nie

peluszu. Patrzy w d a l . A n i się domyśla, że ją podglą¬
dam. Otwieram -

włóczył, tylko żebyś przyszedł prosto do d o m u . Zrozu¬

ta sama kobieta, ale bez b l u z k i

miałeś? N o . Żadnego szwendania. Żebym p o t e m nie

i spódnicy, a n a w e t bez skóry, cała w czerwono-niebieski deseń:

układ krwionośny.

słyszała skarg." Taką znalazły formę, żeby m i oznajmić

O d w r a c a m . Też

to, o czym już wiedziałem.

układ krwionośny, o d tyłu. N a następnej stronicy -

Babcia urodziła się w Piotrkowie T r y b u n a l s k i m . Jej

same mięśnie. Z przodu. Z tyłu. Kiszki, płuca, wątro¬

ojciec, M a r i a n Bobiński h e r b u Leliwa, wysadzony

ba. Z przodu. Z tyłu. Wszędzie pełno cyferek, obja¬

z siodła po p o w s t a n i u styczniowym, był carskim gryzi¬

śnienia n a marginesie. Aż wreszcie koniec niesamo¬

piórkiem nędznej rangi. Miał furę dzieci. O g r o m n i e

w i t e j w y p r a w y - białe kości, też pieczołowicie ponu¬

lubił grać w karty. Kiedyś przegrał całą miesięczną

merowane.
I z p o w r o t e m - kościotrup, kiszki, mięśnie, krew, aż

pensję i nie mógł zapłacić czesnego w gimnazjum. Po¬

,ZI,03BOJieHO UeH3ypoio.
BapinaBa, 14 MapTa 1906 roga. A o d f r o n t u jakby

inaczej koniec babcinej edukacji. D y r e k t o r zgodził się

do poszarpanej

szedł do dyrektora ukorzyć się, prosić o prolongatę,

okładki.

p o d w a r u n k i e m , że Babcia przejdzie na prawosławie.

nigdy n i c - staroświecka modnisia patrzy n i e o b e c n y m

I pradziadek przystał na t o . Powiedzielibyśmy dzi¬

w z r o k i e m . N a d nią secesyjne litery C I A Ł O K O B I E T Y

siaj, że zawarł rozsądny k o m p r o m i s . Babci, rzecz jasna,

i pieczątka księgarni w C h e ł m i e .
35

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

n i k t o zdanie nie pytał. Skutek był t a k i , że koleżanki

Dziadek chciał postudiować w Heidelbergu, pasjo¬

P o l k i okrzyczały Babcię zdrajczynią i przestały się do

nowała go historia średniowiecza, ale niespodziewanie

niej odzywać, a Rosjanki uznały ją za farbowanego li¬

nadeszła wiadomość, że zmarł jego ojciec i trzeba ob¬

sa. A l e ludzie porządni przecież istnieją na t y m świe¬

j ą ć majątek.

cie: Babcia wspominała z sentymentem jakąś Nataszę

Babcia, głęboko wierząca katoliczka, m o m e n t a m i

Michajłownę, z którą się przyjaźniła i której pisywała

bigotka, miała w papierach wyznanie prawosławne.

wypracowania, aż profesor zawodził:

Zjechała do prawosławnej wsi, gdzie tylko dwór był

- Natasza Michajłowna, w i e d ' w y russkaja, da pacze-

k a t o l i c k i . I to swoje prawosławie ukryła, licząc, że ni¬

mu-że u was pałanizmy?

k o m u nie przyjdzie do głowy zaglądać p a n i dziedziczce

Pradziadek Bobiński w ogóle miał lekką rękę do

w dokumenty. Udało się. A l e przed samą drugą wojną

pieniędzy. Kiedyś, zamiast jakiegoś niezbędnego spra¬

światową, gdy władze Rzeczypospolitej podjęły rękami

w u n k u , przyniósł do d o m u porcelanowe

czerwone

żołnierzy haniebną akcję burzenia c e r k w i na kresach,

jabłko; córeczka była chora, chciał ją pocieszyć. Słusz¬

Babcia, która miała dość powodów, aby prawosławia

nie uczynił - niezbędny sprawunek okazał się nie t a k i

nie cierpieć i nie manifestować solidarności z ruską

znów niezbędny, a porcelanowe jabłko o d stu kilku¬

wiarą - postawiła się ostro.

dziesięciu lat podtrzymuje na d u c h u kolejne generacje

Piotr Stawecki (Następcy

c h o r y c h dzieci w naszej rodzinie.

