http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2694.pdf

Media

Part of Karnawał. Zycie i literatura / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4

extracted text
Zbigniew Benedyktowkz • KARNAWAŁ. ŻYCIE I LITERATURA

W

karnawałowym przepychu kolorów i wzorów zalśnij
jak egzotyczny ptak. Pysznią się bogactwem złoto,
koronki, a egzotyka brata się z kratką i tiulem. Do
tej szalonej mieszanki stylów idealnie pasuje orientalna biżu­
teria. - tak zachęca i zapewnia swe czytelniczki, w bogato ilu­
strowanym dziale mody, tuż przed sylwestrem na przełomie
2002 i 2003 roku współczesne pismo kobiece, choć ścisłości
tego ostatniego określenia nie można być zbyt pewnym, bo
w końcu podtytuł tego pisma brzmi: „Co tydzień bliżej
gwiazd" (Maskarada, w: „Gala" 30 grudnia 2002 s. 46-49).
To, co na pierwszy rzut oka w proponowanych „szalonych"
strojach pięknych modelek (poza oczywiście urodą dziew­
czyn) uderza nie tylko antropologa, i co dochodzi do głosu
w podpisach, to przede wszystkim tak istotna dla karnawału
- bez czego nie byłby sobą - e g z o t y k a . Czy też swoiste,
z pomieszanej materii, na miarę współczesnej kultury i tego
gatunku pisma szyte, „współczesne" wyobrażenie egzotyki:
„Wdzianko z piór ozdobione wstążkami, wełniany wzorzysty
płaszczyk, atłasowe spodnie w chińskie motywy i pełen fan­
tazji kapelusz z tiulu - tej nocy możesz pozwolić sobie na ty­
le, na ile podpowie ci fantazja." (s. 46) „Głęboki dekolt wy­
pełnia olbrzymi naszyjnik iskrzący się sztrasem. Całość przy­
wodzi na myśl kreację z Baśni tysiąca i jednej nocy" (s. 48)
„Fragmenty materiałów, z których uszyta jest patchworkowa
suknia mają jeden wspólny mianownik - cekiny." Zaś „Krót­
kie wdzianko z tybetańskim rodowodem i zwoje indyjskich
naszyjników, oto modny Orient w zwariowanym ale bardzo
efektownym wydaniu."(tamże).

„Konteksty", jak wiadomo, nigdy przesadnie nie goniły
ani nie ścigały się za aktualnością. Gdzież zresztą kwartalni­
kowi, wydawanemu czasem w podwójnych - jak ten - pół­
rocznych, a niekiedy, jak już bywało w poczwórnych, roczni­
kowych numerach, do tygodnika czy miesięcznika. To pismo
z natury rzeczy, czy przedmiotu i obszarów, którymi się zajmu­
je (o czym z kolei mowa w jego podtytule) - powiedziałby
ktoś - raczej konserwatywne, zwrócone ku temu co dawniej­
sze, rządzące się własnymi prawami i kryteriami aktualności,
przyczyniające się do specyficznego (antropologicznego) ro­
zumienia i kształtowania tego, co aktualne (mam nadzieję, że
także i w antropologii). Tymczasem za sprawą Wojciecha Du­
dzika, prowadzącego od trzech lat w Instytucie Kultury Pol­
skiej konwersatorium na temat karnawału, autora wyboru
tekstów poświęconych karnawałom w kulturze, które stano­
wią wiodący temat w tym numerze, a także za sprawą lekkie­
go poślizgu poligraficznego mamy oto okazję wstrzelić się
w sam środek czasu karnawałowego i stać się w tym praso­
wym wymiarze pismem aktualnym, jak najbardziej na czasie.
I chociaż dążenie do ukazania tego, co aktualne jest znaczą­
cym elementem w strukturze tego numeru i w istotny sposób
przyczyniło się do jego budowania, to przecież, a zwłaszcza
w odniesieniu do tych najnowszych porad karnawałowych
„Gali" i lansowanego w niej modnego „Orientu", obrazów
„Orientu", można by zadać pytanie - czymże w ogóle jest ta
„aktualność"?! Na czym miałaby ona polegać? - „Myślenie
zawczasu o strojach to przyjemna rozrywka dla pięknych
dam. - pisał Adam Słomczyński w swoim zbiorze esejów War­
szawskie to i owo (1978), rekonstruując z ogłoszeń, doniesień
i wiadomości prasowych obrazy życia miasta (w tym i karna­
wału) 'mniej więcej z połowy XIX wieku' - Oto Pani Maria
Pajer (Krakowskie Przedmieście 409) ma honor polecać nie
tylko nieodzowne różnej formy gorsety, lecz i «wielki wybór
ubiorów i galanterii na bale i teatra, których gust nowy, uży3

