http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/6032.pdf

Media

Part of Tradycja (fragment książki "Wstyd, dzieciństwo czas...Antropologia historii" )/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4

extracted text
LUDWI K S T O M M A

M

a Wercyngetoryks we Francji kilkanaście
pomników, z czego najokazalsze w Alise-Sa­
inte-Reine i Clermont-Ferrand, oraz trudną
do policzenia ilość ulic, alej, placów, skwerów swojego
imienia. W Paryżu ma swoją ulicę w XIV dzielnicy. N a
najbliższych przedmieściach: bulwar w Argenteuil,
aleje w Aulnay-sous-Bois, plac w Champigny-sur-Marne, ulice w Eaubonne, Houilies, Jouvisy-sur-Orges, Vitry-sur-Seine... Kim był Wercyngetoryks (ok.
72-45 p.n.e.)? - Galem z plemienia Awernów, czyli
mieszkańców dzisiejszej Owernii. Pochodził z rodziny
arystokratycznej - był synem Celtillusa (taką wersję
imienia przekazali nam Rzymianie) i w roku 52 p.n.e.
stanął na czele antyrzymskiego powstania, które zgro­
madziło znaczną ilość galijskich rodów. Miał niezwy­
kłe szczęście, gdyż jego przeciwnikiem był sam Juliusz
Cezar, równie wielki polityk jak pisarz, który uwiecz­
nił go w Commentarii de bello gallico. Odtąd też każde
dziecko uczące się na pamięć, iż „Gallia est omnis divi­
sa in parte tres...", już w następnych wersach spotkać
musiało romantyczną sylwetkę bezwzględnego celtyc­
kiego wojownika. Dzieje powstania są barwne. Nie
brak w nich nagłych, karkołomnych zmian sytuacji,
a samo oblężenie Alezji, które okazało się zgubne dla
Wercyngetoryksa, stało się na tysiąclecie natchnie­
niem dla pisarzy i poetów wysławiających tego, który
w imię wolności poświęcił życie i bogactwo całego bez
mała narodu, a sam utopiony został w Tybrze przez
nieubłaganych ciemiężycieli. Nie malownicza epopeja
nas jednak obchodzi. Był Wercyngetoryks Celtem,
Galem, z tych właśnie Galów, którzy po upadku po­
wstania „we wszystkim starają się naśladować zwycięz­
ców: budują takie jak oni miasta, uprawiają rolę na
sposób rzymski, zakładają sady i winnice, a w rzemio­
śle skutecznie rywalizują z wytwórczością Italii. Przez
300 lat będzie Galia jedną z najbardziej aktywnych za­
chodnich prowincji świata rzymskiego. U Galów rzym­
skich nie odnajdujemy już ani tej ciekawości świata,
ani tej oryginalności, czasem manierycznej, dziwacz­
nej, czasem nawet ożywianej trochę szaloną fantazją,
które podnosiły wartość sztuki celtyckiej. Galia jest
już tylko jedną z wielu rzymskich prowincji. Stała się
na wskroś rzymska, do tego stopnia, że zarzuciła swój
język i dobrowolnie przyjęła sposób życia i myślenia
właściwy światu śródziemnomorskiemu. Sto lat po
podboju wysyła do Rzymu senatorów. Dała mu też mi­
strzów słowa. Rytuliusz Namacjanus, poeta pochodze­
nia galijskiego, żyjący u schyłku cesarstwa, jest auto­
rem jednej z najpiękniejszych definicji patriotyzmu
rzymskiego: Fecisti patriam diversis gentibus unam' ('Dla
najróżniejszych narodów wspólną stałeś się ojczyzną').
W V wieku, niedługo przed Chlodwigiem, galijscy
możnowładcy, tacy jak biskup Sidonius Apoilinaris
(biskup Clermont, żył ok. 431 - ok. 478, znany jako
autor Pieśni, a przede wszystkim listów przynoszących
bogaty materiał historyczny - LS), byli typowymi Rzy-