Warszawa

Komendanta,

1969) napisał o t y m wydarzeniu:

Babcia wyniosła z gimnazjum, rzecz ciekawa, ostrą

Nawet niektórzy

obszarnicy odnosili się do

moskalofobię, a jednocześnie miłość do k u l t u r y rosyj¬

ści wojska nieprzychylnie

skiej. Jedno nie przeszkadzało drugiemu. Znała na pa¬

zdaniem

raportu

lub z rezerwą.

wojskowego

działalno¬

Część

— akcję

z nich

-

rewindykacyjną

m i ę ć obszerne fragmenty Puszkina, L e r m o n t o w a , M a j -

»sprowadza

do spraw interesów

kowa, a jednocześnie nie lubiła Szekspira, ponieważ

go państwa«.

Jako przykład

pierwszy raz usłyszała go po rosyjsku. G d y M a m a przy¬

licjana Lechnickiego

— Serebryszcze.

Mieszkająca

tam je­

niosła bilety na H a m l e t a , zareagowała wyniośle:

go żona oświadczyła

wprost, że przez »odebranie

świątyni

- O c h , już raz byłam, bardzo słaba sztuka. Pamiętam,

prawosławnym

wyszedł na scenę jakiś podejrzany grubas, z ochrany czy

przyłożyć

swojego majątku,

przytaczano

stałaby się im krzywda,

nie może«.

swoje­

wieś senatora Fe­

do której ona

Podobne stanowisko

ręki

zajęli też i nie­

co, wyglądał trochę jak szwajcar hotelowy, trochę jak

którzy inni ziemianie. Ta postawa obszarników

podykto¬

wachmistrz, popatrzał na wszystkich świdrującym wzro¬

wana była chęcią utrzymania dobrych stosunków

z ludno¬

k i e m , aż się zlękłam, że zacznie robić rewizję, patrzał tak

ścią prawosławną,

i patrzał i nagle jak nie wrzaśnie: Byt' i l i nie byt' - w o t

liwość.

w czom wapros!" Co za głupie stawianie sprawy - jak

skiej i ich [! - tak w tekście] zemsty, zdarzało

gdyby można było wybierać między byciem a niebyciem.

że podpalano zabudowania

aby zapewnić

Obszarnictwo

sobie jej lojalność

bało się strajków

ludności

i życz¬
ukraiń­

się bowiem,

itp.

U m za razum zaszoł - typowe dla Moskali. Po polsku to

Myśl Piotra Staweckiego, jeśli ją dobrze zrozumia¬

się nazywa łapanie lewą ręką za prawe ucho. Zupełnie

łem, daje się wyłożyć mniej więcej tak: skoro ktoś po¬

nie w i e m , czym się t u zachwycać.

siadał tysiące morgów, pałac i konie p o d wierzch, to
z definicji był podlecem, niezdolnym do uczuć wyż¬

Po skończeniu (albo nie skończeniu, t r u d n o m i po¬
wiedzieć) gimnazjum, Babcia znalazła się, nie w i e m

szych. A jeśli niektóre jego czyny zdają się świadczyć

w j a k i sposób, na Uniwersytecie Jagiellońskim i t a m

o czymś innym? Wówczas z pewnością kryje się za n i m i

poznała Dziadka Felicjana, który także studiował - co

jakaś m o r a l n a machlojka. Gdyby więc n p . żona senato¬

prawda bez matury, bo został wyrzucony z radomskie¬

ra Lechnickiego przyłożyła rękę do zburzenia serebry-

go gimnazjum z wilczym b i l e t e m za organizowanie

skiej cerkwi, byłaby nacjonalistką i katolicką fanatycz¬

strajku szkolnego; ale wówczas w K r a k o w i e nie wyma¬

ką. Skoro zaś cerkwi broniła, to oczywiste, że powodo¬

gano m a t u r o d studentów, zwłaszcza Królewiaków.

