http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2718.pdf

Media

Part of Salvador, miasto capoeira / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4

extracted text
Salvador, miasto capoeira

C

MACIEJ

apoeira ro krąg ludzi - roda; t o orkiestra grająca m u ­

RÓŻALSKI

zykę — bateria; t o wreszcie dwóch tancerzy u p r a w i a ­

jących między sobą grę tanecznych ciosów i uników.

Wszystkim zaś kieruje mistrz — Mestre.

A l e czy t o t y l k o egzo­

Salvador, miasto
capoeira

tyczna gra-walka. Może j e d n a k coś więcej t k w i w tej plątani­
n i e k o l o r o w y c h ruchów i głośnej m u z y k i . Szal capoeira, któ­
ry zaczął ogarniać świat, nie kończy się n a b a r w n y m fitness;
na w y s p o r t o w a n y c h młodzieńcach potrafiących wykonać se­
rię e f e k t o w n y c h salt. Jest w t y m coś więcej, k u l t u r a i historia,
urzekające s w o i m k o l o r o w y m , głośnym pięknem, ale też roz­
paczliwie n a m potrzebna n a u k a , j a k być z i n n y m i , j a k rozu­
m i e ć i n n y c h ludzi. Capoeira m a w sobie coś takiego, co w y ­
rzuca z człowieka gromadzone i przetrzymywane emocje. For­

trzone w prastare szyldy, zdecydowanie pamiętające
jeszcze początki wieku X X . Tylko gdzieniegdzie, powtykane, podokręcane, jakby na siłę, szyldy wysta­
wowe nowych sklepów, kolorowe neony reklamują­
ce piwo, papierosy i perfumy. Samochody najnow­
szej generacji mieszają się ze starożytnymi wehikuła­
mi napędzanymi jeszcze chyba na kociołek z wę­
glem. Restauracje w stylu zachodniej Europy obcują
z barami, których ściany zdobią białe kafle, kliente­
la wygląda zaś jak starsze rodzeństwo ekipy Buena
Vista Social Club.

m y i maski, którymi wiecznie się zabudowujemy, które znie­
kształcają i kontrolują nasze relacje ze światem, nagle tracą
sens. N i e m a czasu, by myśleć o t y m , czego chce t e n d r u g i ,
czego j a c h c ę o d niego. M u z y k a , szybkość, gra, wyzwalają
nadwątloną przez cywilizację pewność siebie. Pozostaję t y l k o
ja i człowiek, z którym tańczę. I t e n szczególny rodzaj relacji,
który tworzy się między n a m i , a który sprawia, że muszę spoj­
rzeć w samego siebie i zadać sobie p y t a n i e : k i m jestem...

Salvador
Powietrze, które nie jest jak powietrze. Gorące,
duszne i bardzo, bardzo wilgotne. Trudno oddychać.
Jestem w Salvadorze. To dziwne uczucie bycia bardzo
daleko od domu - jakby wyrwania, osamotnienia przemieszane z wrażeniem, że to, co mnie otacza, to
tylko jakaś kopia rzeczywistości. To trochę tak, jakby
znaleźć się na oglądanej właśnie nieruchomej rekla­
mie biura podróży. Jednak jeszcze nie do końca czuję
tak bardzo rozreklamowane słowo „egzotyka". Mam
na wpół instynktowne wrażenie zawieszenia gdzieś
w przestrzeni. Ale mimo to wszystko wygląda chyba
normalnie, zwyczajnie. Terminal jest elegancki i czy­
sty. Tak samo przed lotniskiem. Dużo samochodów
i autokarów dobrej marki. Czekają na turystów; wy­
pisz, wymaluj, jak z hiszpańskiego kurortu. Jest infor­
macja, specjalny „bagażowy pan", autobus, który co
5 min podjeżdża i zabiera rozkwilony ładunek turystów
w odmęty hoteli i turystycznych atrakcji. Przyłączamy
się do tej kolorowo zorganizowanej chałtury i pakuje­
my się do kolejnego z turystycznych busów. Ta iluzja
trwa jeszcze przez chwilę, kiedy wyjeżdżamy z lotniska
przepiękną aleją porośniętą po obydwu stronach pal­
mami. Tworzą one ponad drogą długą, barwną bramę
wjazdową, niczym w jakimś pałacu maharadży.
Dopiero po chwili orientuję się, że to tylko cząstka
Brazylii, kolorowy papierek, kryjący monumentalne,
dzikie piękno przyrody, niewyobrażalne bogactwo pa­
łaców i zarazem niezmierzoną biedę faveli.
Spomiędzy palm zaczynają wyzierać sypiące się
rudery, zabłocone podwórka, małe sklepiki zaopa-

Taki właśnie jest Salvador, miasto nędzy i bogac­
twa. Dawna portugalska świetność, a zarazem brud
rozsypujących się budynków. Nieprzebrane piękno na­
tury i pył szarych ulic przedmieścia. To w końcu koleb­
ka magii condomble i capoeira, a zarazem jedno z naj­
większych skupisk faveli w Brazylii.
Favele to dzielnice nędzy. Biedota żyjąca grubo poza
granicą zera socjalnego. Jeden z najmroczniejszych i naj­
bardziej rozpaczliwych problemów dzisiejszej Brazylii.
Przerażająca, gigantyczna, szarobrudna masa. Trzę­
sący się twór, pełen smrodu nędzy. Wibrująca dźwięka­
mi, wypełniona po brzegi zbieraniną ludzkich ciał, tło­
czących się, walczących o skrawek miejsca do życia.
Dżungla lepianek, ruin, domków, budek z dykty, służą­
cych za trzypokojowe mieszkania. Całe hektary bezna­
dziei. Favele mają w sobie coś z piekła, które udało się
zrealizować na ziemi.
Salvador - to miejsce, gdzie brzydota i piękno
tworzą przedziwne malowidło. Dadaistyczny twór.
Barwną plamę poskładaną chaotycznie z tysięcy ma­
łych elementów. Podróżując przez to miasto, trzeba
wyczulić swój zmysł estetyczny. Trzeba się nauczyć
wczuwać w ten dziejący się obraz, bo inaczej pozosta­
niemy poza nim, w obtębie hoteli, plaż i pięknych wi­
doków.
My przyjechaliśmy do Salvadoru szukać capoeira.
Okazało się jednak, że nie da się podać definicji, jed­
noznacznie określić, czym ona jest. Tak jak Salvador capoeira ma wiele różnych twarzy. Oto kilka z nich.

