http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2484.pdf

Media

Part of „Tragarz śmierci" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.2

extracted text
„Tragarz śmierci"
T o m a s z Strączek

Wakacje od swego najwcześniejszego dzieciństwa spędzałem zawsze
na Kaszubach, gdzie za wąskim pasem lasu, widocznym ze wsi na hory­
zoncie, rozciągało się morze. Ludzie wsi w tamtym czasie przerażali
mnie swym stosunkiem do śmierci, zupełnie innym niż ten, z którym
miałem do czynienia w Warszawie. W Warszawie śmierć właściwie byta
nieobecna w moim życiu, natomiast na kaszubskiej wsi po prostu się
o niej mówiło. Chłopcy, z którymi godzinami bawiłem się na szerokiej,
piaszczystej drodze wiodącej do sklepu, wiedzieli, że czuwa się przy
zmarłym podczas „pustej nocy" i że schodzą się wtedy wszyscy ludzie ze
wsi, nawet ci, którzy są ze sobą skłóceni.
W miarę jak rosłem proporcje mojej oceny stosunku do śmierci obu
środowisk zaczęły się odwracać. W pewnym momencie stało się dla
mnie jasne, że kaszubska śmierć, śmierć wiejska, mimo przynależnego
zwykle śmierci przerażającego charakteru, jest ludzka, obudowana
szczerym współczuciem nie tylko krewnych, ale i dalekich znajomych.
Śmierć miejska zaś to niejednokrotnie tragiczna samotność, opuszczenie

Od razu zapowiedziano mi, jak tam przyszedłem, że to jest
nie fabryka Wedla, tylko... Ja powiedziałem, że wiem o tym, że
słyszałem. Pierwszy raz zetknąłem się z tą pracą, tak że kazali mi
iść do magazynu trumien. A w magazynie są różne rozmiary.
Człowiek jest taki strachliwy trochę, chociaż to jest puste. To ta­
kie jest jakby..., to było jakieś takie głupie uczucie. Widzi się te
trumny, różne tam, na kupie, nie na kupie. Na takie listwy kładą
jedną na drugą. Są już pomalowane. Tam jest baza i wytwórnia
tych trumien. Trzeba je wziąć i wsadzić do wozu. Do wozu
wchodziło czternaście sztuk. Dwa wozy takie chodziły. Jednego
dnia woziło się po mieszkaniach, a drugiego dnia po szpitalach.
I tak na zmianę. Jakieś dwa tygodnie tak przyzwyczajali mnie do
tego. Tylko trumny rozwoziłem po mieszkaniach, żeby tak zapo­
znać się z tą pracą. To było bez tam już tego obrządku, bez nicze­
go. Tak się je wstawiało do domu. Nie wszędzie widziałem
umarłych, jak wnosiłem trumnę. W niektórych tak, w niektórych
nie. Zwłoki leżały w różnych pozach. Na podłodze i na łóżku.
Różnie to było. Zależy jakie to mieszkanie, jacy ludzie, jakie śro­
dowisko.
Pierwszego dnia trochę tak drygałem. Dryganie to taki jakiś
strach, jakby coś... Takie jakieś uczucie głupie było, że to jest ja­
kieś..., no nie wiem - trudno mi powiedzieć. Tak odczuwałem
coś takiego - strach może nie, nie bałem się, tylko takie dziwne
uczucie miałem z tym. Koło dwóch tygodni tak jeździłem, może
dłużej. Dokładnie nie pamiętam. No i po dwóch tygodniach do­
stałem samochód i jeździło nas pięciu. Czterech pracowało przy
nieboszczykach, a ja nie. Potem kierownik wycofał jednego i tak
się zaczęło. Bardzo szybko przyzwyczaiłem się do tego, bo ja
w ogóle nie myślałem, co ja robię. Co trzeba było zrobić, to się
robiło, widziało się, że się ma pieniądze z tego. Człowieka może
prędzej pieniądze tam zachęcały niż sama chęć do tej pracy.

* Jan Sosiński (nazwisko i imię zostało zmienione) w latach siedem­
dziesiątych wchodził w skład brygady jednego z dużych przedsiębiorstw
pogrzebowych Polski południowej. Zadaniem brygady był transport
zwłok. Obecnie Jan Sosiński pracuje jako magazynier w zakładach prze­
twórczych niewielkiego miasteczka w województwie olsztyńskim.
Tekst zamieszczony niżej jest zapisem jego wspomnień i refleksji
związanych z poprzednią pracą.

przez bliskich nie mogących jej znieść i zaakceptować, wytrzymać jej
ciężaru. Miasto oduczyło się rozumieć śmierć, stawiać ją na końcu ludz­
kiej drogi zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy. W miastach udaje
się, że śmierci nie ma. Zajmują się nią wyspecjalizowane służby, dla
których jest ona całkowicie anonimowa, stanowiąc jedynie towar.
Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, co czują ludzie „żyjący ze
śmierci", spędzający w jej cieniu swoje zawodowe życie? Zastanawiałem
się, czy można zobojętnieć na śmierć?
Stan wojenny z dnia na dzień bardzo zmienił nasze życie. Wprowa­
dzenie godziny milicyjnej zburzyło wiele istniejących dotąd barier. L u ­
dzie, którzy nie zdążyli do domów, przyjmowani byli przez obcych, mie­
szkających bliżej, często wprost z ulicy. Tak właśnie piętnaście lat temu
poznałem Jana Sosińskiego. W jedną z zimowych nocy stanu wojennego
przypadkiem wysłuchałem jego historii, historii, która pokazała mi, że
nie można zobojętnieć na śmierć, nawet jeżeli nieustannie żyje się w jej
cieniu.