wał nią ciasny klasowy interes, o p o r t u n i z m , świętospo-

Wzięli skromny ślub w b a r o k o w y m kościele świętego

koizm oraz zwykłe tchórzostwo. Piotr Stawecki a n i

Floriana i wyjechali do M o n a c h i u m , bo

Dziadek

mnie a n i ziębi a n i grzeje. Przesyłam m u ukłony i po¬

chciał studiować dalej. T a m urodziła się i c h pierwsza

zwolę sobie skorzystać z okazji, by przypomnieć, że nie¬

córeczka, Ciocia Jadzia. K i e d y po październiku pięć¬

zależnie o d epok i klas istnieje coś takiego jak prawość,

dziesiątego szóstego r o k u pootwierały się różne możli¬

godność, i n s t y n k t czynienia dobra, odwaga.

wości i w N o w y m Targu organizowano wycieczkę do

Babcia, jak ją pamiętam, była już chyba zupełnie

NRF, Ciocia zapisała się, nie bacząc na spore koszta,

niezdolna do j a k i c h k o l w i e k zdecydowanych czynów -

ponieważ bardzo chciała zobaczyć miasto swojego uro¬

ani dobrych, a n i złych. Wyrzucenie z majątku, śmierć

dzenia. N i e pojechała; p e w i e n wpływowy obywatel

jedynego syna, powstanie, tułaczka popowstaniowa, los

stwierdził, że Ciocia, jako urodzona w M o n a c h i u m

C i o c i Tereni, która wyszła do powstania i wylądowała

i znająca trzy języki obce jest elementem n i e p e w n y m

w Londynie bez możliwości p o w r o t u , n o w y p o w o j e n n y

i może wybrać wolność. W e p c h n ą ł się na jej miejsce,

ład, który m n i e wydawał się czymś oczywistym, bo

wyjechał i rzecz jasna wybrał wolność, c h o ć a n i jedne¬

w n i m wzrastałem, ale w oczach Babci był jedną wiel¬

go obcego języka nie znał.

ką potwornością, barbarzyństwem, apokalipsą; bieda

36

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

Sygnet i pierścionek

w rodzinie, aresztowanie Stryja Zdzisława i jego proces,
stała groźba aresztowania Dziadka Felicjana - Boże ko­
chany, można sobie wyobrazić, czym to wszystko było

Córki pana Wańkowicza k i l k a razy spędzały lato

dla starej, nieporadnej kobiety. Mówiło się w rodzinie,

u ciotek w Bezku. Pan Wańkowicz później to opisał,

że zestarzała się szybko przez tę tatarską krew; ale mnie

ale przedtem chciał się c i o t k o m zrewanżować, więc

się dzisiaj wydaje, że demencja Babci była po prostu jej

ofiarował i m złoty sygnet z Zadorą, h e r b e m Lechnic-

reakcją na rzeczywistość. N i e czytywała gazet, nie słu­

k i c h . Dzisiaj zrewanżować się znaczy d a ć łapówę czyli

chała radia, z tego co się w Polsce Ludowej działo nie

wręczyć korzyść materialną urzędnikowi albo komuś

usiłowała czegokolwiek zrozumieć; godzinami stawiała

i n n e m u , dajmy na to za miejsce w k l i n i c e . Uprzejmie

pasjanse, paliła papierosa za papierosem, a po każdym

wyjaśniam, że kiedyś czasownik t e n znaczył co innego.

sztachnięciu kaszlała straszliwie i spluwała długą, sprę¬

Z n a j o m y polonista opowiadał, że przed ćwiczeniami

żystą śliną do stojącego u jej stóp bordowego n o c n i k a .

z pozytywizmu zrobił s t u d e n t o m test językowy i dostał

Lubiłem

się

t e m u przyglądać.