ZBIGNIEW

BENEDYKTOWICZ

Karnawał
Zycie i literatura
czany odaliskom Wschodu, wcisnął się z zupełnym powodze­
niem w najwykwintniejsze miasta Еигору.» (...) Zamówić czy
wynająć było można, i to w wielkim wyborze, zawsze w naj­
nowszym guście, u Kracińskiego na Krakowskim Przedmie­
ściu kostiumy karnawałowe, domina aksamitne, atłasowe lub
mantynowe. Podobnie polecali się F. Car i S. Dziechciński.
Krakowskie zaś wielce ozdobne kierezje znajdowały się u Ele­
onory Jasińskiej czy A. Berendy. (...) Zacznijmy od maskarad
(...) Odbywały się one tradycyjnie w soboty, w Salach Redu­
towych wzniesionego przez Corraziego gmachu teatrów Roz­
maitości i Wielkiego, z którymi - dzięki odpowiednim przej­
ściom - miały one wygodne połączenie. Uczestnicy maska­
rad, opłaciwszy bilet w cenie jednego rubla, mogli tamtędy
przechodzić dla oglądania odbywających się tam przedsta­
wień. Na maskarady przybywało zwykle wiele osób. Prócz
wielu różnokolorowych domin było wśród nich sporo pomy­
słowych przebierańców, jak na przykład świętoszek modlący
się z wielkiej księgi, diabeł wyglądający mu z kołnierza lub
Diogenes szukający z latarką człowieka. Można też tam było
spotkać przybysza z Berlina z mizernym węzełkiem, w lichym
kaftaniku, nankinowych pluderkach, w sandałach i z fają
w zębach. Towarzyszyła mu figura przedstawiająca tegoż, już
jednak wyjeżdżającego berlińczyka, ze szkiełkiem w oku, we
fraku z szapoklakiem, ze zwisającymi z wypukłego brzuszka,
opiętego wytworną kamizelką, brzęczącymi łańcuszkami
i grubą złotą dewizką od zegarka itp. modnymi, dorobkiewiczowskimi utensyliami.(...) Licznie grasowali wśród udominowanych gości straszliwi bandyci budzący swymi zaczepka­
mi piski zamaskowanych dam, węgierscy husarzy o sztywno
wyszwarcowanych wąsach, cyganie, druciarze górale i krako­
wiacy. Złośliwy jakiś reporter zanotował kiedyś: «Bawiono się
doskonale, deptano się wybornie, popychano cudownie. Bu­
fety były przepełnione, szampan pukał, papierosy wygryzały
oczy... słowem niczego nie brakowało»".
Można by drążyć ten wątek aktualności i w innym wymia­
rze. Można by pytać o aktualność samego tematu karnawału
w odniesieniu do współczesnej kultury. I wtedy rodzą się wąt­
pliwości. Mianowicie - czy ten solenny zbiór tekstów o karna­
wale, opatrzonych wprowadzeniem Wojciecha Dudzika, pre­
zentujących karnawał z wielu stron i punktów widzenia w jego
poważnych sakralnych ramach, i analizowany w świetle rozma­
itych teorii, i w rozmaitych kontekstach kulturowych in concre­
te, jakby zgodnie z myślą powiedzenia Igbów -Nie stoi się w jed­
nym miejscu, aby obserwować maskaradę, w odniesieniu do kul­
tury współczesnej nie wyda się już czymś anachronicznym.
A nasza początkowa, związana z tym radość bycia na czasie i en
vogue, nie okaże się przedwczesna i nie mniej wątpliwa? Bo
skoro przyjąć tezy i diagnozy o współczesnej kulturze jako na­
cechowanej swoistym hedonizmem i spektakularnością, nasy­
conej pogonią za „szaleństwem", luzem, maskaradą, ustawicz­
ną grą i zabawą, przekraczaniem, norm reguł i zakazów, odwra-