Tradycja
Fragment książki Wstyd,
dzieciństwo, czas...
Antropologia historii*
mianami swoich czasów." (Albert Grenier, Historia
Galów, Gdańsk-Warszawa 2002).
Dodajmy od razu, że ów Chlodwig (466-511), któ­
ry pojawia się na scenie dziejowej niedługo po Sidonisie i który uchodzi za założyciela państwa francuskie­
go, był wnukiem Merowiusza, czystej krwi
Germaninem z plemienia (ludu) Franków Salickich,
nie miał więc nic wspólnego z Celtami, a i z Rzymia­
nami niewiele. Z germańskiej dynastii Merowingów
wyrastają, tak to przynajmniej, acz - Krzysztof Pomian
ma rację - z ideologicznych powodów ustalili history­
cy, Karolingowie, z nich z kolei Kapetyngowie, czyli
mutatis mutandis monarchia francuska, aż po Ludwika
Filipa, czy obecnych pretendentów do tronu: księcia
Paryża i Ludwika XX (Thierry Ardisson, Louis XX,
contre-enquete sur la monarchie, Paris 1986). Żadna
z tych dynastii nie miała, powtórzmy to, z Galami nic
wspólnego. Jeżeli można mówić (co jest przedmiotem
zajadłych dyskusji) o celtyckich pozostałościach
w langwedockiej kulturze d'oc aż po XIII w., i one zo­
stały starte z powierzchni ziemi przez rycerzy Ludwika
VIII Lwa i Ludwika IX Świętego. Gdzież więc owe ga­
lijskie korzenie Francji? Albert Grenier uderza w tony
wręcz liryczno-metafizyczne (choć złośliwy mógłby po­
wiedzieć, że i niepokojąco bliskie argumentów rasi­
stowskich), pisząc, w czym zresztą zaprzecza całemu
swojemu uprzedniemu wywodowi: „Klęska militarna
Wercyngetoryksa wstrzymala oryginalny rozwój Galii
i spowodowała utratę politycznej autonomii na całe
wieki; ale rzymski potomek nosił w sobie galijskie ge­
ny. (...) Dlatego właśnie Galowie mogą być uważani za
naszych przodków, a ich historia za początek naszej".
Trudno to wziąć na serio, tym bardziej że na Franków
spuścił Grenier beztroską zasłonę całkowitego prze­
milczenia. A jednak... zdanie „Nous les Gallois" wy­
głasza znaczna, jeśli nie przeważająca część Francuzów
z najgłębszym i niepodlegającym kontestacji przeko­

295

*

Jest to fragment książki, która ukaże się nakładem wy­
dawnictwa „Sens”. Redakcja składa serdeczne podzię­
kować Pani Ewie Katarzynie Kalinowej i autorowi za
zgodę na publikację.

TRADYCJA

Ludwik Stomma

naniem. Apoteozę tej przybranej tożsamości odnaj­
dziemy w serii komiksów Rene Gościnnego i Alberta
Uderzo o przygodach Gala Asteriksa.
Jest to kpina, pastisz z domieszką surrealizmu.
Ograniczmy się, pisałem już o tym (Ludwik Stomma,
Z owsa ryż, Warszawa 2003), do samej onomastyki.
Główni bohaterowie to Astérix (od Aster - gwiazdy,
gwiazdy filmowej, głównego bohatera porostu),
Obélix (obelisk), Panoramix, Assurancetourix (od as­
surance tous risąues - kompletnego ubezpieczenia sa­
mochodowego), pies Astériksa - Idéfix (idée fixe idea prześladowcza, zwariowany pomysł stale zaprząta­
jący myśli)... Obozy rzymskie wokół ojczyźnianej „wio­
ski galijskiej”, to Petibonum (Małodobrze) Laudanum
(Chwalipiętowo) i zgoła Aquarium. Francuzi czytają,
zaśmiewając się, gdyż mają dystans do swojej historii.
Ale właśnie, nie zmienia to, lecz utrwala przekonanie,
że jest to ich historia. Francja, rzecz to dosyć wyjątko­
wa, nie ma oficjalnego herbu na kształt polskiego orła
białego. Jego funkcje pełni najczęściej (obok Marian­
ny, czapki frygijskiej czy rewolucyjnych rózeg liktorskich) przede wszystkim kogut galijski (le coq gallois)
wypuszczany na boisko przed każdym meczem repre­
zentacji państwowej, czy to grającej w piłkę nożną, czy
w rugby. Symbol koguci został niejako narzucony Ga­
lom przez Rzymian, na skutek bliskości fonetycznej.
Kogut, to po łacinie gallus. używali oni tego zestawie­
nia, niekiedy w sensie pozytywnym, jak Juliusz Cezar
przyrównujący odwagę Galów do determinacji kogu­
tów broniących piskląt, częściej w negatywnym, jak
Swetoniusz, który ośmieszając głos Nerona, jako „pia­
nie koguta”, dodaje, że owo pianie „jedynie ciemnym.
kogutom-Galom mogłoby się spodobać” (Michel Pa­
stoureau, Les emblemes de la France, Paris 2001). Sko­
jarzenie to upowszechnia się szeroko w czasach rzym­
skich. Już we wczesnym średniowieczu jednak kogut
zostaje zdegradowany. Święty Izydor z Sewilli (Isidorus
Hispalensis ok. 560-636) autor słynnych Etymologiarum sive. Originum libri XX („Dwudziestu ksiąg pocho­
dzeń, czyli Etymologii”) niekontestowany ojciec śre­
dniowiecznej etymologii, w bardzo skądinąd
skomplikowanym wywodzie, wyprowadza nazwę kogu­
ta od kastracji, która zmienia go w kapłona. Etymolo­
gia ta, przejęta przez licznych autorów, będzie przez
długie wieki obowiązująca. Nic dziwnego, że w tej sy­
tuacji nikt nie chce się wiązać z impotenckim i ośmie­
szającym kogucim symbolem. Skojarzenie Gal - Gal­
lus (kogut) przypomni dopiero antyfrancuska
propaganda angielska i niemiecka (cesarska) w XII
wieku. Król Francji rządzi na koguciej ziemi jest więc,
jak to koguty, krzykliwy, kłótliwy, pyszałkowaty, po­
dejmujący inicjatywy, które „z braku męskości” skaza­
ne są z góry na przegraną. Jest paradoksem - zauważa
Michel Pastoureau - że owe pierwsze «kogucie» pamflety wymierzone były w Ludwika VII i Filipa Augusta,
czyli akurat królów, którzy uznali oficjalnie za symbol