Z dnia na dzień, z dnia na dzień i się człowiek wciągnął. Starali­
śmy się dużo i szybko zrobić i już. Czym więcej zgonów, tym
więcej człowiek pieniędzy miał - tak to można porównać.
Trumnę z magazynu bierze się na kwit. Taki kwit nazywa się
WZ-ka. Na WZ-kę człowiek pobiera i trumnę, i śrubokręt. Nie
ma różnicy - kwit zawsze jest taki sam. Trumny wwoziło się cza­
sem windą. Ludzie uciekają od takich rzeczy oczywiście. Windą
trumnę wwozi się na dwa razy. Raz wieko, raz denko. Przy win­
dzie od razu jest pusto. Nikt nie chce jechać. Każdy ucieka od te­
go. Wstawiało się do mieszkania i już. Trzeba było jeszcze ode­
brać pokwitowanie. Niektórzy dali parę groszy, a nie to nie - nie
musieli. W mieszkaniach leżeli nieboszczycy, ale wtedy, kiedy
jeździliśmy we dwóch, to myśmy tego nie robili, tego obrządku.
Za nami druga taka jeździła brygada, która ubierała, jak trzeba
było, czy tam coś. No i wozili do kościoła albo do przechowalni.
Gdy byłem już w tej czteroosobowej brygadzie, to właśnie brali­
śmy z mieszkań. Były różne układy - i mycie, i golenie, i tam
makijaże się robiło. Dzień mojej pracy wyglądał tak: wstawałem
rano i jechałem do roboty - jak każdy. Podpisuje się tam listę jak
wszędzie. Ale już mam podane, przypuśćmy dzisiaj wieczorem,
po skończeniu pracy, co ja będę robił jutro. I są podane godziny.
0 której godzinie ma się być w danym mieszkaniu. Jest też po­
dana trasa - skąd i dokąd przewieźć. Z domu wieźliśmy na przy­
kład do kościoła. Za dzień, czy tam jeszcze tego samego dnia po
południu - to zależy, jak ksiądz ustalił z rodziną, jest msza.
Trumnę kładzie się w kościele w specjalne miejsce, gdzie czeka
do tej swojej mszy. Gdy msza się skończy, wiezie sieją na cmen­
tarz i wszystko.
Jedni ludzie byli bardzo zdenerwowani, drudzy nie, to różnie
było. Gdy weszliśmy do mieszkania, gdzie leżał nieboszczyk,
trzeba było się rozejrzeć, czy to wyjdzie w ogóle z mieszkania
czy nie. Były takie przypadki, że nie przeszło po prostu. Trumnę
pustą wniosło się na sztorc w tę stronę, ale ze zmarłym trumny
na sztorc nie da rady wynieść. Nieraz dlatego trzeba było i na
klatce schodowej wszystko zrobić. Zapamiętałem taki jeden
przypadek. To było bardzo późno. Zadzwoniliśmy do drzwi
1 otworzył nam syn zmarłego. Mieszkanie było dosyć wysoko chyba na V I piętrze. Pamiętam - zaczynaliśmy robotę koło go­
dziny dwudziestej. To było w zimie - grudzień albo styczeń.