Zbigniew Benedyktowicz • KARNAWAŁ. ZYCIE I LITERATURA

caniem ról i hierarchii, kulturze, która wydaje się być nieustan­
może nadużywanej) formuły, zachęty, zaklęć innych autorów nym spektaklem, „show" odgrywanym na publicznym rynku kolegów w antropologicznym fachu - wzywających do postawy
i poddanym prawom rynku, co najlepiej widać w mass mediach, antropologicznego zdziwienia, sam sobie pozycję taką na wstę­
gdzie - jak pisze Umberto Eco (Komizm -„wolność" - karnawał) pie rezerwuje: „Uwagi poniższe wyrastają z dziecinnego, być
„preferuje się przede wszystkim to, co zabawne, co inaczej
może zdziwienia, że nie jedyna to droga - [idzie tu o stanowi­
śmieszne, a zatem nieustanną karnawalizację życia - i gdzie sko (m. in. semiotyki kultury), w którym powiada się, że „Ro­
Nic nie wspiera świata biznesu lepiej niż show biznes." W kul­
zumieć zjawisko kultury, to zrekonstruować (...) reguły nada­
turze i współczesności, w której wystarczy wyjrzeć za okno, czy wania sensu rzeczywistości." - przypomnienie moje ZB; por s.
włączyć telewizor, by zobaczyć (co raczej ze smutkiem trzeba
6]. - zajmowania się światem ludzkich znaczeń..." Gdzie, jak
przyznać: także w wymiarach życia społecznego i politycznego) gdzie, ale na tych łamach Dariusz Czaja, od lat przecież współ­
nieustannie trwający festiwal i nieustanne „Święto głupców",
tworzący kształt tego pisma nie powinien takich rzeczy pisać,
gdzie wszystko niemal wydaje się Karnawałem: „światem na
nie zająknąwszy się nawet ani jednym słowem, (Panie Darku,
opak", pełnym karykatury, chaosu, groteski i maskarady, nie
choćby jedno słowo, jeden przypis!), że kwestie owej nie jedy­
wyłączając manifestacji tzw. „dołu" ludowego. Skoro wszystko nej to drogi zajmowania się światem ludzkich znaczeń, i że pro­
na co dzień i bez żadnych ram i ograniczeń czasowych, każde­ blematyka styku życia-antropologii kultury-literatury/sztuki od
go dnia wydaje się, i może być (rozciągniętym na cały rok) kar­
z górą dziesięciu lat znajdują się w centrum zagadnień tego pi­
nawałem, to czy sens jest jeszcze o nim mówić. Inaczej jeszcze sma. Naprawdę nie wypada udawać zagubionego dziecka we
rzecz ujmując i trawestując pamiętną refleksję i sentencję Lesz­
mgle. Sam, przyznaję, miałbym z tym trudności, co i w jakiej
ka Kołakowskiego z jego eseju o odwecie sacrum we współcze­ kolejności tu wymieniać: czy Mit - literatura - antropologia kul­
snej kulturze - „jeżeli, wszystko może być lub jest sacrum, to już tury (Nr 3-4/1995), a może: Antropologia poza antropologią: to
nie ma nic świętego, nic nie jest święte." - czyż nie jest tak