Francji kwiat lilii wywodzący się z ikonografii chrześci­
jańskiej i z Galami niemający nic wspólnego. Jest to
również epoka, w której nowofrancuskie coq, zaczyna
wypierać postłacińskie jal na określenie naszego pta­
ka, kiedy więc właśnie skojarzanie go z Galami staje
się dla mieszkańców Francji coraz mniej zrozumiałe.
Cóż więc tłumaczyć może fakt, że w końcu XIII wieku
powracają nagle triumfalnie i kogut, i miraże dziedzic­
twa po Wercyngetoryksie? - Powody są ściśle politycz­
no-ideowe. Potężniejąca Francja zaznaczyć chce swo­
ją niezależność zarówno od papieży (tradycja
łacińsko-rzymska), jak i Cesarstwa (tradycja germań­
ska). Dla potrzeb zaznaczenia odrębności następuje
więc wskrzeszenie Galów i pamięci o nich. Galów nie­
zależnych i niepodległych, tych sprzed podbojów Ju­
liusza Cezara. Ze byli poganami? - To w tej chwili nie­
ważne. Nie ma tu nic spontanicznego. Jesteśmy
w obliczu przemyślanej i konsekwentnej machinacji
historyczno-polityczno-ideologicznej. Zestaw doktryn
podważających zależność Kościoła francuskiego od
Rzymu nazwany zostaje przez profesorów Sorbony, po
długich deliberacjach przynoszących honor ich znajo­
mości kultury antycznej „proklamacją swobód gallikańskich” (1407). Kości zostały rzucone. Zaraz pojawi
się „gallikanizm polityczny”, ustalone zostanie pocho­
dzenie Galów od Trojan etc. Niech sobie nieprzyjacie­
le kpią z kogutów. My właśnie będziemy się nimi szczy­
cić! Karol VII (panowanie 1422-1461), Karol VIII
(1483-1498), Ludwik XII (1498-1515) nadają sobie
w dokumentach przydomek „Gallus”, równoważny
z kogutem. Franciszek I (panowanie 1515-1547) opła­
cił - pisze Pastoureau - „istny program rehabilitacji
galijskiego koguta. Ma on być symbolem przenikliwo­
ści, godności, odwagi, być powiązany ze słońcem,
z Marsem i z Merkurym. Specjaliści od mitologii,
astrologii, historii i archeologii zobowiązani zostają do
odnalezienia wszystkich danych świadczących o domi­
nującej roli koguta w naturze i kosmosie”. Tak na­
maszczony Gal-kogut powraca do narodowej emblematyki. Oto awers medalu wybitego w 1601 dla
uczczenia narodzin delfina - przyszłego Ludwika XIII.
N a otoku napis: Regnis natus et orbis. Pośrodku gołe
dzieciątko trzymające w ręku kwiat lilii. Przed dzie­
ciątkiem, jakby wychodzący na jego spotkanie, kogut.
Jeszcze niewielki, z zamkniętym dziobem. Ale to się za
chwilę zmieni. Już w dekoracjach pałacu wersalskiego
koguty strzegące kwiatów lilii będą potężne, bojowe
i majestatyczne. Charles Le Brun, który projektował
płaskorzeźby i stiuki, dostał w tej mierze kategoryczne
dyrektywy Ludwika XIV. Prawdziwy triumf przeżywa
jednak kogut dopiero w czasach rewolucji. Łączy bo­
wiem w sobie i ciągłość państwa, i tradycję antymonarchiczną (toż Wercyngetoryks walczy z Juliuszem,
który został cesarzem-krwiopijcą i aspekt ludowy ko­
guta z podwórka). „W 1790 - raz jeszcze odwołajmy
się do Michela Pastoureau - Zgromadzenie Narodowe