87

Klatka w tym domu była bardzo wąska i kręta. Trumna prawie
nie mieściła się na zakrętach. Powiedzieliśmy temu człowiekowi,
że taka jest historia, a on: chłopaki, macie tu parę złotych i zrób­
cie tak, jak uważacie najlepiej. No to ja mówię: może jakiś fote­
lik byśmy wzięli? On: bardzo chętnie - proszę fotelik, prześcieradełko. Posadziliśmy nieboszczyka w fotelu, przykryliśmy
prześcieradłem i się wstawiło do windy. Jeden z nas piechotą
zszedł na dół, zamknął drzwi, żeby nikt nie wchodził ani nie wy­
chodził w tym czasie. Winda została zablokowana. Zwieźliśmy
tego dziadka na dół windą, tam było już wszystko przygotowa­
ne: futerał, cyk cyk - pięć minut i już nie ma. Już ubrany był na
górze. To było najlepsze rozwiązanie. Mebel na taką klatkę scho­
dową ciężko wnieść, a co dopiero mówić o nieboszczyku. Czło­
wiek po śmierci robi się taki ciężki - może dlatego, że taki bez­
władny jest? Mówili, że jak dzwony biją, to się dopiero robi cięż­
ki. Nie odczuwaliśmy tego.
Gdy znosiliśmy ciało, staraliśmy się, by ludzie nie przecho­
dzili w tym czasie. Ludzie się boją tego. Boją się dlatego, mnie
się wydaje, bo to każdego czeka. Tak się nie obroni przed tym
i tak. Niektórzy może mniej, niektórzy może bardziej, ale wszy­
scy się boją.
Na zleceniu mieliśmy zawsze, co trzeba zrobić. A trzeba by­
ło najpierw umyć, potem ubrać. Nie znają się niektórzy i kiedy
powiedzieliśmy, że będziemy myć zmarłego, to wodę do wanny
napuszczali, myśleli, że to kąpiel będzie. A to trzeba kawałek
gąbki, jakiś ręcznik i już. Gdzie to tam do wanny przecież! Po­
tem się ubierało, makijaż, golenie - mieliśmy takie przyrządy jak
maszynki i tam takie inne sprawy. Szybko to trwało - około
10-20 minut. Mieliśmy wprawę. We dwóch przeważnie przy ta­
kim czymś robiło. Trzech już jest za dużo. Trzeba umieć to po
prostu zrobić, bo to sztywny ten człowiek jest przecież. Założyć
koszulę, to tak robią, że razem z marynarką zakładają, a jeżeli nie
pasuje, to z tyłu marynarkę się rozcina. Staraliśmy się, aby nikt
nie patrzył, jak pracowaliśmy przy nieboszczyku. Czasami rodzi­
na mogła mieć pretensje o to, że marynarka jest z tyłu rozcięta.
Nie dałoby rady wytłumaczyć im, że inaczej tego nie można zro­
bić. Jak nie wchodzi, to przecież rąk się nie będzie łamać! Roz­
cinało się z tyłu nożem czy nożyczkami rękawy i zawijało się
pod spód, pod rękę. Potem jeszcze tylko krawat i wszystko wy­
glądało elegancko. Buty też... żeśmy tyły odcinali, jak nie chcia­
ły wejść. Kawałek buta trzeba było wyciąć też tak, aby nikt nie
widział, że to jest poobcinane. I ludzie bardzo zadowoleni byli.
Ale nieraz też nie, bo to tak źle, i tak źle. Mówiłem wtedy: pani
wie lepiej proszę bardzo, niech pani zrobi to sama. To jak wszę­
dzie -jeden zadowolony z takiej pracy, że ktoś mu usługę zrobił,
a drugi nie. No to jakby buty do szewca zaniósł. Jeden chodzi za­
dowolony, a szewc tak samo zrobi drugiemu i ten powie, że źle.
Tak samo i tu było. Makijaż to przeważnie robiło się kobietom,
ale to jak już ktoś chciał. Był tam taki jeden Poldek to tak: po­
malował trochę policzki, kolorów trochę się zrobiło, tam oko tro­
chę poprawił, parę razy pudrem przejechał i to wszystko. No
i wieko się zamykało. Jeszcze przed zamknięciem wieka rodzina
oglądała, jak wszystko jest zrobione.
Były różne historie. Jedni chcieli, żeby zakładać złoto na tych
zmarłych, inni kazali zdejmować. Ci, co zakładali, może mieli za
dużo. Pamiętam trzy takie pogrzeby - w tym, co za życia chodzi­
ła, to trzeba było ją pochować. Moim zdaniem to niepotrzebne.
I tak ktoś to kiedyś wykopie. Jak nie za dwadzieścia lat to za sto
lat. Czy do kasacji pójdzie cmentarz, czy bomba wpadnie - to
różnie bywa. Coś zawsze może się stać.
Nieraz jeździło się do medycyny sądowej. Tam w ogóle kupa
mięsa jest. Przywozi się tam zmarłych z każdego wypadku czy
tych, co na ulicy gdzieś. Na ulicy, w pracy, w każdym razie zmar­
łych poza miejscem zamieszkania. Tam leżą jeden na drugim,
miejsca mało. Jest taka specjalna brygada, która ich przygotowu­
je... do wywiezienia. Mieliśmy taki przypadek - nie wiem, czy
88