193

Maciej Różalski • SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

Mestre Feherrinia: „To sztuka,
która potrzebna jest w życiu"
Salvador jest jak bajkowa kraina. Ale bajka bardzo)
w stylu Andersena, piękna i przerażająca zarazem.
Przypomniałem to sobie, stojąc przed starym, rozsypu­
jącym się budynkiem, którego ścian ledwie trzymają[
się wielkie płaty łuszczącego się tynku, a dwa małe ka­
flowe bary na dole otaczają ze wszystkich stron kałuże
błota. Jeden ze starych dziadków-bywalców, spoczywa­
jący przy lokalowym stoliczku, uśmiecha się do mnie
bezzębnie i pokazuje, że capoeira, to na górze. Z okna(
na piętrze, dochodzi mnie dźwięk berimbau... (berimbau to najważniejszy w capoeira instrument, on kieru­
je całym rytuałem. Wygląda jak łuk. Na dole przywią­
zana jest okrągła puszka akustyczna. Do grania używai
się jeszcze patyczka, kamienia i grzechotki)
[...] Capoeira w wydaniu Feherrinia i jego uczniów
jest fascynująca, jest inna niż ta, którą znam z Europy.
Ruchy i muzyka są teoretycznie te same, ale tu jest
więcej energii, taniec jest żywszy, jakby jego korzenie
wyrastały wprost spod tego budynku.
Mestre budzi zaufanie już na pierwszy rzut oka. Wyso­
ka postawna, przystojna, sylwetka, uśmiechnięta twarz.
Spod na wpół przymkniętych powiek spoglądają nai
mnie uważne oczy. W jego osobie daje się odczuć jakąśi
spokojną siłę i pewność, którą przepojone są jego ruchy.
Ja: Mestre, chciałbym wiedzieć, czym jest dla ciebie
capoeira, co jest w niej takiego ważnego i niezwykłego?
Feherrinia: Dla mnie w capoeira najważniejszy jest
I
moment. Ten punkt, w którym dostajemy sygnał od
,
drugiego człowieka, że atakuje, wykonuje ruch. To, co
muszę zrobić, to błyskawiczna odpowiedź, unik, który
następnie przeradza się w kolejny atak. Sztuka jednak
nie polega na tym, aby się obronić lub zaatakować.
Chodzi o to, żeby swoją odpowiedzią płynnie włączyć
się w nieustający ruch, jaki wytwarzacie razem ty
i twój partner. Jeżeli uda się zachować płynność, two­
rzy się między wami porozumienie, niepowtarzalna re­
lacja, w której przeplatają się taniec, walka, spryt. To
jest właśnie gra, to jest capoeira.
(

Ja: Co sądzisz o nowej capoeira, tej znanej z tele­
wizji, efektownej, dynamicznej, akrobatycznej. Jak to,
się ma do twojej wizji tego zjawiska oraz do tego, czym
ta sztuka była kiedyś?
Feherrinia: Sądzę, że wszystko podlega zmianom,
niczego się nie da zatrzymać. To samo dotyczy capo­
eira. Zupełnie inna 20 lat temu, zmienia się, ewoluuje.
Są tacy, którzy uważają to za wykroczenie. Mówią, że
capoeira zostaje wyzuta z tradycji i rytuału, a to właśnie
one są jej sednem.
Dla mnie najważniejszy jest kontakt dwojga ludzi,
to, co się między nimi odbywa. I chyba jeszcze to, że
kilkoro dzieciaków nauczy się dzięki temu czegoś cie­
kawego, że nie wpadną w jakieś bagno.
194

Rzeczywiście, akrobacje dla samych akrobacji, wal­
ka dla samej walki, fascynacja swoim ciałem, to abso­
lutnie nie jest to, o co chodzi w capoeira. Trudno podać jednoznaczną definicję, dla każdego granica bę­
dzie gdzie indziej. Najważniejsze, aby ludzie nawiązy­
wali ze sobą w grze relację, o której mówiłem. To sztuka, która potrzebna jest w życiu.

Mestre Falcao:
„Szanowanie różnic między ludźmi,
to jest dla mnie najważniejsze"
Mestre Falcao jest szczupłym i niskim człowiekiem, lat
około 40, ma lekko siwiejące włosy, delikatną twarz i spo­
kojne spojrzenie. Z rozbrajającym uśmiechem prowadzi
mały samochodzik, którym mkniemy na festiwal capo­
eira, odbywający się tego dnia w Salvadorze. Mestre pro­
wadzi tam warsztaty, ma to być - zdaje się - wielka im­
preza, 80 szkół capoeira ma pomieścić się w jednym bu­
dynku i zaprezentować swoje umiejętności... Wszystko
idzie świetnie, ale jest jeden problem: chyba nie do koń­
ca wiemy, jak dotrzeć na miejsce. To zabawne, ale do­
strzegam niejaką zależność między byciem mistrzem ca­
poeira a prowadzeniem. Im większy mistrz, tym gorszy
kierowca. N o więc walczymy, pchając się przez maleńkie,
pokręcone uliczki Salvadoru. Mijamy kamienice, rudery,
bloki mieszkalne, wszystko to razem wymieszane bez ładu
i składu. Tabuny ludzi, tabuny samochodów - i wszystko
to przetacza się leniwie wokół nas, jednych z wielu wiecz­
nie spóźnionych i nigdzie nie spieszących się uczestników
ruchu drogowego miasta Salvador. W ogóle są to dwie
charakterystyczne, tutejsze cechy miejskiej aglomeracji.
Po pierwsze, wszystko jest zawsze spóźnione. Zaczynając
od pojedynczych jednostek, kończąc na dużych skupi­
skach ludzi, nikt nigdy nie jest na czas. Po drugie, niko­
mu się nie śpieszy, co jest dosyć dziwne, zważywszy na
fakt pierwszy. Ruch samochodowy wygląda jak przelewa­
jąca się powoli gęsta ciecz. Nie przekracza się
60 km/godz., ale też raczej się nie hamuje...
[...] zaskoczył mnie temat warsztatów, które prowadził Falcao: odczuwanie radości dzięki capoeira.
Uczestnikami były małe dzieci, pozbierane z wielu
szkół przybyłych na festiwal, oraz - ku mojemu zaskoczeniu - także grupa dzieci z zespołem Dawna. Okazu­
je się, że są tu dzięki pewnej rządowej fundacji, która
zajmuje się wyciąganiem z faveli tych najbiedniejszych,
najsłabszych. Jednak te dzieci nie tylko dostają opiekę,
celem programu jest także uczenie porozumiewania
się i życia z innymi ludźmi. Prawdę powiedziawszy, od
razu przygotowałem się na sytuację, w której mocno
skrępowani „normalni" opiekunowie będą prezento­
wać z tolerancyjnym uśmiechem wyuczone osiągnię­
cia swoich podopiecznych „specjalnej troski". Nato­
miast „normalna" publiczność ze zrozumieniem będzie
oglądać ten smutny show i litować się nad losem tych
„biedactw". Okazało się jednak, że zarówno Falcao,
opiekunowie, jak i grupa „biednych maleństw", mają

