http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/3362.pdf

Media

Part of Wilno - Vilnius / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4

extracted text
WILNO - VILNIUS
Aleksander Jackowski

Nie wiem, czy kiedykolwiek bym pojechał do Wilna,
gdyby nie k o n i e c z n o ś ć zebrania m a t e r i a ł u do numeru litew­
skiego. Zbyt wiele m i t ó w , n a r o s ł y c h przez lata, prysnclo
w zderzeniu z rzeczywistością. Bałem się konfrontacji wyob­
rażeń, które m i a ł e m z t y m , co z a s t a n ę . Bo też, jeśli j a w nim
nigdy nie byłem, W i l n o „ o d zawsze" b y ł o we mnie. M o ż e
przez kult M a r s z a ł k a , m o ż e przez wspomnienia z dzieciń­
stwa, ale miałem do W i l n a stosunek szczególny. Tam biło dla
mnie serce Polski. Nie w Krakowie, nie w Warszawie. W i l n o
to była Ostra Brama cmentarz na Rossie trzv krzvże nad
miastem filomaci cela Konrada Mickiewicz D - , W v Uwiel­
białem wileńska m o w ę m i ę k k a rozlewna serdeczna C z ę s t o
słyszałem ja w d o m u i do dzisiaj p o z o s t a ł o we mnie
przekonanie iż nie ma w Polsce piękniejszej mowv - niż ta
wileńska I lwowska Wiem że to nieprawda ale wciąż
pokutuje we mnie wiara ż e ' p r a w d z i w a ' P o l s k i to bvłv
Kresy Oczywiście na ten stosunek" do W 1 ^ z t ż v ł v sie
i lektury Miłosz Konwickii 3 L e
fotoeraf.^
fascynacja w i l e ń s k a
b ^
było we mnie
A teraz lustro się o d w r ó c i ł o . Ja p o j e c h a ł e m do Wilna.
Autobus krążył, z d a w a ł o się, bocznymi ulicami i nagle
"tknął nosem w betonowym korycie. P a s a ż e r o w i e zaczęli
wychodzić. A gdzie centrum? z a p y t a ł e m . Wskazali m i na
schodki, brudne, betonowe. Rzeczywiście, wyżej był tętniący
^ciem plac. Dworzec kolejowy. Pętla trolejbusów. Przypotnniały mi się radzieckie miasta z lat wojny. D u ż o źle
"branych ludzi, h a ł a s , ruchliwość mrowiska, drewniane
Wdy, we wszystkich to samo, papierosy, batony
Marsy,
i x y , M i l k y - W a y ' e . bułeczki o w i n i ę t e w celofan. R z ę d e m
perony, pogięte, ale czynne. Szyby w kabinach wybite.
Brud. Telefony b e z p ł a t n e , nie w i a d o m o bowiem, co w r z u c a ć .
T w

W ł a ś n i e zrobiono w y m i a n ę , ustalono kurs lita. bez sensu,
w ciągu k i l k u d n i poleciał w g ó r ę . M o n e t y , miedziaki. M a ł e .
z trudem sieje rozpoznaje. W trolejbusie kierowca prosi o 14
c e n t ó w . A j a mam całe dolary. S k ą d w e z m ę centy? Okazuje
się, że to te miedziaki tak się n a z y w a j ą . J a d ę „ 1 6 " do
ostatniej pętli. Tam ma na mnie c z e k a ć pani Wanda
Mieczkowska z numerem pisma „ Z n a d W i l i i " w ręku. J a d ę
pól godziny. Same Ursynowy. B l o k i , blokowiska, ale przyje­
mne, bo d u ż o zieleni oddziela od siebie mieszkalne dzielnice.
Architektura w typie nam znanym, czasem bryła b u d y n k u
wyraźnie ciekawa. W y p a t r u j ę - gdzie Wilno?
W g o ś c i n n y m d o m u p a ń s t w a Mieczkowskich ruch do
p ó ź n a w nocy. Jutro dzieci idą do szkoły, M o n i k a po raz
pierwszy. Gospodarz, przychodzi p ó ź n o , pisze k o m u n i k a t ,
k t ó r y po godzinie słyszymy nadany przez BBC - właśnie
ostatnie o d d z i a ł y Czerwonej A r m i i opuszczają miasto. Czy
biły dzwony? - pytają w rozgłośni. - Czy był entuzjazm?
Mieczkowski coś t ł u m a c z y . Euforii nie ma, w k o ń c u chodzi
o 150 żołnierzy. C a ł a sprawa n a g ł o ś n i o n a , by p r z y s p o r z y ć
c h w a ł y Brazauskasowi.
D o w i a d u j ę się od gospodarza o sytuacji politycznej,
delegacja litewska jedzie j u t r o do Warszawy na rozmowy
w sprawie paktu-deklaracji. Jasne, że nie da to rezultatu. O n i
upierają się przy t y m , aby Polska p r z e p r o s i ł a ich za gen.
Żeligowskiego. Liczę - m i a ł e m wtedy niecały rok, j a k ż e więc
mam przepraszać? T o i Francuzi powinni p r o s i ć o przebacze­
nie, że Napoleon spalił M o s k w ę . Zastanawiamy się, co powie
Papież Polakom. Spotkanie z niewielką g r u p ą - 1000 ludzi.
D r a ż l i w a sytuacja, doskonale zdaję sobie z tego s p r a w ę .
Śpie w mieszkaniu matki pani Wandy. C z a r u j ą c a starsza
Pani, wszędzie, na p ó ł e c z k a c h , na ś c i a n a c h , emblematy
narodowe, M a t k a Boska Ostrobramska, liczne zdjęcia i re-