jest wasze życie (Nrl/1995), lub biedne przedmioty „ostentacyj­
i w naszej sytuacji: jeśli powiedzieć, że wszystko jest karnawa­ nie wyjęte z codzienności, najlepiej, z życia ludzi ubogich i lek­
łem, to już nic nie jest karnawałem. Jeśli nie różni się on od co­ ceważonych", z teatru Kantora (Nr 1-2/1999), podróże pod­
dziennego życia i jego głównego tonu, to czy można mówić
miejską kolejką do Otwocka: Świetlica. Rzecz o dwóch króle­
o karnawale? Nie ma już karnawału. Oto pytania, właściwe
stwach; czy Pekaesem do Ostnwca i z powrotem; Nieistniejący
zdawałoby się na dzisiaj: czy w ogóle, i jak możliwy jest karna­
film, nieistniejące miasto. Propedeutyka wędrówki poza słownik;
wał karnawału? (Dokładniej por. Odwet sacrum w kulturze Krzesb szkic do portretu; Podróż.: Pod osłoną nieba; (tamże), Taj­
świeckiej - gdzie autor tak pisze: „Otóż zuniwersalizować sa­ na historia przedmiotów; Rower, narty, buty; Ten, który wędruje.
crum, to je unicestwić. Powiedzieć, że wszystko jest sakrałne, to Historia pewnego przekaźnika, teraźniejszość pewnego przekazu tyle, co powiedzieć, że nic nie jest sakralne, jako że obie te ja­ rzecz o walkmenie (Nr 3-4/1998); Tajemnica butów, czyli po­
kości sacrum i profanum - zrozumiale są tylko w przeciwstawie­ chwala muzeum (Nr 1/1993), O symbolicznym dotykaniu rzeczy­
niu wzajemnym, i każdą z nich można uchwycić tylko w opo­ wistości (1-2/1994), Kamień przeznaczenia (Nr 1-2/1997), czy
zycji do drugiej (...) Kiedy sens sakralny ulatuje z kultury, sens numer filmowy: Moje życie w kinie; Pocztówka masowa i fotogra­
tout court ulatuje także.). O tym także dają do myślenia i mó­ fia uczuć; Film i prawdziwy obraz rzeczy; Dzieło a „granica sensu";
wią zgromadzone tu teksty o karnawale.
Konstrukcja istnienia; ociekające zdjęcia..."; Przeżyć fikcję-^ An­
tropologia kultury, historia i Kubuś Puchatek (Nr3-4/1992). Świa­
Drugim wiodącym tematem w tym numerze - tym razem
domie
pomijam tu ostatnie, najbliższe i środkowe roczniki te­
za sprawą tekstu Dariusza Czai (Zycie czyli nieprzejrzystość. Po­
go
dziesięciolecia,
a przecież można by cofać się jeszcze bardziej
za antropologię kultury) - jest życie. I tu także architektem po­
w
głąb,
wspomnieć
o tekstach o Pałacu Kultury, Wieży Eiffeła
niekąd i po trosze tej części numeru stalą się reguła i potrzeba
i
Łuku
Triumfalnym
- o Widrrde środka świata... i o Urodzie
aktualności. Ten z zamierzenia prowokujący tekst - w pewnym
ludzkiej
pomyłki
(Nr
1/1991), nie mówiąc już o portretach-biomiejscu autor wręcz pisze i ujawnia całkowicie swój zamiar:
grafiach
artystów
i
twórców
sztuki naiwnej, kreślonych ręką
„prowokacji nigdy za mało" - domaga się reakcji i odzewu.
Aleksandra
Jackowskiego,
(por.
Sylwetka dziewięćdziesiąta dru­
Szkoda by było, by ewentualne uwagi, wypowiedzi, polemiki a taki jest rytm życia naszego kwartalnika, wydawanego, czę­ ga - Nr 3-4/1995), by choćby idąc „po łebkach", w ten pobież­
ny, wielce skrótowy sposób wykazać, że wspomniany problem
stokroć w postaci pól-rocznika, czy rocznika - miały się dopie­
styku
życia-antropologii kultury-literatury/sztuki był i jest tu
ro ukazać najwcześniej za pól roku. Powołaliśmy zatem siły
stale
obecny.
Nie wspominając już o tajemnicy. Inaczej: czy
szybkiego reagowania - w końcu sprawa to nie bagatelna, gdy
trzeba
by
spisywać
cale roczniki, żeby dostrzec to wreszcie wy­
o życie chodzi - by rozmowę wokół tego tekstu i zawartych
raźnie,
że
„Konteksty"
to przecież w końcu - kawał
w nim kwestii rozpocząć, już teraz w tym numerze, nie odkła­
ż
у
с
i
a
(o
które
tak
upomina
się Czaja) i to życia nie pozba­
dać na później. Sięgając do tej metody i praktyki znanej i sto­
wionego
tajemnicy.
Czyż
trzeba
na dowód przytaczać znów,
sowanej w wielu, w tym i znaczących antropologicznych, pi­
brzmiące
już
niemal
jak
mantra,
słowa, na które wskazywali­
smach, zapraszamy tym samym wszystkich chętnych do wzię­
śmy
nieraz
na
tych
lamach,
zmagając
się i borykając z tym sa­
cia w niej udziału w następnych numerach. Grunt został przy­
mym
problemem
przez
lata,
o
którym
tak wyraziście pisał Gegotowany. Jeśli będą i inne głosy sam z chęcią dołączyłbym do
niej, sygnalizując tu zaledwie, na ile miejsce pozwala, niektóre ertz: „Nie całkiem wiadomo w jakiej proporcji w barwnych
opisach realnych ludzi żyjących, w realnych czasach, w real­
punkty takiej wypowiedzi. - Autor zachowując się anachro­
nicznie - przywołując ją za Diltheyem - stawia oto w centrum nych miejscach stapiać należy fakty i fikcje, ale antropologia
będzie to musiała ustalić, jeśłi ma być nadal intelektualną silą
swych rozważań i przed naszymi oczami zapoznaną (?) katego­
rię życia, odsyłając nas do literackiego wzorca (książki Pereca), we współczesnej kulturze." I dalej: 'Problemem nadal pozosta­
który ukazać ma nam, czym mogłaby być prawdziwa antropo­ je to samo: - «jak słowa przystają do tego świata, opisy do do­
świadczenia, książki do życia?» (por. Nr 3-4/1995 s. 4). Być
logia. I tu pierwszy punkt niezgody. Ba, - rozgoryczenia. Autor
Życia, czyli nieprzejrzystości... pokpiwając z (przyznać trzeba, może autor nie wspominając o tym wciąż obecnym na tych ła4