Maciej Różalski * SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

1. M e s t r e N e n e l (po środku na ławce) syn M e s t r e B i m b a
twórcy jednej z o d m i a n dzisiejszej Capoeira i jego

4

uczniowie.
2. M e s t r e Falcao rozpoczyna swoje warsztaty C a p o e i r a dla
małych dzieci.
3. Szkoła M e s t r e C u r i o (trzeci o d prawej) j e d n a
z najstarszych w Brazylii. Pozwolono n a m zrobić
t y l k o t o j e d n o zdjęcie.
4. Salto, e f e k t o w n a część C a p o e i r a Regional
5. Roda grupy Beribazu w mieście Brasilia.
6. Zajęcia w grupie Beribazu.
7. M e s t r e Joao Piceno. Jest p r a w d o p o d o b n i e najstarszym
wciąż tańczącym Capoeiristas na świecie
8. M e s t r e D e c a n i o . M ó w i o oświeceniu i radości

A '

w Capoeira.

195

Maciej Różalski * SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

9.

Bohaterscy uczestnicy roda p r o w a d z o n e j przez M e s t r e
Falcao

10. Sala t r e n i n g o w a w szkole Joao Pequeno. N a tej
w y t a r t e j podłodze wychowało się k i l k a pokoleń
Capoeiristas
1 1 . D z i e c i bawiące się w przerwie warsztatów M e s t r e
Falcao
12. Zajęcia z M e s t r e Falcao
13. Paolo j e d e n z członków grupy Beribazu.
14. Tancerze czekają na grę p o d b r i m b a u (głównym
i n s t r u m e n t e m kierującym c a ł ą R o d a ) .
15. A n d r e Reis i n s t r u k t o r z grupy Beribazu. Pierwszy
Brazylijczyk, który rozpoczął nauczanie Capoeira
w Polsce.
16. Roda w grupie Beribazu. Fot. 3, 7, 8, 14 - A n n a
Sienicka. Fot. 6 - Szczepan Różalski. Pozostałe zdjęcia
autorstwa M a c i e j a Różalskiego

196

Maciej Różalski • SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

inne plany. Miało być o radości i było o radości. Me­
stre kilkoma prostymi zabawami zintegrował całe to­
warzystwo. Zupełnie nie przejmując się powagą swojej
osoby, a także tym, czy „biedactwa" dadzą radę, rozpo­
czął skandalizującą naukę wywracania kolegi przez ko­
legę, po czym rzucania się „wszyscy razem na siebie".
Odbyło się też bieganie z wrzaskiem dookoła sali, pró­
by nieruchomego baletu oraz sporadyczne ataki na
szyję mistrza. Całość zakończyła się godzinną roda,
uczestników było bez liku, zrobił się totalny bałagan.
Zupełnie nie wiedziałem w pewnym momencie, kto
jest „bidulkiem", a kto opiekunem, kto się uśmiecha
z pobłażaniem, a kto ryczy ze śmiechu. Co ważniejsze,
kogokolwiek przestało to obchodzić, najważniejsza by­
ła capoeira.
Ja: Mestre, co jest dla ciebie najważniejsze, co po­
woduje, że chcesz i potrafisz dawać tyle radości i zaba­
wy poprzez capoeira.
Falcao: Szanowanie różnic między ludźmi, to jest
dla mnie najważniejsze. To obowiązuje także w capo­
eira. Bez przerwy trzeba pamiętać o innych, o tym aby
gra była dialogiem. Tylko doceniając nawet tego naj­
mniejszego, jesteśmy ludźmi
Ja: Czym jest capoeira dla ciebie?
Falcao: Capoeira to sposób życia, to filozofia. Wcho­
dzi w twoje życie i staje się jego częścią. Kiedy zaczynasz
grać capoeira, wnikasz w samego siebie, poznajesz siebie
i wchodzisz na drogę rozwoju i przemiany. Wielkość tej
sztuki polega właśnie na tym, że nie da się rozwijać tyl­
ko ciała, poprzez ciało sięgasz do duszy i umysłu. Ciało
i dusza stanowią nierozerwalną jedność. Capoeira po­
zwala przyglądać się tej jedności, sprawia, że nasze życie
jest prawdziwsze i bardziej radosne.
Niestety, cywilizacja zachodnioeuropejska od daw­
na dowodzi, że dusza i ciało to dwa obce sobie twory,
że istnieje pęknięcie w wewnętrznej kondycji człowie­
ka. Siady tej idei wkradają się wszędzie, także do capo­
eira. Ludzie zapominają więc o rytuale tej sztuki, o za­
sadach, o tym, aby uważać na innych. Fascynują się
swoją siłą, wyższością. Myślą tylko i wyłącznie o sobie
i niszczą przez to płynność, jedność z innymi. Niezau­
ważalnie przestają być także zgodni z samymi sobą.
W nowej capoeira, tak jak zresztą na wielu innych
płaszczyznach naszego życia, coraz częściej zaczynają
liczyć się tylko siła i silni.