296

TRADYCJA

Ludwik Stomma

przyjmuje wniosek, żeby oficjalnym. godłem Republiki
został kogut siedzący na szczycie sankiulockiej piki, ze
skrzydłami rozpostartymi, jakby szykował się do boju.
N a dole dewiza: Canat expugnatque vicissim («Na prze­
mian śpiewa i rwie się do walki»). Projekt ostatecznie
nie został przyjęty, kogut znalazł jednak miejsce na
monetach, pieczęciach i sztandarach. Wraz z nim ga­
lijskie korzenie. Apoteoza Galii jako pierworodnej oj­
czyzny osiągnie potem swoje ekstatyczne szczyty pod­
czas pierwszej wojny światowej, kiedy jakiekolwiek
germańskie odwołania stawały się bez mała zdradą na­
rodową.
Powstaje oczywiście w tym momencie pytanie: co
zrobić z samą nazwą „Francja” odnoszącą się nie tylko
do dziejów niegalijskich, ale wręcz do Galów - wrogów
i prześladowców? W szkolnych podręcznikach historii
pojawia się „Francja” deus ex machina: „Przed dwoma
tysiącami lat Francja nazywała się Galia. Potem zmie­
niła imię i nazywa się Francja”. Albo: „Karol Łysy pa­
nował” nad większą częścią Galii. Jego królestwo nazy­
wało się Francja”, czy jeszcze: „Potomkowie Karola
Wielkiego podzielili między siebie cesarstwo. Jeden
z nich objął władzę nad krajem, który nazwano Fran­
cja”. Żaden z podręczników nie wspomina, choć było­
by to wysoce wychowawcze, że Frankowie tłumaczy się
na „ludzie wolni”. Bo tłumaczy się wprawdzie dumnie,
ale ze starogermańskiego... Suzanne Citron (Le mythe
national — l'histoire de France en question, Paris 1987)
wykazuje, że właściwie, aby całkowicie przemienić' hi­
storię narodową i dostosować ją, jako „odwieczną tra­
dycję” do potrzeb ideologiczno-politycznych, nie trzeba
nawet uciekać się do fałszu. Wystarczy jedne fakty
opatrywać dogodnym komentarzem, inne zaś pozosta­
wić same sobie. Galia zmieniła nazwę i nazywa się
Francja. Czy naprawdę wiele jest tych nietaktownie
dociekliwych osób, które zapytają się: dlaczego?
Uwagi Suzanne Citron nie stosują się bynajmniej
tylko do historii Francji. Przenieśmy się do Polski.
W roku 1036 mają tu miejsce niepokojące wydarzenia.
N a skutek „reakcji pogańskiej” wnuk Bolesława Chro­
brego, syn Mieszka II i Rychezy - książę Kazimierz przepędzony zostaje z kraju, w którym następuje zupeł­
ny chaos, pognębiony jeszcze najazdem czeskim
w 1033. Rzecz kończy się jednak happy endem. „Kazi­
mierz Odnowiciel (to dumne miano dostał właśnie dla­
tego - LS) z drużyną liczącą 500 rycerzy, zwerbowaną
w Niemczech dzięki pomocy matki Rychezy i króla Nie­
miec Henryka III, zaniepokojonego wzmocnieniem
swojego czeskiego lennika Brzetysława, powrócił do
kraju, zajął Wielkopolskę i Małpolskę...” (Kronika Pol­
ski Pod redakcją Andrzeja Nowaka, Kraków 1998).
„Sam książę Kazimierz powrócił wraz z polsko-węgiersko-niemiecką drużyną 500 wojów do Polski. Stan,
w jakim zastał kraj, był fatalny” (Patrycja Ksyk-Gąsiorowska w: Piastowie. Leksykon biograficzny, Kraków
1999). „Henryk III (...) udzielił wygnanemu Kazimie­

rzowi pomocy, która umożliwiła mu powrót do kraju za­
pewne już w końcu 1039 r.” (Tadeusz Manteuffel w:
Zarys historii Polski. Warszawa 1979). „Nie wiadomo
kiedy ruszył” Kazimierz do Polski; zaopatrzony przez
Henryka III w oddział, złożony z 500 rycerzy» (Bene­
dykt Zientara w: Poczet królów i książąt polskich”, War­
szawa 1980). „Przy pomocy zbrojnej Henryka III odzy­
skał Kazimierz w 1039 władzę w Wielkopolsce
i Małopolsce”. (Jan Tyszkiewicz w: Encyklopedia historii
Polski —dzieje polityczne, Warszawa 1994). „Nowy król
niemiecki Henryk III (1017-1056) zaniepokojony
wzmocnieniem Czech pomógł Kazimierzowi I w powro­
cie do Polski (przekazał mu 500 rycerzy). Młodego księ­
cia poparli również krewni matki Rychezy (córki Erenfrieda Ezzona, palatyna reńskiego, i Matyldy, córki
cesarza Ottona II - LS). Kazimierz stłumił anarchię
i przywrócił w kraju porządek.” (Jerzy Serowiec i Hali­
na Niemiec, Dzieje Polski w datach, Warszawa 2005).
„Na przełomie 1038/1039 lub w 1039 r., po wcześniej­
szym pobycie na Węgrzech i w Niemczech, złożeniu
hołdu cesarzowi Konradowi II i otrzymaniu od niego
pomocy w postaci 500 rycerzy, Kazimierz wrócił do kra­
ju. Kraj pogrążony był w chaosie wewnętrznym.” (Józef
Dobosz w: Słownik władców polskich, Poznań 1997). Cy­
taty można mnożyć bez końca. Mniejsza z tym, czy
udzielił pomocy Kazimierzowi Konrad II, czy Henryk III
(nieubłagana chronologia wskazuje, że to raczej Józef
Dobosz jest w błędzie). Mniejsza też o to, jaki był skład
narodowościowy owej pięćsetki rycerzy, która wsparła
Kazimierza (jedna jedyna w całej historiozofii polskiej,
i bez żadnych podstaw źródłowych, Patrycja Ksyk-Gąsiorowska odnajduje między nimi Polaków). Pewni, lub
prawie pewni możemy być tylko dwóch rzeczy: że ryce­
rzy było około pięciuset i że opłacił ich niemiecki wład­
ca. Innymi słowy państwowość polska (a przynajmniej
ciągłość owej państwowości) oraz chrześcijaństwo
(a przynajmniej jego ciągłość w Polsce) w dziwnych la­
tach 1037-1040 ocalone zostało przez zbrojną pomoc
niemiecką. Tyle że tego komentarza nie znajdziemy
w żadnym z polskich podręczników. Dowiemy się
z nich, owszem, że Bolesław Chrobry spotkał się roku
tysiącznego w Gnieźnie z Ottonem III. Spotkać się brzmi to jak kolega z kolegą, czy szef państwa z szefem
państwa innego. Komentarza, że spotkał się podwładny
z przełożonym (które to przełożeństwo poddany w peł­
ni uznawał), nie spotkamy już w żadnych podręczni­
kach szkolnych, nigdzie, poza napisanymi w języku
dziesięciu zaklęć specjalistycznych, erudycyjnych pra­
cach dla wybranych. Natomiast mityczna na dziewięć­
dziesiąt dziewięć procent historia nieszczęsnych dzieci
głogowskich (1109) weszła do kanonu opowieści naro­
dowych - sam pisałem o tej bohaterskiej legendzie obo­
wiązkowe wypracowanie, gdyż tutaj akurat komentarz,
jednoznaczny komentarz, musi już być obecny. W Pol­
sce owa „tradycja” służy petryfikowaniu modelu mę­
czeńskiego narodu ściśniętego w cęgach między Rosją