Zbigniew Benedyktowie? • KARNAWAŁ. ŻYCIE I L I T E R A T U R A

szowi Czai, który z przenikliwością, odwagą i w bezkompromi­
sowy sposób stawia ten problem przed nami.
I dobrze się stało, że te dwa wątki podnoszące na różny
sposób tajemnicę życia - pierwszy, starający się odrzucić gorset
nauki i uciec od kategorii kultury, drugi pozostający w jej krę­
gu i nie rezygnując z niej wcale - wątki Życia i Karnawału mo­
gły spotkać się w tym numerze. Skonfrontować się ze sobą,
ujawnić cokolwiek z pełnego tajemnicy - życia.
Pośród innych aktualności w stosownym dziale poświę­
camy uwagę dwu wydarzeniom z jesieni: wystawie Jacka
Sempolińskiego A me stesso w warszawskiej galerii „Zachęta"
i ukazaniu się nowej książki Aleksandra Jackowskiego Polska
Sztuka Ludowa.
Rozpoczynamy druk (chętnie nazwałbym to etnograficzno - antropologiczną prozą, gdyby autor nie mial nic przeciw­
ko temu) fragmentów prozy Antoniego Kroha Starorzecze.
I tu w zadziwiający sposób dochodzi do głosu znowu ży­
cie. Zadziwiające jest to, jak w wielu zgromadzonych tu tek­
stach, na różny sposób się o nim myśli i jak dochodzi ono do
głosu. „Zycie jest gdzie indziej" mówi antropolog (Czaja)
w ucieczce od nauki i kategorii kultury w kierunku życia i li­
teratury. W książce Jackowskiego, która stroni od surowości
naukowego kanonu autor wprowadza do tekstu swej mono­
grafii fragment z prozy Tadeusza Różewicza Matka odchodzi.
U etnologa w podróży (Jerzego. S. Wasilewskiego) widzimy
zwrot ku zwykłym ludziom, obok takich określeń, jak „ludzie
tajgi", „ludzie rena" ważni są tu po prostu ludzie (just people).
Dla artysty malarza - Jacka Sempolińskiego ważniejsze
jest życie niż sztuka. W rozmowie na początek wieku wyzna­
je: „... teraz wiem: życie stoi wyżej niż sztuka."
Wsłuchajmy się na koniec w fragmet tej rozmowy:
- Gdzie bije źródło twórczości, gdzie w naszym życiu jest
to miejsce pierwotne i czy artysta, aby tworzyć musi się w nim
zanurzyć?
- Ludzie młodzi mają w sobie świeżą pamięć tego źródła,
jeszcze ich potoczne życie od niego nie oddaliło. Stąd ich na­
turalne emocje i naturalne skłonności. Są blisko tego źródła,
a to, co najdawniejsze i to, co najważniejsze - to przecież
jedno i to samo.
- Więc wystarczy zanurzyć się w życiu?
Ale mimo tego nieznośnie małostkowego - przyznaję! - Wystarczy. Nie jest to łatwe, bo dojrzałość i kultura są si­
zaprawionego jadem goryczy upominania się w kółko o swo­ lami, które nas od życia oddzielają. Kultura może być jednak
je - o przypis, które w gruncie rzeczy jest przecież upomina­ źródłem nie zatrutym, jeśli podchodzimy do niej z odczuciem,
niem się i o innych (wymienione powyżej pobieżnie teksty, że coś poza nią istnieje, a ona jest tylko odblaskiem. Są dzieła
to zaledwie czubek góry lodowej), o rozmowę, o dialog, któ­
kultury, w których jest obecne echo pierwotnej nicości, chaosu
ry byłby uprawiany przez każdego z nas nie tylko z samym so­ i wtedy owo praźródło z nich emanuje. Dlatego napisałem tekst
bą (dlatego niezwykle bliska mi jest wypowiedź w tej sprawie
pt. Zwątpierńe dla „Tygodnika Powszechnego". Wątpię w możli­
Wiesława Szpilki), nadal uważam tekst Dariusza Czai za nie­ wość rozwiązania tego zagadnienia. Poszczególni artyści przybli­
zwykle ważny, cenny, potrzebny, wartościowy i inspirujący.
żają się do węzła sprzeczności: między źródłem życia a kulturą,
Jak widać jest to temat ważny, niepokojący także dla same­
źródłem życia i twórczością, źródłem życia i sztuką. Wchodzimy
go autora, i pojawia się u niego nie po raz pierwszy - pamię­
tu w splot sprzeczności nie do rozwiązania. I dlatego od zawsze
tamy choćby odkrywanie przed nami antropologicznych wy­