ten ktoś był wierzący czy nie, czy rodzina nie miała pieniędzy na
opłacenie mszy. Nie wiem, czy się powiesił, czy wpadł pod jakiś
samochód - nie było niczego po nim widać. Facet był dosyć wa­
żący - około 150 kg. To go we czterech żeśmy ledwo przynieśli.
Trzeba było pokonać dystans gdzieś 120 m. Razem to było po­
nad dwieście kilo. Mokre dechy dębowe to ciężar jest przecież.
Zawieźliśmy go od razu do przechowania. Pamiętam, że zamówili mu murowany grób i nie wszedł w ten grób! Nie mogli­
śmy go włożyć. Dwa centymetry zabrakło. I teraz co z tym ro­
bić? To było już w czasie pogrzebu. Ludzie zaczęli wrzeszczeć.
Żeby jeszcze na tych linach, na tych pasach wpuścić, a tu nie
wchodzi! Mur za wąski! No i żeśmy tak na pałę pojechali do
ogólnej przechowalni i przyjęli tam. To były ciężkie chwile. Po­
wstało zamieszanie, dużo ludzi na tym pogrzebie było, a tu nie
daje rady nic zrobić z tym. Złe wymiary podał ktoś. Zawsze się
przy robieniu grobu wymiary podaje. Każdy jest przecież różne­
go wzrostu i są różne futerały przecież. Są tam numery - ósem­
ki, dziesiątki, dwunastki. Dwunastka to największa jest. To już
jest taka na takiego chłopa potężnego. No i takie dziecinne.
Trumny nazywa się też fujarkami, czasem pudełkami.
Najmłodszego dzieciaka to żeśmy cztery miesiące chowali.
A najstarszy człowiek, który przeszedł przez nasze ręce, miał
o sto lat więcej, zdaje się. Tego dzieciaka to żeśmy ze szpitala
brali. Jeszcze przed pogrzebem trzeba było jechać go ochrzcić.
No i do grobu. To wszystko.
To jest nieprzyjemna praca. Tam ludzie są różnie ustawione.
Niektórzy przypuśćmy na samych wypadkach jeżdżą. Po dwóch.
Pociąg zabije, tramwaj, samochód - o, coś takiego. Jak się ktoś
powiesi - to też oni tam jadą. To jest taka specjalna brygada. Dy­
żury mają na okrągło. W niedziele i w święta też. Oni wiozą
zmarłych do przechowalni. Raz zastępowałem kolegę na wypad­
kach. Poprosił mnie, żebym go zastąpił na jeden dzień. Pojecha­
liśmy na dworzec. Facet wpadł pod pociąg. Trzeba było go ze­
brać do wora. Są nosze jeszcze do tego, ale tam na nosze nie by­
ło co kłaść. Wszystko było osobno. Rozniesiony był na osiem­
dziesięciu metrach. Tak go rozciągnęło. Trzeba było dotąd cho­
dzić, aż się wszystko zebrało. Regulaminy mówią: starać się
wszystko zebrać. To samo słyszeliśmy na odprawach. Tylko raz
byłem i już więcej nie chciałem jechać na takie coś! Zwykle przy
tym dużo jest gapiów. Patrzą się, a człowiek zbiera... zbiera to.
Jak się wynosi nieboszczyka na klatkę schodową to ludzie ucie­
kają, a jak jest wypadek, to się gapią. Nie mam pojęcia, dlacze­
go tam się gapią, a tu uciekają. Może dlatego, że na klatce scho­
dowej zamknięta przestrzeń jest? Budynek. Może wolna prze­
strzeń to jakoś inaczej? Gdy we własnym domu ktoś umarł, to się
może... nie wiem. Zawsze jak ktoś wpadnie pod samochód czy
coś, to zbiera się kupa ludzi. Nie rozumiem tego.
Takiego rozniesionego na osiemdziesięciu metrach człowieka
poznaje się tylko po częściach ciała. To jest kupa mięsa. Ciężko
odróżnić, co jest czym. Ubranie jest poszarpane i zamazane we
krwi. Ten, którego zbierałem, pocięty był niesamowicie. Nawet
nie wiedziałem, jak on się nazywał.
To jeszcze nie był dzień, w którym miałem najbardziej do­
syć. Zupełnie się nie spodziewałem, że taki dzień jakoś tak na­
gle nadejdzie. Wyjechaliśmy rano. To było przed świętami - pa­
miętam. Zrobiliśmy dwa pogrzeby z kościoła i to miało być
wszystko na ten dzień. Jak przyjechaliśmy, to dyspozytor po­
wiedział: weźcie dwa worki. To wzięliśmy te dwa wory z maga­
zynu, trumnę i idziemy. Są takie wory specjalne. Chłopaki wie­
dzieli, o co chodzi, a j a nie. Nie powiedzieli mi o tym. Jak przy­
jechaliśmy na miejsce, nie wszedłem w ogóle do tego mieszka­
nia, bo jak otworzyłem drzwi, to człowiek rzygał. Jak już nie
miał czym, to mało bebechy nie wyleciały. Na akcie zgonu po­
tem zobaczyliśmy, że ta kobieta trzydzieści dwa dni temu zmar­
ła. To już była kupa gnoju. Koledzy z brygady musieli wejść.
Oni byli przyzwyczajeni - długo pracowali. Tam ludzie po dwa-