47

produkcje o b r a z ó w z M a r s z a ł k i e m , Wałęsa, Orzeł Biały
w Koronie, proporczyki... P o l s k o ś ć jest tu t ę s k n o t ą , jej znaki
p o t r z e b ą . Nic z demonstracji, zresztą wobec kogo?
K i l k a dni k r ą ż ę po mieście. Jeżdżę, telefonuję, ciągle
bywam u nowych ludzi. Gdzie jest W i l n o ' ' - zadaję sobie
pytanie. Profesor Velius - ten j u ż blisko mieszka, zabudowa­
nia wyraźnie z lat trzydziestych. A l e do starego W i l n a
docieram dopiero na trzeci dzień. Na nic okazuje się moje
ślęczenie nad s t a r ą m a p ą miasta. Ulice mają nowe nazwy,
reklamy, szyldy - wszystko po litewsku. Jestem przecież
w litewskim mieście.
C o w nim zastanawia? Przede wszystkim bieda, niższy niż
u nas standard życta, u b i o r ó w . N i k t , nigdzie się nie uśmie­
cha. W trolejbusach ( d u ż o ich, j e ż d ż ą szybko, bez awarii)
tłok, a nawet, gdy go nie ma - przepychanie, brak elementar­
nej grzeczności. Schamienie, spadek po latach sowietyzacji.
kiedy to grzeczność u w a ż a n o za b u r ż u a z y j n ą p o z o s t a ł o ś ć ,
a w d o b r y m „ m ł o d z i e ż o w y m " tonie b y ł o demonstracyjne
okazywanie braku szacunku starszym. W r a ż e n i e o g ó l n e
deklasacja. D u ż o pytam, z potrzeby i bez potrzeby, dla
orientacji w t y m , j a k się będą ludzie zachowywali, gdy ich
z a g a d n ę po polsku b ą d ź po rosyjsku. Starsi od razu rozpoz­
nają akcent, niech pan m ó w i po polsku
proszą. Polaków
spotykam, jest ich tu blisko 2 0 % . przeważają ludzie w pode­
szłym wieku. Inteligencji niewiele. Bardzo m a ł o . Wielu
L i t w i n ó w zna nasz język, ale m ó w i ą z trudem, źle. Później
d o w i a d u j ę się. s k ą d ta z n a j o m o ś ć j ę z y k a - z telewizji.
W latach sowieckiej okupacji Polska była dla L i t w y Za­
chodem. Jak dla nas P a r y ż czy L o n d y n .

48

Zwłaszcza dla inteligencji, a r t y s t ó w , ludzi, z k t ó r y m i się
k o m u n i k o w a ł e m , polska telewizja była oknem na świat.
Z niej poznawano filmy Kurosawy, Bunuela, Bergmana,
Antonioniego. Felliniego, Herzoga, Wajdy.
W Polsce, gdy m ó w i ł e m , że j a d ę do W i l n a ostrzegano'
mnie: Z w a r i o w a ł e ś ! N a szosach bandyci, w mieście ludzie
nieżyczliwi, nastroje antypolskie. Z b ó j c ó w na drodze nie
widziałem, t y l k o na granicy s p o t k a ł e m c e l n i k ó w litewskich,
k t ó r z y cierpliwie czekali, licząc, że i m p a s a ż e r o w i e z Polski
coś o d p a l ą . Skoro jednak nikt nie przejawiał takiej chęci po
godzinie pozwolili nam odjechać. A w Wilnie ludzie życzliwi, w i d z ą c moje k ł o p o t y , kobieta p r o w a d z ą c a trolejbus zaofia-j
r o w a ł a się nawet, że m i załatwi nocleg. Kiedy o coś pytałem
informowano. Ale p o d k r e ś l a m to - bez cienia uśmiechu
Z n u ż e n i ludzie, j a k b y o d w y k l i od tego, by sobie okazywai
życzliwość. Bez entuzjazmu, bez s p o n t a n i c z n o ś c i , nawet
w czasie przejazdu Papieża przez miasto. „ T a c y j u ż są u naf
ludzie", tłumaczyli mi m o i litewscy r o z m ó w c y . Wszyscy od
serdeczni, gościnni.
Prof. G i b a v i ć i u s , gdy m u p r z e k a z a ł e m pozdrowienia
Andrzeja Strumiłły. zajął się m n ą z o c h o t ą , p o k a z a ł w hałl«
Uniwersytetu rzeczywiście bardzo interesujące freski Petrasl
R e p ś y s a oraz swoje, znane m i j u ż zresztą z „ L i t h u a n i i "
A później chodziliśmy po starym Wilnie, kościołach, zau'_
kach, uliczkach. J a k o ś inaczej to sobie w y o b r a ż a ł e m , w i ę K
sze, rozleglejsze. Ostra Brama z a s k o c z y ł a mnie swoją intyi "
nością, sądziłem, że to centrum Wilna, ale na t y m właśo
polega niebezpieczeństwo konfrontacji w y o b r a ż e ń z rzecz;