niowego MTV. Jednak jego spokojny ton głosu i czuj­
ne oczy przypominają od razu, że jest on jednym z naj­
bardziej znanych w Salvadorze mistrzów capoeira,
a wreszcie synem legendarnego Mestre Bimba.
Ja: Nenel, co możesz powiedzieć mi o swoim ojcu
i o tym, co stworzył.
Nenel: Bimba był człowiekiem prawdopodobnie od­
powiedzialnym za obecny stan capoeira. To on w la­
tach 30. doszedł do wniosku, że capoeira oderwała się
od swoich korzeni. Twierdził, że za bardzo pogrążyła się
w kulturowej manifestacji. Według niego zapomniano
również o tym, że jest to także walka. Stworzył więc
swoją wersję tej sztuki, zdynamizował ją, opracował
tzw. sekwencje Bimba, dodał użycie rąk i ciosy oparte
na przemocy. Początkowo ta capoeira, nazwana Regio­
nal, niewiele się różniła od tego, co uprawiali inni mi­
strzowie. Bimba stwierdził, że przywrócił capoeira jej
dawny stan, gdy służyła ona po prostu walce o przeży­
cie. Ale już jego uczniowie zaczęli dalszą modyfikację.
Wraz z wejściem Regional na uniwersytety, opracowy­
wano teorię nauczania capoeira. Zaczęła się ona
„usportawiać" i „wygładzać". Teraz tańczy się w wyższej
pozycji. Ciosy są szybsze i wyraźniej zaznaczane. Nato­
miast sama gra zaczyna przypominać dynamiczny ta­
niec współczesny. W sferze duchowej Regional powoli
„opuszcza ulice", czyli oddala się od swojego miejsca
narodzin. Co za tym idzie, przestaje być powoli dome­
ną na wpół magiczną osadzoną blisko condomblć (reli­
gii naszych przodków stwoizonej z wierzeń afrykań­
skich przywiezionych wraz z czarnymi niewolnikami),
pogrążoną głęboko w tradycji i kulturze. Istnieją więc
głębokie różnice, pomiędzy Regional a Angolą - drugą
odmianą capoeira, która miała zachować dawny styl,
a którą stworzył inny Mestre - Pastinha. Angola miała
być ochroną dawnych rytuałów, dawnego sposobu ży­
cia. Są to więc praktycznie rzecz biorąc, dwa zupełnie
różne światy. Nie twierdzę, że lepsze albo gorsze, po
prostu inne. Niektórzy próbują je wartościować, ale ro­
dzą się z tego tylko niedobre konflikty.
Ja: A jak ty, jako syn Bimba, ale także Mestre, od­
nosisz się do tego wszystkiego? Jaka jest twoja wizja.
Nenel: Capoeira jest jedną z dróg, które człowiek
może obrać idąc przez życie. Kiedy już jednak wkracza
na nią, staje się ona całą jego egzystencją. Myślę, że
można powiedzieć, że capoeira jest sztuką dobrego ży­
cia. Tak właśnie uważał mój ojciec. Capoeira była dla
niego, po pierwsze, samoobroną, po drugie, dobrą dro­
gą życia. Ale nie jest tak, że capoeira jest tylko tym al­
bo tamtym, że istnieje tylko jedna słuszna droga. Ja
wybrałem drogę Bimba i staram się go naśladować.
Dla kogoś innego capoeira może być walką, medyta­
cją, tańcem, grą lub wszystkim naraz.

Mestre Nenel: „... ćwicząc capoeira,
każdy odkrywa swoją prawdę"
Mestre Nenel wygląda jak gwiazda amerykańskiej
sceny hip-hop. Jest potężnym, czarnym mężczyzną,
nosi długie dredy i wełniany beret. Marynarska koszul­
ka ciasno opinająca jego zwalisty tors, duże okulary
przeciwsłoneczne, białe mokasyny, wszystko to spra­
wia, że Nenel miałby swobodny wstęp do studia nagra­

Ja: Ale czymś chyba jest w szczególności? Muszą
przecież istnieć jakieś podstawowe zasady, które bez
względu na różnice w stylu tworzą coś, co się nazywa
capoeira.
197

Maciej Roiakki . SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

Nenel: Rzeczywiście, ta sztuka ma swoje fundamen­
ty, prawa, które ją konstytuują, a których łamać nie
można. W przeciwnym razie przestaje to być capoeira.
To, co się dzieje teraz, jest niejednokrotnie właśnie
wykraczaniem poza te prawa. Ewolucja jest naturalna
i zmian nie można zatrzymać. Ale capoeira zaczyna
przypominać miejscami jakiś sport olimpijski, zostaje
obdarta z rytuału. A to właśnie on jest jedną z rzeczy,
które tworzą tę sztukę. Dzięki zasadom panującym
w roda (czyli kole ludzi, w którym odbywa się gra),
znajomości muzyki, szacunku dla ludzi tworzy się to
coś, co przyciąga jak magnes. Drugą niezbędną rzeczą
jest ginga, czyli podstawowy, zgodny z rytmem krok, na
którym opiera się cały taniec. I nie chodzi mi o poru­
szanie się w odpowiedni sposób. Ginga musi być w każ­
dym wykonywanym ruchu, jest swoistą rytmiczną ba­
zą, na której opiera się cała capoeira. Ginga buduje
rytm i tworzy płynność gry.
To wszystko z kolei, wzięte w całość umożliwia za­
istnienie tego, co w capoeira jest tak niesłychanie po­
ciągające. Tworzy się jakby cielesna konwersacja mię­
dzy ludźmi, nawiązuje się relacja, która zespala dwoje
w jedność. Taniec, muzyka, śpiew, emocje wywołane
przez bliski i intensywny kontakt z drugą osobą, to
wszystko działa na nas jednocześnie, dotyka naszej du­
szy. Capoeira jest innym, magicznym światem.
Częste są obecnie walki o wpływy pomiędzy szkoła­
mi. Tendencja redukowania capoeira do egzotycznej
walki lub fitness. Albo też roszczenie sobie prawa do
prawdy obiektywnej o tej sztuce-walce. Ja nie będę
oceniać, co jest złe, a co jest dobre, tym bardziej że
sam nie jestem doskonały. Ale ćwicząc capoeira każdy
odkrywa swoją prawdę.