s

dzieścia lat pracują i więcej. Facet, który ją znalazł, źle zrobił,
bo otworzył okna i drzwi. To wszystko buchło na klatkę schodo­
wą. Okropny smród. To z rodziny był ktos'. Baba mieszkała sa­
ma w trzech pokojach. Tam strasznie śmierdziało, Chłopaki, jak
mi opowiadali, to ją wsadzili do tego wora, tak jak siedziała z tym kocem, z tym wszystkim. Opowiadali, źe ona przed tele­
wizorem siedziała, to widocznie telewizję musiała oglądać i na
serce czy tam cos'. Wtedy miałem dosyć tej roboty. Pomogłem
im tylko znosić oczywis'cie to. Miny moich kolegów były raczej
kiepskie. A ja czułem, że znowu będę rzygał. Na tej babie były
robaki aż. Takie glizdy chodziły po niej. To chyba z wnętrzno­
ści może, różne tam bakterie człowiek ma chyba. Facet chciał,
żebyśmy znieśli wersalkę z tego mieszkania - tą, na której ta ko­
bieta siedziała. Powiedziałem mu: panie, ja nie jestem firmą
Węgielek - on się meblami zajmuje. Mimo tych worków tę ba­
bę było czuć! Czułem ten smród przez tydzień. Chodził za mną.
Miałem dosyć. Mówię sobie - już kurczę koniec. Więcej, kur­
wa, nie pojadę już nigdzie. Kumple mówili mi - dobrze, żeś tam
nie wchodził człowieku! Sam widok tego to już... I bez tego w i ­
doku jak po tych schodach zacząłem dyla dawać, to obrzygałem
je od góry do dołu. Najgorzej było, jak nie miałem już czym
rzygać. Bolał wtedy żołądek. Kiedy wypiło się oranżadę to łup
za chwilę znowu. Szlag by to trafił wszystko już. A następnego
dnia znowu trzeba było normalnie iść do pracy. Wypiło się
ćwiartkę gorzałki i zapomniało się. Już jak zamykałem tego
wieczora oczy - to nie myślałem o tym. Dziwiło mnie, że kum­
ple jakoś nie rzygali. Może oni bez powonienia byli, czy co?
Chyba czuli ten smród, bo to było niemożliwe, żeby go tam nie
czuć. Worki z tą kobietą wkładaliśmy jeszcze w trumnę, a trum­
nę jeszcze pakowało się w następny wór. Wtedy się zakłada ta­
kie blomby i to już nie idzie na żadną mszę, na nic, bo tego na
żadną mszę nie ma sensu wnosić.
Było też tak, że jak inna baba zmarła, to nie mogliśmy tego
wyjąć, bo okropne pluskwy były. Zbierała makulaturę. Ze dwie
tony makulatury były w tym mieszkaniu. Gazety nie gazety - ta­
kie różne. To fajansiara ta kobita była. To myśmy nie mogli
wejść tam nawet! Tyle robaków było. Ale trzeba było to zrobić.
Kolega się rozebrał i sam ją wpakował, tak jak leżała i już. W du­
żo miejscach człowiek był. Parę tysięcy ludzi przecież się prze­
rzuciło. I to różnie było - wie pan.
Nazywano nas różnie: grabarzami, łapiduchami. Nie zwraca­
ło się na to uwagi w ogóle. To nas jakoś nie interesowało. Wra­
cając wieczorem na bazę czasem stawaliśmy na piwo. Jak nas
czterech usiadło przy stoliku, to te ściany jakby się od nas odsu­
wały. Chodzi mi o to, że reakcja ludzi siedzących w tej knajpie
była dziwna. Bardzo się nam przyglądali, a jednocześnie odczu­
wało się dystans. Gdy weszliśmy do środka, od razu robili nam
miejsce. Nie wiem dlaczego. Czy dlatego, że byliśmy jakby
w pracy, czy po prostu bali się nas. Wracaliśmy przecież pustym
wozem, nie wieźliśmy nikogo. Tam bardzo odczuwało się to, że
jesteśmy jakby jacyś inni, nawet w tym, co do nas mówili: pro­
szę, proszę - panowie se wezmą! To była uprzejmość jakaś, która
nie cieszyła nas zupełnie. A człowiek przecież nie śmierdział ani
nic. Nieraz jak wyciekło coś z tego, to trzeba było od razu łachy
zmieniać. Zgłaszało się i natychmiast dostawało się nowe. Cza­
sami wyciekało. Żaden nerw zmarłego nie pracuje przecież. Tyl­
ko się ruszy go, to się zaraz zesra czy zeszczy. W nim zawsze jest
coś jeszcze. Ja pamiętam, jak kolega opowiadał o takim przypad­
ku. Przyszło zgłoszenie, że jeden facet powiesił się. Wisiał trzy
dni. We dwóch poszli go zdjąć. Rodzina prosiła, aby uważać, że­
by nie spadł przy odcinaniu. Jakby nie było rodziny, to by się go
ucięło, on by spadł i już. Taki nie poczuje przecież. Jeden wszedł
na jakiś taboret i go odcinał, a drugi go trzymał. W pewnej chwi­
li zmarły pękł, i oblał tego, co go trzymał tym jakimś czymś.
Śmierdział niesamowicie! Jak przyszedł do samochodu, to taki
smród, że nie można było wytrzymać. Ja jeszcze się z takim