Plwocina

opadała

takie oto odpowiedzi: być na kondycji znaczy dobrze się

i wznosiła się jak piłka na gumce; było to frapujące, ani

odżywiać, wracać do sił; maść końska

trochę nie obrzydliwe, bo naturalne.

końskie przypadłości, lek weterynaryjny; była mu po¬

Posłała Babcia A n i ę po cukier do sklepu za rogiem.

wolną - była leniwa, m a r u d n a ; jechać

- smarowidło na
rzemiennym dysz¬

M i j a godzina, druga godzina, trzecia godzina. A n i a by¬

lem - b r a k odpowiedzi; samotrzeć

ła bardzo zasadnicza oraz kryształowo uczciwa - więc

tycznie bez partnera. Pozwalam sobie objaśnić, co zna¬

- zaspokajać się ero¬

gdy dochodziła do lady, a ktoś prosił żeby go przepu¬

czył czasownik „zrewanżować się", ponieważ książka

ścić, podając niezwykle ważne p o w o d y - wpuszczała,

pana Wańkowicza została m i a n o w a n a lekturą szkolną,

ale na swój wyłączny koszt, nie na koszt ludzi, stoją¬

być może jest czytana przez nauczycieli, chciałbym

cych za nią. To znaczy ustępowała miejsca, a sama szła

uniknąć nieporozumień.

na koniec ogonka.

Można sobie wyobrazić, ile się państwo Wańkowi-

Wieczór zapadł, gdy A n i a wróciła do d o m u . Roz¬

czowie nagłowili. C i o t k i dawać owszem umiały, ale

gwieżdżone niebo było n a d nią, p r a w o moralne w niej,

brać...

cukier w koszyczku. - N a miłosierdzie Boskie! - krzyk­

Tak zwany praktyczny prezent (np. k u p o n bielskiej

nęła Babcia - a cóżeś ty robiła tyle czasu?

wełny, r a d i o o d b i o r n i k ) był absolutnie wykluczony. Sy¬

- Kupowałam cukier w zgodzie z własnym sumie¬

gnet miał tę zaletę, że C i o t k i nie mogły go nie przyjąć,

n i e m . A może Babcia zna jakieś inne sposoby kupowa¬

m i m o iż był drogi - ponieważ jego wartość materialna

nia cukru? Jeśli tak, to słucham. N o , słucham.

i , jeśli w o l n o się tak wyrazić, w y m o w a ideologiczna,

- Już d a w n o m a m t e n cukier, nie trzeba się było tak

tworzyły nierozerwalną całość. Państwo W . odczekali

wysilać - mówi Babcia - wysłałam Basię, poszła i przy¬

pół r o k u i d a l i go na gwiazdkę; odbiór dziewczynek

niosła po kwadransie. (Basia, robotnicze dziecko, była

z w a k a c j i i równoczesne wręczenie sygnetu byłoby

naszą sąsiadką i szkolną koleżanką A n i ; często do nas

o g r o m n y m n i e t a k t e m i sprawiłoby C i o t k o m wielką

zaglądała).

przykrość, mogłoby stać się przyczyną zerwania sto¬

- Czy tak? - pyta A n i a Basię, a głos m a t a k i , że n i e c h

sunków.

się Savonarola schowa. Basia uśmiecha się skromnie

Obie strony odetchnęły. Państwo W . m i e l i p r o b l e m

i mówi:

z głowy, zrewanżowali się d r o g i m prezentem, nato¬

- N o pewnie, podeszłam z b o k u . Przecież Babcia nie

miast C i o t k i mogły go przyjąć bez uszczerbku na hono¬

miała czym herbaty osłodzić. Widziałam cię, ale t y

rze, ponieważ u p o m i n k i gwiazdkowe należy przyjmo¬

mnie nie zauważyłaś.

wać z entuzjazmem. Zresztą obie pracowały fizycznie,

A n i a blednie.

ubierały się po wiejsku, miały ręce jak chłopki. Sygnet

- Ty złodziejko ludzkiego czasu!

był po to, aby był. D o niczego więcej się nie nadawał.