297

TRADYCJA

Ludwik Stomma

(tu dopiero manipulatorzy mogą sobie poszaleć!)
i Niemcami. Wystarczy jednak dłuższa w czasie zmiana
wektorów politycznych i tradycja też się zmieni. Inne
będą bajki i inne, co genetycznie zabawne, będą Polacy
prawdy „wysysać z krwią matek”.
W 1983 ukazała się nakładem wydawnictwa uni­
wersyteckiego Cambridge i przetłumaczona dotąd na
kilkadziesiąt języków, czy na polski - nie wiem, praca
pod redakcją Erica Hobsbawma i Terence’a Rangera
The Invention of Tradition [Wynalezienie (albo 'wynaj­
dywanie') tradycji]. Parę słów o autorach. Eric Hobsbawm uchodzi za jednego z największych współcze­
snych historyków idei, a jego Narody i nacjonalizmy od
1980 są dziełem, bez odniesienia się do którego żaden
amerykański czy angielski student nauk humanistycz­
nych nie może liczyć na zaliczenie magisterium. T e­
rence Ranger jest z kolei antropologiem, afrykanistą,
którego zasługi, a to już właściwie więcej, niż można
powiedzieć, uznali oficjalnie i Claude Lévi-Strauss,
i Georges Dumézil. Współpracowali też przy The In­
vention of Tradition między innymi: Hugh Trevor-Ro­
per, autor Catholics, Anglicans and Puritans, David
Cannadine, specjalista od dziejów i genealogii arysto­
kracji angielskiej, czy Bernard S. Cohen, który odwa­
żył się poruszyć jakże delikatną kwestię stosunków
hindusko-angielskich w sposób zupełnie inny, niż po­
dejmowała go literatura wiktoriańska. Powołuję się,
co doprawdy nie jest w moim zwyczaju, na te autory­
tety, żeby uprzytomnić znaczenie samego tytułu. Sta­
rałem się pokazać, jak dalece zmanipulowana jest
„tradycja” francuska, dorzucając nieśmiało półtora
przykładu z historii polskiej. Hobsbawm i Ranger pod­
jęli się czegoś nieskończenie bardziej patetycznego.
Udowodnili oto, że „tradycja” angielska, kraju, gdzie
tradycja jest świętością i reguluje zasady postępowa­
nia, jest również elementem „gry wychowawczej”, któ­
ra w danej epoce miała wychować obywatela, który gi­
nąłby za Anglię, tak mu się miało wydawać,
z patriotycznym i dżentelmeńskim oddaniem, nie zda­
jąc sobie sprawy, że swoją śmiercią uprawomocnia tyl­
ko mit. „Wynajdywanie tradycji” dotyczy oczywiście
nie tylko Europejczyków i nie tylko grup narodowo­
ściowych. Zawsze jednak, oprócz eksponowania jed­
nych (zreinterpretowanych pozytywnie) faktów kosz­
tem innych, przemilczanych, wzmiankowanych bez
komentarza lub zreinterpretowanych negatywnie, to­
warzyszy wynajdowaniu tradycji generalizacja grupo­
wa. Weźmy na przykład zdanie: „W 1863 roku Polacy
powstali przeciw zaborcom”. Otóż nie przeciw „zabor­
com”, ale tylko jednemu z nich. Nie „Polacy”, ale
drobna ich część, podczas gdy znacznie większa część
miała do powstania stosunek negatywny, lub wręcz,
jak część chłopów, czynnie przeciw niemu występowa­
ła. To już nie jest brak historycznej precyzji, ale wła­
śnie całkowita, stronnicza reinterpretacja dla bieżące­
go użytku. „Naród polski przeciwstawiał się