Mestre Curio: „... trzeba zagłębić się
w rytuał, a także w powolną, pełną
skupienia grę z drugim człowiekiem..."
Pelorinho, niegdyś ociekające złotem centrum por­
tugalskiego Salvadoru, obecnie turystyczna starówka.
To miejsce robi rzeczywiście wrażenie, kolorowe ka­
mienice, stare kościoły, tysiące straganików i sklepi­
ków wyładowanych gadżetami związanymi z capoeira.
Wokół przetaczają się tłumy turystów, owładniętych
żądzą zakupienia sobie kolorowej pamiątki z egzotycz­
nych wakacji, a najlepiej przeżycia jeszcze jakiejś ba­
jecznej przygody. Za nimi następny tłum, tym razem
miejscowych, próbujących z rozpaczliwym uśmiechem
zarobić jakiekolwiek pieniądze. Jest coś poniżającego
w tym układzie. Z jednej strony - turyści, próbują nie
zauważać wszechobecnej nędzy, chowając się w swych
hotelach i płatnych wycieczkach. Z drugiej - ludzie,
którzy starają się zarabiać na drobnej turystyce, którzy
nauczyli się jęczeć i przymilać dla kilku groszy. Całe to­
warzystwo kryje się za wzajemnym uśmiechaniem, od­
dalając od siebie widmo biedy.

Próbując uciec od jazgotu głównych turystycznych
placów, odkrywamy pomniejsze uliczki. Tu jest trochę
luźniej, mniej ludzi, a mnóstwo zaułków, małych skle­
pików i nieśmiertelnych kaflowych barów.
W pewnym momencie nasza znajoma Clarisa poka­
zuje nam jakiś stary, ledwo widoczny z ulicy szyld. Na
kawałku drewna, którego sam bym nie zauważył, wid­
nieje napis: Escola de Capoeira. Budynek wygląda na
stary i całkowicie wtapia się w rząd różnokolorowych
kamienic szturmowanych przez rozszalałych turystów
całą masą nowoczesnego sprzętu fotograficznego.
W panującym w środku półmroku można wyczuć ja­
kieś odmienne od ulicznego jazgotu nieruchome do­
stojeństwo. Powywieszane instrumenty muzyczne, wy­
blakłe flagi, maski - wszystko to buduje jakiś nastrój
oddalenia, zatrzymania w czasie. Sala widoczna przez
pootwierane na parterze drzwi przypomina bardziej
muzeum niż jeden z kolorowych okolicznych sklepi­
ków. W całość wnętrza doskonale wtapia się siedzące
po przeciwnej stronie sali barwne towarzystwo.
O d razu czuć zapach, w którym miesza się odrobina
stęchlizny, kurz i stare drewno, coś jakby strych zasta­
wiony starymi przedmiotami sprzed wieku. Za wielkim
drewnianym biurkiem siedzi szczupła, młoda Murzyn­
ka, obok niej czarny mężczyzna, w wieku ok. 30 lat.
Przedziwnie dopiero prezentuje się trzecia z siedzących
osób. Jest to mężczyzna, należący do tego rodzaju lu­
dzi, których wiek trudno jest określić, gdzieś pomiędzy
40 a 70 lat. Jest on właścicielem dużego brzucha, oraz
całej kolekcji biżuterii, począwszy od łańcuszków na
szyi, a skończywszy na wielkich złotych sygnetach.
Ubranie w tonie eleganta z lat 70. Rozszerzane
spodnie w kant, koszula z dużym kołnierzem. Kapelusz
a la lata 20. Całości dopełniają czarne błyszczące mo­
kasyny. Zdecydowanie jedna z najdziwniej wyglądają­
cych person jakie udało mi się spotkać w tym i tak nie­
zwyczajnym mieście. Ale nie to uderza mnie najbar­
dziej. Najbardziej frapująca jest jego twarz — duża, peł­
na siły i jakiejś delikatnej, raz to przebiegłej, raz dobro­
tliwej złośliwości. Nie zdziwiło mnie zbytnio, gdy do­
wiedziałem się, że jest to szkoła Capoeira Angola,
a rubaszny mężczyzna w kapeluszu to Mestre Curio, je­
den z uczniów legendarnego Pastinha, zaciekły wróg
wszelkich nowoczesnych przemian w capoeira...
Siedzimy na piętrze tego przedziwnego budynku, ota­
czają nas stare sprzęty, pożółkłe fotografie. Za oknem po­
został jazgot Pelorinio, ale tu, gdzie siedzimy, wrzawa jest
jeszcze większa. Mestre Curio zgodził się na rozmowę
o capoeira, ale bardziej przypomina to monolog przemie­
szany z awanturą o to, że naiwnie zaczęliśmy rozmowę
od pytań o Capoeira Regional. Trzeba powiedzieć, że
Mestre prawie przez cały czas krzyczy, rzuca się, zdejmu­
je i zakłada kapelusz, generalnie jest mocno poruszony,
a to, co mówi, brzmi trochę jak doniesienia z frontu.
Curio: Nie ma dwóch capoeira, jest tylko Angola!
To, co nazywane jest Regional, to jakieś nowoczesne

Maciej Różalski • SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

ćwiczenia fitness, nie ma w tym duchowości i tradycji
prawdziwej capoeira! Organizowane w fitnessldubach
zajęcia ruchowe, bo tylko tak to mogę nazwać, nie ma­
ją nic wspólnego z rytuałem, rytmem i obrządkiem które tworzą samą strukturę, rdzeń capoeira.
Ja: Ale czy nie jest możliwe współistnienie Regio­
nal i Angola? Rozwój i popularność tej pierwszej jest
faktem, dlaczego więc sprzeciwiać się postępowi
i zmianom? Co szkodzi uszanowanie tego po prostu ja­
ko innej capoeira?
Curio: Uważam, że szkodzi, i to bardzo. Ludzie sły­
sząc o capoeira, niejednokrotnie utożsamiają całe zja­
wisko z tym widowiskowym baletem, przyjmują formę
zewnętrzną i automatycznie pomijają sferę duchową
i wewnętrzną. Aby zrozumieć i poczuć capoeira, trzeba
poświęcić wiele pracy i uwagi nie tylko swojemu ciału
i technice gry, ale przede wszystkim temu, co się dzieje
w nas w środku, trzeba zagłębić się w rytuał, a także
w powolną, pełną skupienia grę z drugim człowiekiem,
a nie skocznie i szybko podskakiwać wokół siebie. Poza
tym nie wystarczy mówić o filozofii capoeira, trzeba ją
poczuć całym sobą. To da się zrealizować tylko w roda
traktowanej w sposób magiczny, z poszanowaniem za­
sad, szacunkiem dla każdego członka roda, w miejscu
do tego przeznaczonym. W Regional, z roda została tyl­
ko zasada, że ma to być koło, natomiast miejscem gry
jest zwykle sala gimnastyczna lub klub fitness. Nie wy­
obrażam sobie skupienia w takim miejscu.
To pierwsze, co mam do zarzucenia Regional, drugą
rzeczą jest natomiast tworzenie euforii w roda. Nie by­
łoby w tym nic złego, ale ciągłe podkręcanie za pomo­
cą muzyki, klaskania i szybkiego rytmu dużych pokła­
dów emocji niszczy kontakt i porozumienie, niszczy ja­
kość tańca, czyniąc go tylko szybką wymianą ciosów.
Wreszcie ostatnie i najważniejsze jest wprowadze­
nie do Regional agresji. Capoeira nie może być agre­
sywna. Nie ma w niej miejsca na przemoc. Nie może
być tak, że brutalna siła zastępuje miejsce tzw. malan­
dragem (sprytu), który kształtował jakość i styl grania!
- Ostatnie słowa Curio wypowiadał znowu podniesio­
nym głosem...