Basia rozumie tylko tyle, że nazwano ją złodziejką,

Prezent

to zaszczyt o b u s t r o n n y -

dla dającego

więc przez k i l k a sekund milczy, oczy wytrzeszczając,

i biorącego. Bardzo tego przestrzegano. Dziadek opo¬

a p o t e m w y b u c h a szlochem i rzuca się do drzwi.

wiadał, że p a n i Piłsudska w Sulejówku poleciła kraw¬

- A Babcia ją jeszcze demoralizuje! Babcia czerpie

cowej przerobić swój znoszony płaszcz (sukienkę?) na

korzyść z przestępstwa!

p a l t o c i k dla córeczki. K r a w c o w a wykonała obstalu-

- Jezusie M a r i o , jaką korzyść, z jakiego przestępstwa?

nek, ale widząc że państwu się nie przelewa, dodała

- b i a d o l i Babcia.

trochę swojego materiału, żeby starczyło na p a l t o c i k

- A c h , więc Babcia uważa, że można wciskać się bez

dla drugiej p a n i e n k i i nie chciała za to pieniędzy. Pani

kolejki? Ze nie jest to grzechem przeciwko miłości bliź¬

Piłsudska uprzejmie podziękowała, a gdy k r a w c o w a

niego? Czy tak?

wyszła, poleciła a d i u t a n t o w i , by tej kobiety nigdy wię¬

- Przecież o n i n a m wszystko zabrali.

cej nie wpuścił za próg.

- Co zabrali?

Dopiero k o m u n a sprawiła, że C i o t k i obwiesiły się

- Serebryszcze.

kosztownościami. Gdy je wypędzano z Bezka i Kamien¬

- K t o Babci zabrał Serebryszcze? C i ludzie z kolejki?

nej Góry, jedna nasadziła sygnet na palec k l e j n o t e m do
37

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

środka, udawał obrączkę. D r u g a włożyła lnianą koszulę

zawiadamiające obywatelkę... że dnia... (dał jej trzy ty­

zapinaną na złote m o n e t y pracowicie obciągnięte nitką.

godnie) w zajmowanym przez nią l o k a l u (adres) odbę¬

Po wojnie Ciocia M a n i a , Ciocia Jania, Ciocia M a ­

dzie się k o n t r o l a sanitarna. Działając na podstawie

rynia, Dziadek Felicjan, Stryj Zdzisław osiedli w Pozna­

Ustawy n u m e r z dnia, § n u m e r ustęp numer, D z i e n n i k

niu. W

zmarł

Ustaw n u m e r z dnia, jeśli komisja zastanie bałagan

Stryj, p o t e m , w nierównych odstępach, Dziadek i C i o t ­

i b r u d , to wyciągnie konsekwencje. Przypomniał także

styczniu pięćdziesiątego dziewiątego

k i . I c h pogrzeby zlały m i się w jeden sielankowy obraz

o przepisach zabraniających nadmiernego meblowania

- były to wspaniałe zjazdy rodzinne, pełne ciepła, ser­

korytarzy, tudzież powołał się na niektóre inne p u n k t y

deczności, poczucia wspólnoty. N a pogrzebie Stryja

regulaminu porządku domowego. Wysłał listem pole¬

Zdzisława zmarzliśmy solidnie, więc rzuciliśmy się na

c o n y m . N i e to było najstraszniejsze, że zmusił sąsiadki

parujący barszcz z uszkami. Pamiętam nalewkę na smo-

do szaleńczej harówy (na dobitkę przez k i l k a d n i w i n d a

rodinie (nie mówiło się „czarna porzeczka", tylko „smo-

nie działała), ale to, że gdy minął t e r m i n , komisja nie

rodina") oraz pana Leona Suchorzewskiego, który k o n -

przyszła, a spracowane panie siedziały naburmuszone,

spirował z L e c h n i c k i m i jeszcze przed pierwszą wojną

rozglądając się z nienawiścią po obrzydliwie czystym

światową, a i p o t e m i c h drogi nieraz się krzyżowały. N a

mieszkaniu, odwiedził je ubrany w ciemny garnitur,

stypie był duszą towarzystwa, snuł opowieść o cielaku

wręczył b u k i e t róż, buchnął jedną damę w mankiet,

spod łotewskiej granicy, który na dźwięk zbliżającego

drugą damę w m a n k i e t i przyznał się do wszystkiego.