komunistom”. Pomińmy już użytkowanie słowa „ko­
muniści”, mającego bardziej charakter inwektywy, nie
słowa opisującego rzeczywistość ustrojową. Ale „na­
ród polski”? - Co zrobić wówczas z trzema milionami
członków PZPR (wraz z rodzinami to już 12-15 milio­
nów) i z następnymi milionami, które sobie po prostu
żyły, zadowolone, że mają pracę i mogą uprawiać ogró­
dek. Fałsz staje się jeszcze jaskrawszy, kiedy pojęcia
„naród”, „patriotyzm”, przerzucać zaczynamy w czasy,
kiedy one zgoła nie istniały lub miały radykalnie inne
znaczenie. Czym jest „naród francuski” podczas Wiel­
kiej Rewolucji? - Czy obejmuje on „emigrantów”?
A Wandejczyków? A mieszczan lyońskich? A panią
Marie-Fontaine Harel, która ukrywała opornego
(réfrataire) księdza, który z wdzięczności wymyślił dla
niej formułę sera Camambert bardziej dziś popularne­
go symbolu Francji niż Robespierre i gilotyna? Takie
niuanse nie zaprzątają jednak ideologów, a historia do
bieżącego użytku, tradycją też zwana, nie jest przecież
niczym innym niż ideologią właśnie. Manipulacja ide­
ologiczna nie musi operować fałszem w dosłownym
słowa znaczeniu. Zestawmy dwa zdania: „W PRL ist­
niała cenzura” i „W 1968 Dziady Mickiewicza zostały
zdjęte z afisza Teatru Narodowego”. Każde z osobna
jest prawdziwe. Razem wywołują one jednak wrażenie,
co potwierdzają sondaże (ponad 50% urodzonych po
1985 jest o tym przekonanych), że twórczość klasyków
romantyzmu była w PRL cenzurowana i zakazywana.
„Robespierre był zwolennikiem terroru”. „Ofiarą ter­
roru padli zaatakowani przez Robespierre'a Danton
i jego zwolennicy”. Znowu oba stwierdzenia obiektyw­
nie odpowiadają rzeczywistości. Czy jednak słyszący je
może się domyślić, że Danton i jego zwolennicy byli
właśnie promotorami i ideologami terroru? Nieporo­
zumieniem byłoby jednak systematyczne doszukiwa­
nie się manipulacji. O wiele częściej winne „wynajdy­
wania” tradycji są powielane przez środki masowego
przekazu (ongiś przez pieśń dziadowską, trubadurów
i „wieść gminną”) stereotypy.
Dlaczego Zawisza Czarny był „czarny”. Od razu po­
jawia się, poświadczone przez ikonografię (m.in. Janu­
arego Suchodolskiego „Bitwa pod Grunwaldem”, Mi­
chała Byliny „Zawisza Czarny i Jan Aragoński
potykają się na turnieju rycerskim”, ilustracje Micha­
ła Borucińskiego i Włodzimierza Tetmajera do Zawi­
szy Czarnego Kazimierza Przerwy-Tetmajera, rycina
Corsiego Zawisza Czarny etc.), wyobrażenie wojowni­
ka w czarnej zbroi, na czarnym, potężnym koniu.
Tymczasem Zawisza był „Czarny” z tego najprawdopo­
dobniej najprostszego powodu, że był brunetem, co
zresztą wydaje się rodzinne, bo jego brat to Piotr Kru­
czek, a więc również czarnowłosy. Inny Zawisza, stryj
słynnego
kardynała
Zbigniewa
Oleśnickiego
(1389-1455), to z kolei Zawisza Czerwony. Czerwony,
tym razem wiemy to na pewno, gdyż był rudy. „Mamy
wprawdzie mało świadectw, jak się ubierał Zawisza -