1

4

5
wistością, „ m o j a " Ostra Brama była większa, piękniejsza,
jak na serce miasta p r z y s t a ł o . A t u zaułek. - T o klasztor
Bazylianów, objaśniał profesor. Cela K o n r a d a . P a t r z y ł e m
raczej zaskoczony, niż wzruszony. W inscenizacji Dziadów
wyglądał inaczej. P o r ó w n y w a ł e m więc rzeczywistość z t y m ,
co wywarło na mnie silne w r a ż e n i e w przedstawieniu Swinarskiego. Tamten, teatralny klasztor wydał m i się ciekawszy.
Czułem się paskudnie.
T o d o m Miłosza. Nie z a p y t a ł e m
Oskara czy C z e s ł a w a . Szczerze m ó w i ą c niewiele mnie to
obchodziło Tyle co turvste k t ó r v zwiedza P a r v ż c h o d z ą c
od jednego do drugiego miejsca p a m i ę t n e g o dla P o l a k ó w
Ulice były czyste, domy odnowione, s t a r ó w k a przygoto­
wana na przyjazd P a p i e ż a . Wysiłek miasta budził podziw,
zwłaszcza, że z n a ł e m dobrze problemy K r a k o w a . Wszyst­
kiego nie o c a l ą , to oczywiste, ale i tak d o k o n a l i wiele. N a ile
jednak jest to rzeczywista konserwacja? Z a s t a n a w i a ł e m się,
y aby nie jest to tak j a k z t y m szykowaniem R y n k u
Krakowskiego na jubileusze. Fasady piękne, a w murach w i l ­
goć. Jednak łatwiejsza jest sytuacja Wilna, niezbudowano obok
"•ego Nowej Huty, nie niszczy go Skawina i śląskie wiatry.
c z

Po d w ó c h latach niepodległości nie w i d a ć ś l a d ó w zewnęt^ y c h sowieckiej okupacji. U s u n i ę t o p o m n i k Lenina, pew¬
i inne „ n i e d o b r e " , na wszystkich domach, gdzie się
^ e s z c z ą urzędy i instytucje, nowe, solidne tabliczki z miedzi.
Zmieniono nazwy ulic. Po raz k t ó r y w X X wieku? Taka np.
eja Gedymina n a z y w a ł a się w dwudziestoleciu aleją M i c ­
n i e

a|

kiewicza, p ó ź n i e j , aż do wyzwolenia Lenina.
D u ż o c h o d z i ł e m po mieście, o g l ą d a ł e m cerkwie, kościoły,
nawet o d b u d o w y w a n ą z r u i n S y n a g o g ę - dla Ż y d ó w ,
k t ó r y c h tyle, co na lekarstwo. Aleja Gedymina, pusta, bez
s a m o c h o d ó w (wizyta P a p i e ż a ) p r z y p o m n i a ł a m i Boulevard
Saint-Michel w P a r y ż u . P i ę k n y skwer przed gmachem daw­
nego K G B , też j a k z P a r y ż a . Katedra z d z w o n n i c ą p i ę k n a ,
nawet ładniejsza niż na fotografiach. Śliczne miasto. Zwłasz­
cza centrum i dawna jego część. Ale... j a k o ś obce. Swoją
u r b a n i s t y k ą , życiem ulic i p l a c ó w , szyldami, w i t r y n a m i
sklepów.
Z a s k o c z y ł o mnie to, z a s t a n o w i ł o . Tak c h c i a ł e m , aby b y ł o
inaczej. A l e nie b y ł o . Chyba dlatego, że miasto - to nie t y l k o
domy, kościoły, zabytki. T o przede wszystkim ludzie, klimat,
k t ó r y oni stwarzają. S z u k a ł e m W i l n a , z n a l a z ł e m w istocie
Vilnius. I nie ma na to rady. T o j u ż inne miasto, inny kraj.
Nie wiem, j a k reagują na nie ludzie urodzeni tam przed
wojną zapewne ze wzruszeniem znajdują ślady przypomina­
j ą c e i m m ł o d o ś ć , dzieciństwo... A l e i dla nich musi to j u ż być
inne miasto Nie kresowe nie niekne w swei orowincionalnei
skali, lecz prężnie się rozrastające. Ponad trzy razy większe,
blisko 700-tysięczne.
W i l n o , jakie było, jakie w sobie p i e l ę g n o w a ł e m - nie
istnieje. N a l e ż y do przeszłości. P i ę k n e j , ale wyczuwalnej j u ż
tylko w zabytkach, we wspomnieniach, w p a m i ę c i starych
ludzi. W i l n o realne nie istnieje. Jest Vilnius - stolica L i t w y .

Fol. Aleksander Jackowski - il. 1-3, 5-9

49

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.