się pociągu wbiegał na tory, szeroko rozstawiał przednie

Został nazwany starym bałwanem! To była najgorsza

n o g i i pochylał łeb, jakby miał zamiar bóść się z loko¬

obelga, na jaką zdobyła się p a n i d o k t o r dwóch fakulte¬

motywą; maszynista zwalniał, gwizdał, wrzeszczał, aż

tów, czyli d o k t o r doktor, skądinąd kobieta szlachetna,

musiał gwałtownie hamować; bagaże leciały z półek,

odważna, skromna, zasłużona, ongiś w y t w o r n a panien¬

pasażerowie spadali z ławek, cielak w ostatniej c h w i l i

ka, królowa balów, najlepsza partia w okolicy, nawet

uskakiwał i robił minę, że sprawa go nie dotyczy, spod

harcmistrzyni.

kół sypały się skry, pasażerowie wystawiali

głowy

N a pogrzebie C i o c i M a n i nie byłem: oblałem k i l k a

z o k i e n i znieważali maszynistę o k r o p n y m i wyrazami,

egzaminów, czekała m n i e sesja poprawkowa.

j a k na przykład cymbał, durak, nieudałota, szaleju się

M a m a wróciła z Poznania z sygnetem na p a l c u .

objadł. Pastuch pędził przez pole wywijając batem, ma¬

Opowiedziała jego dzieje. Pobawiłem się n i m , próbo¬

szynista wygrażał kułakiem i obiecywał straszliwe męki

wałem odcisnąć k l e j n o t w roztopionej stearynie, spy¬

na t y m i na t a m t y m świecie. Słuchaliśmy, turlając się ze

tałem ile jest w a r t .

śmiechu. Pan Leon, jak t a m t e n maszynista,

- Jak dla kogo. Wezmę go j u t r o do pracy.

umiał

w porę zahamować, dzięki czemu nigdy się nie dowie¬

- Po co?

działem, że pewnie za którymś razem cielak przypłacił

- Żeby sprawić przyjemność szefowej.

te swawole życiem. Uśmiechał się, przepraszał towarzy¬

Pracowała wtedy w r e d a k c j i tygodnika. Było jej

stwo, że wychodzi zapalić, a skoro drzwi się za n i m za¬

t a m bardzo źle, intensywnie szukała nowej posady.

mknęły, ktoś opowiedział o jego n i e d a w n y m wyczynie.

Naczelna bezinteresownie robiła ludziom na złość, po¬

Otóż p a n L e o n mieszkał na najwyższym piętrze ocala¬

za t y m przy każdej okazji albo bez okazji głosiła praw¬

łej warszawskiej kamienicy. Sąsiadował przez korytarz

dy objawione z dziedziny marksizmu - l e n i n i z m u , in¬

z panią, która miała dwa d o k t o r a t y i piękną kartę wo¬

terpretowała w jedynie słuszny sposób fakty z h i s t o r i i

jenną, ale była niezbyt porządnicka; może w t e n sposób

najnowszej, uczyła podwładnych miłości ludowej oj¬

nieświadomie wyrażała swoje zagubienie i niezgodę na

czyzny, a niestety również stylistyki i ortografii. Prócz

powojenną rzeczywistość. Mieszkała z dorosłą córką.

tego lubiła zwierzać się personelowi, że pochodzi z bar¬

Pośrodku i c h salonu, na dębowym przedwojennym

dzo dobrej rodziny: papa miał przed wojną luksusowy

parkiecie, leżał rozpruty w o r e k ziemniaków. Niektóre

zakład jubilerski, mieszkali w A l e i Róż, jeździli do Kry¬

gniły, inne, wprost przeciwnie, kiełkowały. Podłogę nie¬

nicy, Paryża, b y w a l i na balach i premierach.

kiedy owszem zamiatano, ale śmiecie zgarniano w kąt.