smrodem jak ludzki smród nie spotkałem. Wszystko kurczę znio­
sę - pies dwa tygodnie będzie leżał czy tam ileś - śmierdzi to
śmierdzi, ale kurczę blade z człowieka to jest jakiś taki inny ten
smród. Z minuty na minutę człowiek przecież się rozkłada, chy­
ba tak samo jak pies. A może mi się wydawało, że smród ludzki
jest najgorszy? Może dlatego był dla mnie taki nie do zniesienia,
że to rozkładał się człowiek?
Czasami śniła mi się po nocach ta robota. Przeważnie wtedy,
kiedy się wypiło trochę za dużo. Różne były dni. Czasami dosta­
liśmy tak w dupę, że mieliśmy tej pracy zupełnie dosyć. Wtedy,
kiedy szło się do domu, to pieprzyły się w głowie takie głupstwa.
Śniło mi się kiedyś, że ganiali mnie nieboszczycy. Nie mogłem
im zupełnie uciec. Miałem innym razem też podobny sen. Jakaś
postać, wiedziałem, że to był zmarły, zbliżała się do mnie, a ja
nie mogłem się ruszyć. Wtedy się ocknąłem.
Na medycynie widzieliśmy wiele zmarłych kobiet. Wśród
nich bywały młode i w porządku. Przyjechaliśmy raz tam od ty­
łu, ale nie przygotowali nam nic jeszcze. Rodzina jej już czeka­
ła. Opóźnienie było przez awarię windy. Myśmy przyjechali tak
na styk, żeby zabrać i zawieźć do kościoła. Za parę złotych, na
prośbę rodziny, polecieli tam na górę i znieśli ją po schodach na
dół w prześcieradle. Wyglądała, jakby spała po prostu. Ubrali ją
raz dwa. Potem zawołali mnie. Leżało tam ze dwadzieścia ciał.
Każde na specjalnym wózku z taką zapadką, którą ściekało to
wszystko, co wyleci z człowieka. Stoły do sekcji zwłok też ma­
ją takie zapadki. Takie stoły raz widziałem i to tylko przez okno.
Nie wchodziłem tam do środka. Facet, który pracuje przy tych
zwłokach, to jest przezywany zimnym chirurgiem. To nie jest le­
karz żaden. To jest po prostu taki robotnik! Lubi się w tym ba­
brać. Lekarz mu mówi, co ma wyciąć. A ten tnie normalnie. Po­
tem siada obok i je śniadanie. Ci ludzie wyglądają jak rzeźnicy.
Mają tych narzędzi tam przeróżnych poukładane. Wycięte czę­
ści ciała bierze się do laboratorium. Potem ten gość zszywa
i ubiera takiego nieboszczyka. W ogóle go szykuje. Niektórzy
cały czas przy tym są pijani, ale niektórzy robią to zupełnie na
trzeźwo.
W tej robocie szczęśliwy to się czułem po kielichu. Tylko tak.
Inaczej nigdy! Nawet jak jedzie się karawanem i stanie się pod
światłami, to ludzie z tramwaju patrzą się, gapią, jakbyśmy nie
wiem... na jakiejś wystawie byli. I w czasie pogrzebu ludzie się
bardzo nam przyglądają, a człowiek poważnie stał, nie do śmie­
chu nam było. Nic się nie odzywaliśmy. Trumnę do samochodu
braliśmy w milczeniu. Wstawialiśmy ją z tyłu - tam gdzie jest
specjalnie na to kabina oddzielona. Wieńce wieszaliśmy wokół
trumny, żeby ładnie wyglądało. Ale jak wracaliśmy z cmentarza,
to już byliśmy innymi ludźmi. Śpiewaliśmy, gwizdaliśmy w pu­
stym samochodzie. W kościele jest taka chwila - kiedy trzeba
być poważnym. Po pogrzebie było takie uczucie, że nareszcie
koniec. Dlaczego człowiek potem miał być poważny? Sami byli­
śmy, bez ludzi, bez nikogo. Wtedy jakieś odprężenie przychodzi­
ło na ten czas. Odprężenie po jakimś zatrzymaniu, które się od­
czuwało zwłaszcza w kościele, ale na cmentarzu też. Czasem
jednak i w czasie niesienia trumny opowiadaliśmy sobie kawały
i takie inne historie. Jeden pukał tam, w to pudełko, i mówił: gło­
wą puka! Wie pan, to były takie wygłupy. Z tyłu ludzie płakali,
a z przodu człowiek się wygłupiał. Później to wszystko traktowa­
ło się jak każdą normalną pracę. Mniej się człowiek przejmował,
że rodziny płaczą. Stawał się taki jakiś... Trzeba? To jedziemy,
nie ma co się pieprzyć. Dziennie robiło się pięć pogrzebów, co
zajmowało nam 12-13 godzin.
Teraz nie wracam myślami do tej pracy. Jak by mnie ją pro­
ponowali, tobym nie poszedł drugi raz. Może dlatego, że już to
znam? Przedtem pracowałem z ciekawości, ja wiem, jak to po­
wiedzieć? Człowiek nie wiedział, jak to wygląda. Opowiadali mi
kumple o tym, ale opowiadać to co innego, a co innego, jak się
to wszystko zobaczy.