scy ubrani w czarne spodnie w kant i żółte koszule.
Ten strój, obowiązujący na wszystkich spotkaniach,
został wymyślony przez Pastinha na cześć jego ulubio­
nej drużyny futbolowej. Jest też i sam Curio, on też za­
mienił swój rynsztunek i biżuterię na strój „klubowy".
Powoli roda rozpoczyna się.
Capoeira jest u Curio rytuałem, oni czczą muzykę, nie
może być tak, że ktoś przychodzi i łamie zasady. Wszyst­
ko jest takie jakie było prawdopodobnie 100 lat temu.
Najpierw, przez pół godziny grają tylko instrumenty ,
- ludzie z bateria stoją w kole i grają zwróceni do sie- <
bie twarzami. Potem Mestre obchodzi całą salę z dy­
miącym kociołkiem, w którym t l i się kadzidło. Ma to
służyć pobłogosławieniu uczestników roda. Dopiero
wtedy można rozpocząć grę...
Mistrz Curio pochyla się przed berimbau. Jego wiel­
ką, bezzębną twarz wykrzywia złośliwy radosny
uśmiech, całe jego ciało drga, jakby każda kończyna
prowadziła swoje własne, fascynujące życie. Za chwilę
nadchodzi sygnał, żeby zacząć i jego wielki brzuch ra­
zem z całą resztą rusza w przedziwny, pogięty taniec pe­
łen pantomimy, gagów, złośliwości i rubasznych pod­
skoków. Raz zatacza się w szaleńczym pijackim tempie,
raz popada w pełne płynności i tanecznego piękna po­
wolne ruchy, podcina, rozpycha się za pomocą poślad­
ków, biega po całej sali. Jego gra aż kipi życiem, ener­
gią, ale i symboliką, ciągłą autoironią i autorefleksją.
Każda kolejna gra jest jakimś dziwnym spontanicznym,
brzydkim i groteskowym teatrem. Tancerze skaczą, bie­
gają, pełzają nawet dookoła siebie, wszystko po to, aby
zmylić się nawzajem, oszukać. Ale nie tylko kpina jest
w tym, co robią Curio i inni, nie tylko taniec. Muzyka
i ruch zmuszają do jakiegoś ponadwerbalnego dialogu,
autentyczności. Angola staje się sposobem wyrażenia
swoich emocji - ubraniem w symbole przeżyć wielo­
krotnie niemożliwych do wyrażenia.

Mestre Decanio: „Tylko poprzez
głębokie przeżycie (...) mamy szansę
na osiągnięcie oświecenia w Capoeira"

Duszna, mała sala wielkiego, drewnianego budynku,
jednego z wielu starych zabudowań Pelorinho. Całe
pomieszczenie przesycone jest zapachem kadzidła,
a nieliczne światła i wieczorny mrok za oknami tworzą
atmosferę mistyczną, nierealną. Na ścianach powywie­
szane są instrumenty, flagi, zdjęcia Mestre Pastinha i in­
nych, którzy prawdopodobnie dawno już odeszli z tego
świata. Cała podłoga wymalowana jest kabalistycznymi
symbolami rozłożonymi na planie koła, rody. Przy wej­
ściu jest kilka krzeseł dla widowni, a po drugiej stronie
sali podłużna ławeczka dla bateria. Tak wygląda szkoła
Mestre Curio, to tu gra się capoeira Angola.
Dzisiejsza roda zaczyna się pod wieczór i będzie
trwała jakieś pół nocy. Większość ludzi już jest, wszy­
199

Na Boga, dlaczego właśnie tutaj, czy mądrość nie
może mieszkać w pałacach, albo chociaż w prywatnym
mieszkaniu? Jedziemy po wertepach chyba tysięcznej
dzikiej ulicy, która prawdopodobnie i tak zakończy się
następnym ślepym zaułkiem. Już blisko dwie godziny
przedzieramy się przez favele Salvadoru i powoli zaczy­
nam tracić nadzieję, że dotrzemy do celu naszej podró­
ży. Nagle wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń. Plaża,
choć niesłychanie brudna, stanowi naturalny koniec
faveli. Jest tu lepiej, piękniej w porównaniu z labiryn­
tem chaosu, który zostawiamy za sobą. Tu kończy się
miasto, kończy się dzielnica nędzy. Mam wrażenie,;
jakby ten zakątek wolnej przestrzeni, wciśnięty pomię­
dzy lepiankowego potwora a majaczącą gdzieś w odda­
li fabrykę, był mistyczną samotnią, do której dotarła
nasza wyprawa. Bo to tu mieszka Mestre Decanio (89