M a m a wyczaiła dogodny m o m e n t i powiedziała

Z biegiem lat, z biegiem d n i uzbierał się spory k u r h a -

słodko:

nek. Łóżek nie ścielono, były pilniejsze sprawy. Pół bie¬

- Ależ w i e m , w i e m , to była sławna firma, ogromnie

dy, gdy odbywało się to w czterech ścianach, ale po ja¬

w y t w o r n y lokal, miał opinię najlepszego w Warszawie.

kimś czasie panie zaczęły poszerzać swój Lebensraum,

Z n a k o m i t a obsługa. M o j a ciotka zamawiała t a m sy¬

wystawiając na korytarz rozmaite p a k i , a nawet po¬

gnet. N i e mogła się nachwalić...

mniejsze meble. Pewnego dnia p a n L e o n stracił cierpli¬

Eksperyment, dość ryzykowny, przyniósł zbawienne

wość. W sklepie papierniczym Bazarnika na N o w y m

owoce: naczelna przez jakiś czas obchodziła mamę sze¬

Świecie zaopatrzył się w dziecięcą gumową drukarenkę

r o k i m łukiem, oszczędzając jej wykładów z materiali¬

oraz tusz, po czym nie szczędząc t r u d u , złożył pieczątkę

zmu dialektycznego i puszczając teksty bez ingerencji.

następującej treści: Prezydium Stołecznej Rady N a r o ­

M a m a włożyła sygnet, idąc na rozmowę z n o w y m

dowej, Komisja ds. Ładu i Porządku n r 7, Warszawa, p l .

szefem. Poskutkowało. K l e j n o t szlachecki okazał się

Dzierżyńskiego 1/3. Opieczętował t y m kopertę i pismo

w Polsce Ludowej nadspodziewanie użyteczny.

38

Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

I tak oto sygnet, po wieloletniej drzemce na dnie

razu, to jego szanse gwałtownie malały. Patrzano po¬

biurka, ustrojowych perypetiach, k w a r a n t a n n i e u cio¬

dejrzliwie, t r a k t o w a n o j a k smarkacza. Cóż to za m꿬

ci M a n i w Poznaniu, trafił na swój czas, w odpowied¬

czyzna, który nie siedział.

nie ręce. M a m a wkładała go na uroczyste okazje (po¬

- To ja tego nie biorę, to p o w i n n o zostać w Polsce.

grzeby, imieniny, do t e a t r u ) , gdy szła coś ważnego za¬

- Weź, o d razu włóż na palec, żeby się nie zawieru¬

łatwić, albo po prostu, gdy jej było s m u t n o .

szył. Najwyżej p o t e m oddasz do M u z e u m Sikorskiego.

Kiedyś powiedziała Zosi, że gdy wkłada sygnet, to

M a m a wspominała, że gdy była pensjonarką, o d czasu

czuje, jakby ją ktoś trzymał za rękę.

do czasu przyprowadzano i m do szkoły powstańców

Co jakiś czas pytała:

styczniowych, którzy seplenili w koło M a c i e j u i to by¬

- Powiedz, ale szczerze. N i e wydaje c i się to preten¬

ło żałosne. A Dziadek na to, że jakiś powstaniec, na¬

sjonalne i dziwaczne?

zywał się na Ja, zaraz, zaraz, Jaworski, Jankowski, Januszkiewicz? - był zesłany i gdzieś na etapie w środku