89

Reakcje ludzi na śmierć kogoś bliskiego są różne. Pamiętam,
to było w święta. Siedzieliśmy na bazie do trzynastej czy czter­
nastej. Nagle jest zgłoszenie. Jedziemy tam. Ulica zgadza się
i numer też się zgadza. Weszliśmy z trumną na górę, dzwonimy
do drzwi i pytamy, czy to tu. Tak panowie, tu - odpowiada facet,
który nam otworzył. Mówi do nas: najpierw proszę, i za butelkę
bierze. Koledzy oczywiście po babce. Mnie w ćwiartkę wlał go­
rzałki. - To dla pana za nieboszczyka - powiedział. No i teraz
tak: tu pijani są i pytają się, czy mają z nami jechać. Ja mówię:
panie, my to wieziemy do przechowalni. Od pana zależy, czy pan
pojedzie, czy nie. Ja bym pojechał w przypadku, gdyby to był
mój brat czy tam ojciec, czy matka, nie? Pojechał, zobaczył jak
tam. Nikt nie pojechał. Tośmy sami te zwłoki przewieźli i zosta­
wili w przechowalni. To było takie tych ludzi zachowanie. Nie
wiem, czy dlatego, że pijani? Czy zadowoleni, że zdech? Nie
wiem. Niektórzy bardzo chcieli tam z nami jechać i zostawali
tam potem. Nie ma takiej potrzeby, żeby zostawać, bo rodziny
i tak tam się nie wpuszcza. Są tam potężne, grube drzwi. Maszy­
ny pracują w tych pomieszczeniach jakimś dziwnym szmerem.
Gdy lodowa chodzi, to takie uczucie jest... Trumny stoją w chło­
dni na wózkach.
Przy śmierci tak jest zawsze. Niektórzy przeżywają mocno,
inni wcale.
Robotę zawsze jednakowo robiliśmy. To nie było tak, że te­
mu lepiej, temu gorzej. Tylko ludzie uważali, że źle, przypuść­
my, jest, a człowiek tak samo robił. Zawsze wykonuje się te sa­
me czynności. Różnica polega na tym, że inaczej są mieszkania
ułożone. Czasami trzeba nieboszczyka wkładać na korytarzu,
czy nawet, jak panu mówiłem, na klatce schodowej. Inaczej nie
wyszłoby się z trumną. Ludziom to się nie podoba. Trudno im
wytłumaczyć, że inaczej nie da rady. Czasem, gdy się przenosi,
pęknie materiał i nieboszczyk upadnie na podłogę. Nieraz ciężar
człowieka w trumnie jest tak duży, piętro wysokie, a trzeba iść
bez odpoczynku, bo gdzie odpoczywać tam? Trzeba szybko wy­
chodzić. Mimo to bywało, że nie dało rady wytrzymać. Musieli­
śmy to postawić. Potem nie mogliśmy już trumny podnieść. Pro­
siliśmy ludzi przechodzących, żeby nam pomogli. Z tyłu szła ro­
dzina i patrzyła na nas. Postawić trumnę zdarzyło nam się ze trzy
czy cztery razy. Raczej jednak nie mieliśmy specjalnych jakichś
skarg, żeby coś źle było.
Ludzie pracujący w tym fachu często chorują na korzonki
i wszyscy mają ręce pozrywane od noszenia ciężarów. Skrzynkę
gdy się niesie, to rzuca się, jak jest ciężka i odpoczywa się, ile się
zechce. Tu, z trumną nie można tego zrobić. Jak się stawia trum­
nę w czasie niesienia, to praca jest już niedobra. Nie wiem - czy
rodziny zmarłych, których nieśliśmy, nie zdawały sobie sprawy,
ile oni ważyli przed śmiercią? A po śmierci tam kilo odejdzie,
dwa. I dodać do tego trzeba futerał, który jest pioruńsko ciężki.
Byli w tej robocie u nas ludzie uważani za dobrych. Nie mia­
ło się dla nich zupełnie jakiegoś tam specjalnego szacunku czy
podziwu. Był taki jeden. Dżinks się nazywał, znaczy takie prze­
zwisko miał. Wszędzie wszedł. Kiedyś miejsca nie było w szo­
ferce, a on jechał pomóc tam gdzieś, to z tymi trupami z tyłu po­
jechał. Wsiadł normalnie i jechał siedząc obok nich. A to wszy­
stko gołe jest. I to jest takie pomieszane - mężczyzna, kobieta wszystko razem. Mają przy rękach numery pozakładane na ta­
kich sprężynkach. Dżinks wszystko zrobił - dlatego był dobry.
Przykładem kiepskiego w tej robocie to mogę być ja. Nie mo­
głem czasami zrobić tego, co on. I nie robiłem tego, co on. Cza­
sami zastanawiało mnie, że te zwłoki człowiek jak jakiś materiał
przekazywał do przechowalni.
Rodzina boi się ubierać zmarłego. Ludzie czują przed tym ja­
kiś strach. Może przez to, że sami będą w takiej sytuacji? Nieraz
człowiek pogłaszcze zdechłego kota. Ja, przypuśćmy, jak pies
wpadł mi pod samochód, nie bałem się wziąć go na ręce, chociaż
sztywniał błyskawicznie. Zaniosłem go na ogródek i zakopałem.
90