Maciej Różalski • SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

lat), najstarszy żyjący uczeń Bimba, niekwestionowana
legenda i autorytet świata capoeira. Myślę sobie, sto­
jąc przed furtką jego malutkiego, parterowego domku,
że piekielnie trudno się tu dostać, ale Decanio podob­
no wie najwięcej i chyba trzeba było tu przyjechać.
Czekamy przez chwilę, aż szczupły starszy pan wyjdzie
z budynku i machając nam ręką na przywitanie, otwo­
rzy pogiętą metalową furtkę wejściową...
Mestre jest już starym człowiekiem, jego dom jest
także stary, wypełniony po brzegi całą masą przeróż­
nych sprzętów, a także pięcioma bardzo aktywnymi
psami. Wnętrze wygląda jak rupieciarnia, zastawiona
gratami z przeszłości. Decanio jest szczupły, średniego
wzrostu, ma zupełnie siwą czuprynę i , co jest tu rzad­
kością, ma białą skórę. Jednak on sam bynajmniej nie
zachowuje się jak przystało na 89 lat. Przez całe pięć
godzin, podczas których siedzimy i rozmawiamy o ca­
poeira, Mestre ciągle gdzieś biega, wyraźnie nie może
usiedzieć w miejscu. Widać, że mimo swych lat prowa­
dzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle odbiera telefony,
pokazuje nam na komputerze lub w stosach papierów
wciąż nowe informacje lub jakieś grafiki. Jednak to, co
mówi jest jasne i bardzo klarowne. Jego myśli, są peł­
ne pasji, a zarazem spokojnej i przemyślanej logiki.
Ja: Mestre, na początek spytam o to samo, o co py­
tam wszystkich. Mianowicie - czym jest capoeira?
Decanio: Dzisiejsza capoeira zawiera, jak pewnie
wiecie dwa style, Angola i Regional.
Obecnie Angola to prawie medytacja, spokojna,
nierzucająca się w oczy, mocno tkwi w korzeniach, tra­
dycji i kulturze Brazylii. Można by jej zarzucić, że
w ogóle nie jest już walką, że przestała nią być na rzecz
kulturowej i artystycznej manifestacji.
Natomiast Regional jest zupełnie inna. Bardziej
sportowa, rozwijała się głównie na uniwersytetach
i w szkołach. Ujęta w pewną strukturę nauczania, po­
siada swoją warstwę techniczną, którą da się wykładać
jako teorię. Lecz inny jest przede wszystkim rodzaj ener­
gii, tkwiący u podstaw obydwu odmian. Dzisiejsze Re­
gional bazuje na sporej dawce euforii i radości, które niestety - czasami przeradzają się w agresję. Nie będę
niczego krytykował, oceniał Angola albo Regional, nie
ma rzeczy całkowicie złych albo całkowicie dobrych.
Poprzestanę na tym, że ta pierwsza Regional, moja
Regional, której miałem zaszczyt uczyć się od Bimba,
jest już właściwie martwa, umarła wraz z nim. Więc to
nie o niej będzie tu mowa.
Ja: Jednak capoeira jest ciągle fenomenem. Podbi­
ja serca i umysły ludzi na całym świecie. Można wręcz
powiedzieć, że mamy do czynienia z jakąś szaleńczą
modą na capoeira właśnie.
Decanio: Tak, to rzeczywiście fascynujące, jak ca­
poeira działa na ludzi, jak pobudza emocje, zmusza do
myślenia i niejednokrotnie zmiany poglądów na życie.
Jako lekarz próbuję w mej pracy zajmować się wpły­
wem muzyki i capoeira na ludzki mózg i ciało, a także
200

związkami pomiędzy condomble' a capoeira. Uważam,
że jest to absolutny ewenement, a jego tajemnica kry­
je się w jakimś magicznym sprzęgnięciu muzyki, śpie­
wu, ruchu, rytuału. Jest tym wszystkim, podanym
w takiej mieszance, która potrafi sięgnąć samej głębi,
istoty człowieka i poruszyć nią.
Ja: N o właśnie, czy dałoby się rozebrać na części
pierwsze, tę przedziwną mieszankę, odkopać korzenie
magii, która czyni Capoeira tak żywą i fascynującą?Decanio: Wierzę głęboko, że to co najpiękniejsze
w Capoeira to ta kolorowa tętniąca życiem kompilacja,
to ciągły ruch muzyki, sztuki, tańca. Te rzeczy są inte­
gralnie połączone ze sobą. Towarzyszą człowiekowi od
zawsze. Składają się na podstawy tworzące naszą kultu­
rę i są nam potrzebne niczym woda czy tlen. Wszystko to
natomiast, w idealnej mieszance daje capoeira. Myślę, że
tu tkwi właśnie sekret jej olbrzymiej popularności.
Aby jednak zrozumieć capoeira, trzeba poznać jej
korzenie, rozwój, aspekt kulturowo-społeczny, w któ­
rym się tworzyła. Zacznijmy więc właśnie od tego. Co
prawda, jest wiele teorii co do początków tej sztuki,
ale ta, którą tu przedstawię, wydaje mi się najbardziej
prawdopodobna.
Capoeira zaczęła się kształtować w dokach, brazylij­
skich portów, kilkaset lat temu, za panowania Portu­
galczyków na tych ziemiach. W portach pracowali
afrykańscy niewolnicy. Kiedy był przypływ, przez sześć
godzin nie można było rozpakowywać towaru, więc
pojawiał się czas wolny...
Toteż czarni niewołnicy, mając tych kilka godzin
wolnego, zaczęli uprawiać coś w rodzaju gry, zabawy,
kulturowej manifestacji (sięgającej jeszcze czasów
Afryki), a wreszcie i walki. Myślę sobie, że gdzie jest
dwóch mężczyzn, tam zawsze pojawi się potrzeba
współzawodnictwa.
Ciekawą cechą tych spotkań było to, iż raczej nie
używano w stosunku do siebie przemocy. Gdyby ci lu­
dzie zadawali sobie ciosy, musieliby potem pracować za
dwóch. Toteż nie dotykano się podczas gry, przemoc za­
stępował natomiast spryt (malindragem), wygrywał ten,
kto potrafił przechytrzyć swojego przeciwnika. Nawet
w późniejszym okresie, kiedy zaczęto zadawać sobie ra­
ny, malandragem stało się integralną częścią capoeira.
Ja: Ale, skąd bierze się w tej sztuce tyle pasji, tyle
radości, dlaczego działa na ludzi tak hipnotycznie?
Decanio: Innym charakterystycznym rysem był
związek capoeira z condomble, religią powstałą na ba­
zie wierzeń przywiezionych do Ameryki Południowej
przez niewolników z Afryki. Podobieństwa widać od
razu, choćby pomiędzy podstawowym krokiem capo­
eira (ginga) a hipnotycznym tańcem stanowiącym
część obrzędów Condomble.
Sądzę, że to, co najważniejsze, sztuka walki wzięła
od religii w sferze duchowej. Wspólne korzenie tkwią