Odpowiadałem zgodnie z najgłębszym przekona¬

Rosji okazało się, że nie m a go na liście. Lista natural¬

n i e m , że nie.
Likwidowaliśmy mieszkanie zmarłej M a m y . Znacz¬

nie była po rosyjsku, więc t e n Jaworski figurował na

nie ułatwiła n a m robotę, bo czując że odchodzi, r o k

końcu, akurat przypadkiem na osobnym arkuszu, n o

wypraszała w o k o l i c z n y c h sklepach k a r t o n o w e pudła

i t e n arkusz z j e d n y m nazwiskiem gdzieś się zawieru¬

i składała na pawlaczu, był tego spory zapas. Kupiła

szył. Oficer, który eskortował więźniów, dbał, żeby na

także dwa wielkie kłębki sznurka, papier pakowy i za-

sztuki się zgadzało, więc najpierw chciał Jaworskiego

chomikowała pół litra czystej wyborowej, abyśmy mie¬

dyskretnie powiesić, ale ostatecznie puścił. Tyle, że

l i czym opłacić wyniesienie m e b l i . Wszystko ogromnie

przedtem odebrał o d niego słowo h o n o r u polskiego

się przydało, zwłaszcza ta wódka. N a podwórku zagad¬

szlachcica, że będzie powiadamiał o każdej zmianie ad¬

nąłem dwóch hydraulików, którzy śpiesznym k r o k i e m

resu, a gdy lista się odnajdzie, sam się zgłosi na Sybe¬

zdążali do jakieś pękniętej rury. Usłyszawszy, jaka za¬

rię celem odbycia kary. A l e się nie odnalazła. Panowie

płata i c h czeka, pomaszerowali za m n ą i przez dwie,

pisywali do siebie kurtuazyjne listy, dopiero w y b u c h

może

pierwszej w o j n y przerwał tę dziwną znajomość.

trzy godziny p r a c o w a l i nadzwyczaj ofiarnie,

a w o d a gdzieś sikała sobie wesoło. Był październik

- To był nasz przodek, t e n Jaworski?

osiemdziesiątego drugiego r o k u , stan wojenny. Jak

- N i e w i e m . Trzeba spytać M a m y .

zwykle w t r u d n y c h dla n a r o d u c h w i l a c h , tak i w t e d y

- A l e M a m a nie żyje.

wódka okazała się walutą znacznie mocniejszą niż zło¬

- N o tak, prawda. O j e j k u , już żywcem nie m a kogo

te polskie, potocznie zwane sianem.

zapytać.

Właściwie to nie był pierścionek, tylko złota ob¬
rączka, o d zewnątrz p o k r y t a czarną emalią, z brylan¬
t e m na krótkim łańcuszku.
- Weź t o . Wsadzisz na palec, celnicy się nie tropną.
A wiesz, co to jest?
- N o , obrączka z b r y l a n c i k i e m .
- To jest t a k zwana żałobna biżuteria. Ten b r y l a n c i k
na wisiorku, to łza. Znaczy, że mężczyzna tej kobiety mąż, brat, syn, narzeczony - stracił życie w p o w s t a n i u
styczniowym albo został wywieziony na Syberię. N a
kobietę, która takie coś nosiła, mówiono „wdowa na¬
rodowa", należało jej pomagać.
- A skąd m a m a to miała?
- Rodowe. Przypadło jej po śmierci którejś z ciotek.
- Czemu nigdy o t y m nie mówiła?
- Bo praprababkę kozacy publicznie wysmagali nah a j k a m i na r y n k u za p o m o c powstańcom. A to nie był
t e m a t do gawęd. W

t e n sposób odgradzano się o d

p e w n y c h spraw, nie przyjmowano i c h do wiadomości.
Rosjan na ulicy się nie zauważało. Podobnie jak Niem¬
ców podczas drugiej wojny. A jeśli patrzało się na n i c h ,
to w szczególny sposób, który w r u s k i m popowstanio¬
w y m kodeksie k a r n y m miał swoją nazwę: pagrubioe
głazami, obrazić w z r o k i e m . Za to przestępstwo można
było ładnie b e k n ą ć . Dziadek opowiadał, że jego ojciec
opowiadał, że gdy kawaler uderzał w konkury, to rodzi¬
na p a n n y pytała, ile razy siedział na C y t a d e l i . Jeśli a n i

39

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.