mówiono, że uprawianie sztuki jest katorgą. Mówi się tak nie
miarów w prezentacji prozy Zapisków z nocnych dyżurów Jac­ dlatego, że trudno jest dobrze narysować rękę lub twarz - tego
ka Baczaka, gdzie na życie spogląda się w kontekście ciała,
się można nauczyć. Ale nie można wejść w środek tych sprzecz­
ciała umierającego, śmierci (i gdzie wspomina się zapisy do­ ności i je rozwiązać, aczkolwiek wielu miało odwagę ażeby się
świadczenia życia, jakie pojawiają się w prozie Małgorzaty
do nich zbliżyć i uchylić rąbka tajemnicy."*
Baranowskiej, Jolanty Brach-Czainy, Anny Nasiłowskiej por. Twarze, twarze, twarze... Nr 1-2/1996)
mach wątku i „życiowym" wymiarze „Kontekstów", uznał go
po prostu za oczywisty i ułożył swój tekst i swoją wypowiedź,
jak ów ksiądz z góralskiej anegdoty, który zwykł był po każdym
swoim kazaniu dodawać: „Mówię to oczywiście nie do Was,
którzy tu jesteście, ale do tych, których tu nie ma." Ale nawet
i w takim wypadku jego diagnoza o stanie naszej współczesnej
antropologii kultury, jej możliwościach i osiągnięciach nie wy­
daje mi się do końca trafna, zwłaszcza osąd jej dokonań jest
zbyt surowy. Absolutnie nie mogę również zgodzić się, co do
takich sformułowań, jak to: ,W kulturze bowiem nie ma miej­
sca na tajemnicę...", ani co do oceny późno wychodzącego
z objęć sejentyzmu, semiotycznego Łotmana. To przecież, o pa­
radoksie, właśnie na gruncie semiotyki stworzył on niezwykle
głęboka, dynamiczną, otwartą, niedomkniętą, pełną „nieja­
sności" (to znaczy: subtelności) koncepcję rozumienia symbo­
lu. Dialogiczną, „definicję symbolu". Jakże bliską rozumieniu
symbolu u innych hermeneutów: w którym „Treść jedynie mi­
goce przez wyrażenie, a wyrażenie jedynie aluzyjne wskazuje na
treść."(Na innym miejscu pisze Łotman, iż „treść irracjonalnie
migoce poprzez wyrażenie i odgrywa rolę jak gdyby mostu ze
świata racjonalnego do świata mistycznego"; „symbol przyby­
wa do pamięci pisarza z głębin pamięci kultury i ożywa w no­
wym tekście jak ziarno, które trafiło do nowej gleby [por. Nr
3/1988 s. 151-154]) i jakże bliskie jest to rozumienie symbolu,
z tym, które znajdujemy u Borysa Pasternaka, gdzie „... prawda
objaśniana jest światłem codzienności. U podstawy tego leży
myśl, że obcowanie śmiertelnych jest nieśmiertelne, i że życie
jest symboliczne, ponieważ jest znaczące." [por. Nr 3-4/1992 s.
81]. A, że Łotman nazywa ów symbol „kondensatorem pamię­
ci kulturowej"; „kondensatorem wszystkich zasad znakowości,
który zarazem wykracza poza ramy znakowości" - to, być mo­
że ze względu na moją ubogą wiedzę techniczną: nigdy mi to
nie przeszkadzało (nigdy nie widziałem kondensatora, i nie
wiem jak to wygląda) zawsze rozumiałem to metaforycznie,
właśnie jak, owo ziarno, w którym skondensowana jest pamięć
kultury, padające na nową glebę. Wszystko okazuje się, zależy
od naszej wiedzy, wyobraźni i słuchu. U Dariusza Czai budzą
niechęć i odrazę „semiotyczne szczypczyki", nie przeszkadza
mu natomiast, u Pereca, wycinanie puzzli z dykty (brr) laubze­
gą. (No cóż, trzeba będzie przeczytać dokładnie tego Pereca).

Jest więc coś na rzeczy i na czasie z wywołanym przez Da­
riusza Czaję problemem życia. Widzimy - piszę o tym dalej jak jego głębokie studium zbiega się z głosami, intuicjami, do­
świadczeniami innych. Dlatego możemy być wdzięczni Dariu­

* [Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski - Z Jackiem Sempolińskim
o źródłach twórczości rozmawiają [w:] Tychże, Rozmowy na nowy wiek, Kra­
ków 2001, cytuję za: Jacek Sempoliński, Władztwo i służba. Wybór, opraco­
wanie, wprowadzenie Małgorzata Kitowska - Łysiak, Lublin 2001]

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.