Jeszcze posłałem mu w dole wiórami, żeby mu wygodnie było
leżeć. A muszę panu powiedzieć, że nieboszczyka nie dotknąłem
w życiu! Znaczy ciała nie dotknąłem, ale gdy się pomagało go
wsadzić do trumny, to się brało za ubranie. Coś jest takiego
w człowieku, że odczuwa jakąś odrazę do tego! Człowiek potra­
fi hodować króle i potem tak normalnie zabijać je tłuczkiem. Bebeszyć je i babrać się w tym smrodzie, krwi. A przy człowieku
tego nie zrobi! Chyba dlatego, że to człowiek. Nie?
Niedawno zmarł mi wuj. W niedzielę był jego pogrzeb. Tam
jakoś w niedzielę chowają. U nas w niedzielę się nie chowa.
A gdzieś w takich małych miasteczkach, gdzie psy dupami
szczekają, chowa się właśnie w niedzielę. Musiałem jechać, bo
on nie miał nikogo. Przeżył synów, córki i żonę. Jak zobaczyłem
go w trumnie - wzruszyłem się. Bo to wie pan - rodzina to co in­
nego. Człowiek inaczej do tego podchodzi.
Moja żona nie wiedziała, że ja w tej robocie pracuję, chyba
ponad miesiąc. Przypadkowo zobaczyła mnie na ulicy, jak nio­
słem trumnę. Potem wypierałem się, że to nie j a byłem, że to
ktoś podobny musiał być do mnie. Dziwnie zachowywała się
przez pierwsze dni. Później przyzwyczaiła się do tego, ale zno­
wu człowiek zaczął pić za dużo i z tego była niezadowolona.
Kto tam wódki nie pije, to otoczenie nie chce go przyjąć. Jakiś
jest taki dla tych ludzi jakby inny człowiek. Może charakter tej
pracy jest taki, że pije się dla odwagi, żeby nie bać się myślenia
0 tym wszystkim? Nawet grabarz, taki na cmentarzu, jest na
okrągło pijany. Pijany jest i ten, co kopie dół, i ten, co ładuje.
1 ci, co tam spuszczają, to rzadko który jest trzeźwy. Nie mówi­
łem nikomu, że tam pracuję, bo byłem pewien, że będą się wy­
śmiewać - trupku, łapiduchu. Potem znajomi się dowiedzieli.
Pojechałem na swoją dzielnicę do kościoła. Nazwisko zmarłego
nic mi nie mówiło. Wszedłem do kościoła, patrzę, a ja wszyst­
kich znam! Trudno było mi się już wycofać. Podeszliśmy do te­
go katafalka i trumnę na plecy. Nikt nic nie mówił w tym cza­
sie. Dopiero na cmentarzu pytali się, ile czasu już w tej robocie
jestem i jak mi się w tym fachu wiedzie. Powiedziałem, że kiep­
sko, bo co się będę chwalił, że bardzo dobrze. Powiedziałem
chłopakom, żeby pieniędzy nie przyjmowali od nich. Ja nie
wiem, dlaczego ludzie dawali pieniądze. Po prostu dawali tak,
jakby nam się należało.
Z tymi samymi kumplami woziłem przez cały czas. Do koń­
ca. Jak w rodzinie było. Trzech ich było. Funkcje były podzielo­
ne. Ja przy samochodzie nie robiłem nic. Dosłownie nic. Jak
przychodziłem, to wszystko było gotowe. Wóz z garażu był wy­
prowadzony. I tak co dzień było. Wóz musiał być czysty, bo to
nie śmieciarka. To jest taka jakaś chwila, że nie mogło się zda­
rzyć tak, żeby było brudno! W tej naszej brygadzie było jak w ro­
dzinie. Wszystko polegało na koleżeństwie. Co trzeba było w do­
mu, czy coś ktoś tam miał - to się poszło i zrobiło. Pomagało.
Wszyscy okazywaliśmy sobie jakąś taką serdeczność. Wiedzieli­
śmy, że siedzimy na tym samym stołku. Nie było tego, że tam ta­
ki owaki... czy tam coś takiego...
Po robocie czasami łaziłem po lesie. Czasami, jak się jakie­
goś znajomego spotkało, to się szło na piwo. Jedno, drugie i po
małym. Wie pan... tak. Towarzystwo było różne. Mówili: ty masz
parę złotych, zarabiasz. Ludzie tak jak pijawki przychodzili do
mnie. Myśleli, że ja mam majątek. Odpowiadałem: idź do robo­
ty, tam gdzie ja, to będziesz miał też. Mam ochotę, mogę posta­
wić, ale nie muszę. I tak się odpoczywało.
Potem to już tak trochę żal było odejść, bo to się człowiek
przyzwyczaił i pieniędzy też było po boku.
Człowiek żyje, a potem koniec i już, no co! Nikt się przed
tym nie zabezpieczy. Przyjdzie dzień, godzina i koniec! Nic
z niego nie zostaje, nic - trochę czaszki i kości! Poza tym nic.
Czy jest jakieś życie pozagrobowe? Może tam i coś jest. Nawet
nie myślę, kiedy to się stanie. Może dziś, może za pięćdziesiąt
lat? Ja wiem, co mnie czeka?

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.