Madej Różalski * SALVADOR, MIASTO CAPOEIRA

w specyficznym, pobudzającym do tańca rytmie i po­
dobnej funkcji muzyki. Słyszymy muzykę i zespalamy
się z nią poprzez pierwotny rytm zawarty w ginga. To
zjednoczenie się z rytmem w jakiś sposób wyzwala,
powoduje, że maski, których używamy na co dzień,
dla ukrycia swoich emocji, tracą sens. Muzyka pełni
funkcję oczyszczającą i wyzwalającą najgłębsze, szcze­
re emocje drzemiące w człowieku. Tańcząc, niejako
jesteśmy zmuszeni stanąć przed samym sobą, dokonać
introspekcji nas samych. W roda nie ma czasu na roz­
myślanie nad następnym krokiem, wszystko inne niż
spontaniczność wybija z rytmu i niszczy grę. To chyba
ta nietrywialna autentyczność, to autoodniesienie
mimo, że do końca nieuświadomione, jest tak pocią­
gające.
Ja: Dlaczego?
Decanio: Bo ten moment autorefleksji, emocjonal­
nego wczucia się w swoją tożsamość, jest rozpaczliwie
potrzebny do życia każdej istocie ludzkiej. Co pewien
czas musimy wyrzucać naszą wewnętrzność na ze­
wnątrz, aby nie zginęła ona pod skorupą codzienności.
Myślę, że dlatego taniec i muzyka są z nami od począt­
ku istnienia ludzkości.
To „oglądanie własnej duszy", rytualny trans wy­
zwalany przez taniec, to właśnie jest mądrość condomble. Trzeba jednak zrozumieć, że nie jest to inte­
lektualne poznanie, na modłę europejską. Tu chodzi
o mądrość płynącą z emocji, odczuwania siebie same­
go jako autonomicznej jednostki wobec reszty świata.
Lecz, jeszcze raz: nie będzie to doświadczenie przemy­
ślane i stopniowo wymyślane. To, czego doświadcza­
my, jest spontaniczne, pierwotne i emocjonalne. To
chyba jest bardzo ważne, że refleksja jest wtórna wo­
bec przeżywania. Myślenie jest tu raczej ponownym
czerpaniem radości z odbytego doświadczenia emocjo­
nalnego, i to ono niejako kształtuje osobowość, zarów­
no uprawiającego capoeira jak i tancerzy condomble.
Tak więc walka czerpie tutaj z mądrości religijnej, du­
chowej, dlatego już od pierwszego momentu zetknię­
cie się z nią jest tak emocjonujące.
Ja: Ale capoeira nie kończy się chyba na indywidu­
alnym doświadczaniu nas samych, gram przecież
z partnerem, a dookoła przebywa mnóstwo ludzi, któ­
rzy tworzą roda.
Decanio: Oczywiście, to ważne, bo capoeira nie
kończy się przecież na pojedynczej osobie. Gdyby to
na tym tylko polegało, gdyby całe doświadczenie
ograniczało się tylko do nas samych, capoeira byłaby
prostą drogą do specyficznego narcyzmu. Człowiek
uczony odczuwania radości z kontaktu ze swoimi
emocjami, uczony świadomego odczuwania ciała i du­
cha, pogrążyłby się prawdopodobnie w samozadowo­
leniu i ciągłej autoprezentacji siebie sobie i reszcie
świata.
201

Swoją drogą, tak dzieje się dosyć często, gdy młodzi
ludzie zafascynowani swoim ciałem, szybkością
i sprawnością pogrążają się w samouwielbieniu, per­
fekcji ruchów i akrobatyce. I nie byłoby w tym nic złe­
go, gdyby każdy z nas żył sam w swoim prywatnym
świecie, bez kontaktu z innymi ludźmi. Wtedy byliby­
śmy kimś na kształt bogów, każdy w swoim świecie
i każdy przeświadczony o swojej doskonałości.
Okazuje się jednak, że sami jesteśmy niczym. Staje­
my się ludźmi dopiero, jeśli posiadamy kulturę, a ona
wyłania się w kontakcie z innymi. Kultura to produkt
naszej relacji ze światem zewnętrznym, ponownym
uprzedmiotowieniem związku podmiotu z przedmio­
tem, Ja i świata.
Capoeira będzie więc zarówno medytacją, jak i kul­
turą. Medytacją będzie jako zagłębianie się w siebie,
indywidualne odkrywanie swojego świata emocji
i przeżyć wewnętrznych, co można by porównać do
buddyjskiego satori (najwyższego stopnia zagłębiania
się w siebie, zatopienia w sobie, a przez to zjednocze­
nia z całym światem). Ale zarazem capoeira jest kon­
taktem z drugim, przymusem wyjścia z siebie i usto­
sunkowania się do drugiego.
I tu zaczyna się prawdziwa przemiana, tu zaczynamy
poprzez grę wytwarzać kulturę. Celem capoeira jest ze­
spolenie się z partnerem w grze. Wszystkie ruchy po­
winny mieć swój cel, brać swój początek w tym, co ro­
bi druga osoba, wzajemnie, doskonale, płynnie się prze­
platać. Sukcesem prawdziwej gry powinno być osią­
gnięcie jedności z drugą osobą, a nie pokonanie jej.
Oczywiście, że w normalnej grze koniec końców
chodzi także o to, aby wygrać, aby być sprytniejszym.
Ale ja mówię o generalnym nastawieniu i całościo­
wym sposobie uprawiania capoeira.
Tylko poprzez głębokie przeżycie siebie z jednej
strony, a z drugiej - umiejętność płynnego dostosowa­
nia się, zespolenia, mamy szansę osiągnięcia oświece­
nia w capoeira.

Mestre Joaó Pequeno - najstarszy żyjący
mistrz (86 lat),
czynnie uprawiający capoeira
Joaó Pequeno: Najważniejszą rzeczą na świecie jest
miłość. Ona kreuje nas i buduje nasz świat. Tak samo
jest z capoeira, jeżeli nie kochamy świata, ludzi, ona
nigdy nie zapuści korzeni i nie wyrośnie w nas...

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.