298

TRADYCJA

Ludwik Stomma

pisze Anna Klubówna (Zawisza Czarny w historii i le­
gendzie, Warszawa 1974), ale na przykład na soborze
w Konstancji wystąpił w czasie okazałej uroczystości
strojnie, bardzo barwnie i przybrany w jakieś pióra,
a w owej nieszczęsnej bitwie pod Golabcem w 1428 ro­
ku, gdzie poległ, miał na sobie zbroję błyszczącą (jasną
- LS”). Dlaczego pomijać te świadectwa, a stwarzać
wizje bez pokrycia? Zaraz odpowiemy dlaczego. N a ra­
zie ze smutkiem przyznać musimy, że Anna Klubówna
mało drąży ów wątek „jakichś piór”, w które przybra­
ny jest Zawisza Czarny na soborze. Opowiada oto K a­
rol Szajnocha (Jadwiga i Jagiełło, Warszawa 1974):
„Upodobawszy sobie, dalej, hełmowe ozdoby, czyli
z niemiecka ‘klejnoty’ rycerstwa zachodniego, przybra­
li wielmoże rycerscy do swych dawnych herbów podobneż hełmu i oznaki na hełmie i nazwali te zmienio­
ne tak herby z cudzoziemska klejnotami, a siebie
samych klejnotnikami. Widząc, jak zazdrośnie rycer­
stwo zachodnie przywłaszczyło sobie zaszczyt noszenia
sukien czerwonych, postroili się rycerze polscy w ta­
kież szaty szkarłatne, pierwowzór późniejszej karma­
zynowej oznaki starożytnego szlachectwa. (...)
Względnie do uchwał synodów starodawnych, wzbra­
niających długim, utrefionym kędziorom przystępu do
kościołów i zgodnie z odpowiednim temu zwyczajem,
podgalała albo podstrzygała rycerska szlachta polska
włosy nad czołem (...) Jak pasowanym rycerzom za­
chodnim, tak i rycerskiemu panu polskiemu wisiał
u szyi do późnych czasów złoty z kosztowną spinką

łańcuszek i tkwił na palcu sygnet herbowy, nieodzow­
ne znamiona dostojnego szlachectwa”. Szajnocha
wielce jest delikatny. Spinka... łańcuszek..., a obok
trubadurzy liryczne wznoszące tony. Najsłynniejszy
z trubadurów środkowego średniowiecza to Wilhelm
z Akwitanii (1071-1127). Pisze o nim Richard Barber
(Rycerze i rycerskość, Warszawa 2000): „Poematy Wil­
helma, jak też utwory innych trubadurów, tworzących
we wczesnym okresie rozwoju tej poezji, zawierają wie­
le niespodzianek, zwłaszcza gdy oczekuje się tylko
dworskich i uprzejmych słów czy wyrażeń. Pierwsza
grupa poematów Wilhelma to utwory raczej obsce­
niczne, które pewnie powstały dla urozmaicenia czasu
spędzanego z przyjaciółmi na piciu i zabawie, tak jak
w satyrze Peire'a d'Auvergne (1150-1200 - LS): 'dla
głosu trąb, pośród zabawy i śmiechu'. Stosunek do ko­
biet jest nawet grubiański, język sprośny, punkt widze­
nia czysto męski. Są to raczej fantazje erotyczne zwią­
zane z fizjologią i ciałem...”. Richard Barber chciałby
to uważać za wyjątek. Niestety, przeczytajmy choćby
Sirventes Peire Vidala (1171-1205), a znajdziemy tam
obscena, które i dzisiaj wydałyby się nam szokujące.
Rycerze zresztą nie ograniczali się bynajmniej do spin­
ki i łańcuszka. Nie dość, że malowali włosy „pasmami
na różne kolory” (Leon Gautier, La Chevalierie Paris
1959), malowali również powieki, rzęsy i (sic!) zęby!
Rycerz z Burgundii Armand de La Clozuet zasłynął
tym, że miał zęby w dwunastu kolorach, skomponowa­
ne tak, „iż czerwone widać było tylko po bokach,
z przodu zaś zielonymi i białymi świecił, które jego
dziedziny barwy wyznaczyły”. Tutaj drobny żal mamy
do Anny Klubówny, że nie wgłębiła się w owe pióra
Zawiszy Czarnego. N a pewno też musiały coś znaczyć.
N a jaki kolor miał zaś Zawisza umalowane włosy i zę­
by, tego niestety, w braku źródeł stwierdzić na pewno
nie możemy. Jedno jest pewne, że za wzór dla harcerzy
nadaje się nieszczególnie. „Polegać jak na Zawiszy” to także jest zdanie, którego sens nie do końca jest ja­
sny. - Julian Ursyn Niemcewicz, który wprowadził je
do tradycji (właśnie!) polskiej, pisał:
„Zawisza Czarny, gdyż z tego imienia
Znany był później u świata,
W ciężkiej kolczudze, nie tknąwszy strzemienia,
Lekko wskoczył na bachmata
I gdy wesoło wpośród szranków pląsał,
Wywijał mieczem, kopiją potrząsał.
Wkrótce się wsławił czyny walecznemi
I tak śmiałość/ jego znano,
Ze w Niemczech, Włoszach i tureckiej ziemi,
Kiedy kogo wychwalano,
Przysłowiem było bojów towarzyszy
Polegaj na nim jakby na Zawiszy”.

Włodzimierza Tetmajera ilustracja do Zawiszy Czarnego
Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

Nie bardzo tu wiadomo, w czym owo poleganie
„na Zawiszy” ma się przejawiać. Jeśli chodzi o prawdo­

299

Ludwik Stomma

mówność? - Aubri le Bourgoing stwierdza i podaje
drastyczne przykłady, że obowiązkiem wasala było po­
pieranie swego seniora nawet w sprawach moralnie
dyskwalifikujących. Chodziłoby więc tylko o ślepe po­
słuszeństwo? - I ono rozumiane było w czasach rycer­
skich zupełnie inaczej niż dzisiaj, a niż w regulami­
nach harcerskich w szczególności. Dużo bliżej był już
Juliusz Słowacki:
„Będą się kładły wezgłowia,
A po nim oprócz przysłowia
Smętnego, co długo się słyszy:
Polegaj jak na Zawiszy,
Więcej nic... nic nie zostanie”.

Bo też rzeczywiście zostaje tylko przysłowie, przy tym
wyrwane z kontekstu i nie do końca wiadomo, o czym
nam mówiące. „Przysłowia sobie przeczą? - Dlatego
właśnie są mądrością narodów” - pisał Stanisław Jerzy
Lec. Warto jednak zwrócić uwagę, że wyrwanie z kon­
tekstu jest niezbywalnym warunkiem tworzenia „trady­
cji”. Harcerski rycerz, czy będzie nim Zawisza Czarny,
czy Lis z Targowiska, czy Zyndram z Maszkowic, nie
może być, kim być musiał: uperfumowanym i umakijażowanym rzeźnikiem-zapaśnikiem. Piast, gdyby istniał
realnie, musiałby zapewne być poddanym cesarza Rze­
szy, ale być takim nie może. Po co jednak wnikać w aż
tak odległe dzieje. Józef Piłsudski nie mógł być socjali­
stycznym bojówkarzem. To też jest nie do pomyślenia.
Organizując tradycję, musimy więc przepisywać historię
(o tym już była mowa) lub przyzwolić na ignorancję. To
drugie jest o tyle proste, że wyobrażeniami zbiorowymi
rządzą nie uczeni (z których też drobna tylko część za­
daje sobie pytania o realność rzeczy), ale media i usta­
nawiająca tradycję propaganda. Częściej jeszcze przypa­
dek. W tradycji polskiej za postać wielką, która nawet
ma być ponoć kanonizowana, uchodzi Romuald Trau­
gutt. Nie wiem, czy można znaleźć lepszy przykład,
w którym obowiązująca hagiografia tak bardzo oddala­
łaby się od rzetelnej biografii. Tak się oto składa, że ka­
rierę wojskową i szybkie awanse zyskał Romuald Trau­
gutt, tłumiąc powstanie węgierskie w 1848 (walczył
więc przeciw innemu naszemu bohaterowi narodowe­
mu - Józefowi Bemowi) i podczas wojny krymskiej. Ob­
jąwszy przywództwo powstania styczniowego w paź­
dzierniku 1863, a więc w momencie, gdy wszystko było
już definitywnie przegrane, wydawał rozkazy niemające
się, nijak do rzeczywistości i, przy ich rzetelnej lekturze
(której, zważywszy okoliczności, nie warto poświęcać
uwagi), całkowicie go ośmieszające jako polityka i stra­
tega. Dlaczego wszedł więc do narodowego panteonu?
- Właśnie dlatego. Powstanie 1863 było od samego po­
czątku polityczną i militarną niedorzecznością. Anali­
zując więc poczynania starających się ratować cokol­
wiek z tego, co uratowane być nie mogło, natrafiamy
zawsze i w sposób nieunikniony na polityczne nieudacz-

TRADYCJA

nictwo i śmieszności. Nie dotyczy to tylko człowieka,
który władzę przejął w momencie, w którym politykowanie było już tylko zupełnym pozorem, więc i rozlicza­
nie jego efektów nie ma najmniejszego sensu, po paru
miesiącach został ujęty i stracony, co zapewniło mu ma­
jestat męczeństwa. Tym razem mamy więc do czynienia
ze swoistą ironią tradycji. Nie do końca jednak. Owa
ironia (która nie jest nią w pamięci społecznej) aż prosi
się bowiem o wykorzystanie. Wyrwany z kontekstu hi­
storycznego Traugutt może stać się więc symbolem nie­
podległościowym (co na to Węgrzy?), antyrosyjskim
(był wprawdzie oficerem rosyjskim, ale przeszedł na
drugą stronę), wreszcie katolickim, gdyż osobiście,
szczególnie w ostatnich miesiącach życia, miał być bar­
dzo praktykujący. Czegoż więcej dla „tradycji” potrze­
ba? Podobnie dziwnych, czy dziwniejszych przypadków
(Traugutt rzeczywiście stracił życie w patetyczny spo­
sób) można znaleźć ogromne ilości w pamięci wszelkich
grup społecznych, etnicznych etc. O czym to świadczy?
- O podwójnym: mitycznym i utylitarnym charakterze
tradycji, który powoduje (znów wracamy do Rolanda
Barthesa), że nie jest ona tworem „zastanym”, „wyssa­
nym z mlekiem matek”, ale wręcz przeciwnie: przy­
właszczając sobie ów atrybut „odwieczności” podlega
w rzeczywistości ciągłym zmianom wynikającym zarów­
no z przemian społecznych w grupach odwołujących się
do niej, jak też z manipulacji czy zwykłych pomyłek.

Włodzimierza Tetmajera ilustracja do Zawiszy Czarnego
Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.